Zwiedzam Kraków, odcinek 24: Płomień Kostrze

Gdyby pokazać moje osiem lat życia w Krakowie z perspektywy kosmicznej, okazałoby się, że przez cały czas krążyłem dookoła boiska Płomienia Kostrze, kompletnie nie zdając sobie sprawy z jego istnienia.

1,9 kilometra od boiska Płomienia Kostrze studiowałem pięć lat. Cztery kilometry od boiska Płomienia Kostrze mieszkałem dwa lata. Osiemset metrów od boiska Płomienia Kostrze przez kilka miesięcy po parę razy w tygodniu przygotowywałem się do półmaratonu. Kilometr od boiska Płomienia Kostrze kilka razy jadłem obiady. Kilometr w inną stronę od boiska Płomienia Kostrze swego czasu dość często chodziłem na basen. Mieszkając w nowym miejscu, praktycznie codziennie przejeżdżam jakieś dwa kilometry obok boiska Płomienia Kostrze. Nawet będąc absolutnie wyczulonym na wszelkie okołopiłkarskie ślady, nigdy nie pomyślałem, że gdzieś w pobliżu jest boisko Płomienia Kostrze. A to oznacza, że cykl Zwiedzam Kraków nadal spełnia pierwotną funkcję. Pozwala lepiej poznać okolicę, w której się mieszka.

Zabawkowe spóźnienie

Na mecz z Gajowianką Gaj docieram spóźniony. Nawet nie dlatego, że aby tam dojechać, muszę po rocznej przerwie skręcić od zera rower, czego nie jestem mistrzem, ale dlatego, że w ciągu roku od ostatniego odcinka Zwiedzam Kraków, doszedł mi nowy obszar zainteresowań. Kiedyś informacji o sklepie z zabawkami nawet bym nie zauważył. Teraz taki szyld wymusza gwałtowne naciśnięcie hamulców. Nic to, że w środku okazuje się, że to nie mały, niszowy sklepik, tylko jeden z oddziałów dużego internetowego sklepu z olbrzymimi magazynami na północy Polski, sprzedającego zabawki z jak najbardziej głównego nurtu. I tak wychodzę z naręczem gadżetów dla dziesięciomiesięczniaka i o siedem minut spóźniam się na stadion. Na szczęście, obie drużyny też chyba musiały wstąpić do jakiegoś sklepu z zabawkami, bo rozpoczynają grę z siedmiominutowym opóźnieniem.

Stolarczyk się nie nadaje

Towarzysze z palonych wrześniowym słońcem trybun pozwalają wyjść z bańki, w której człowiek na co dzień żyje. Wydaje mu się, że Maciej Stolarczyk wykonuje w Wiśle świetną robotę i w ogóle jest dobrym trenerem, do którego o niewiele rzeczy można się przyczepić. Gdyby jednak wstąpił na trybuny w Kostrzu, to by się nasłuchał. Tamtejsi dziadkowie pomstują na niego na czym świat stoi, że w poprzednim meczu zdjął z boiska Maka, a nie Silvę, chociaż ten ewidentnie się nie nadawał. Rzut oka na klasztor kamedułów, pięknie wznoszący się nad boiskiem, pozwala im odrobinę ukoić nerwy, a mnie przerzucić uwagę na kobiety.

To nie były zwykłe kobiety z A-klasowych stadionów. Zwykle, jeśli już jakieś zabłądzą na niskoligowy stadion, sprawiają wrażenie, jakby nie wiedziały, co tam robią. Wystrojone są zwykle jak na najlepszą galę, ich ostre szpilki zapadają się na podmokłej trawiastej nawierzchni. Spędzają półtorej godziny przed telefonem, by na koniec dać skrzydłowemu z siódemką gratulacyjnego buziaka albo pocieszyć go po kolejnej porażce.

Kostrzańskie kobiety

Te z Kostrza kompletnie do tego opisu nie pasują. Nie mają dziewiętnastu lat, lecz już założone rodziny. Ich dzieci biegają zresztą w okolicy. Są żywo zainteresowane tym, co dzieje się na murawie. Pytają, czy ten z Gajowianki, to przypadkiem nie nazywa się… X, a drugie odpowiadają, że faktycznie, skądś go kojarzą. Seksistowsko zakładam, że to pewnie żony piłkarzy Płomienia, ale ten trop też jest mylący, o czym przekonuje mnie przypadkiem zasłyszany (tylko takie są w cyklu Zwiedzam Kraków) dialog:

– Twój mąż siedzi po drugiej stronie, na VIP-ach?

– Tak.

– To co wy tak osobno mecz oglądacie?

– W domu jesteśmy razem, to na meczu też mamy być? Ile można?

Przez chwilę zbita z tropu tym jakże zasadnym pytaniem koleżanka nie odpuściła:

– A twój?

– Mój? Mój na takie mecze nie chodzi!

Co więc na oko trzydziestokilkuletnia kobieta robi z małymi dziećmi w środowe popołudnie na meczu Płomienia Kostrze z Gajowianką, jeśli nie dopinguje męża ani nie przyszła mu towarzyszyć w oglądaniu meczu? Gdyby to był Real Madryt albo chociaż Wisła Kraków, nie byłbym ani trochę zaskoczony. To normalne, że wiele kobiet interesuje się piłką. Fanek futbolu A-klasowego, zwłaszcza w takich ilościach – stanowią jakieś trzydzieści procent publiczności w Kostrzu – nigdy wcześniej nie spotkałem. W drugiej połowie dołącza kolejna, wyraźnie stremowana własną niewiedzą.

– Ja to się na tym nie znam…

– My też się na początku nie znałyśmy. A teraz każdego znamy po imieniu – odpowiedział chórek. A ja uświadomiłem sobie, że mowa o jakimś szerszym fanklubie.

Fanklub miał ze sobą dzieci, kilkuletnie dziewczynki. Gdy jedna z nich stwierdziła, że chce jej się pić, usłyszała od matki: To po co tyle biegasz? Nie chcesz telefonu?. Chciała. A ja pierwszy raz na żywo zobaczyłem, że w tym, co mówią w internetach, o młodym pokoleniu niezachęcanym przez dorosłych do ruchu, może być ziarno prawdy.

Zgłębiwszy jako tako tajemnicę nietypowej publiczności, ruszyłem na trybunę VIP, która składa się z dwóch kontenerów robiących za szatnię, trzech ławek i grilla, który w drugiej połowie zapłonie, prezentując tytułowy płomień.

Pomarańczowy punkt to płomień. Reszta to Kostrze.

Zanim jednak to się stanie, trzeba narąbać drewna, by zapalić ogień. Tylko tak wytłumaczyłem sobie, dlaczego facet na trybunach trzymał w rękach siekierę. Po jednym z nieudolnych zagrań defensywy Kostrza kibic był już na skraju wytrzymałości i krzyknął. Zaraz wyjdę z siekierą na tę obronę!. I to nie była hiperbola, bo ostrze aż się zaświeciło z radości. A towarzysze dolewali oliwy do ognia: Nie chcę cię podpuszczać, ale nie wyjdziesz!. Na szczęście przestraszona obrona się poprawiła i kibic mógł się zająć rozpalaniem grilla.

Krążąc między jedną trybuną a drugą, natknąłem się na trzy nietypowe detale. Po pierwsze, Płomień Kostrze ma w narożnikach boiska chorągiewki z klubowym herbem, wyglądającym niezwykle groźnie, potęgując budzące respekt brzmienie nazwy Kostrze, która nie przez przypadek zawiera słowo ostrze.

Po drugie, nigdzie nie widziałem aż tak spersonalizowanych identyfikatorów dla mediów. Fotografów na meczach Płomienia jest jednak tylu, że trzeba każdego podpisać z imienia, by się w tym wszystkim połapać.

Po trzecie, sędziowie liniowi komunikowali się z głównymi poprzez słuchawki i mikrofony. Rzeczywiście, w tumulcie kostrzańskiej publiczności mogliby się nie dogadać. Wyglądali tak profesjonalnie, że aż jednemu z piłkarzy wyrwało się w którymś momencie pełne wyrzutu pytanie: Za co wam płacą?!.

Werbalna agresja wobec sędziów jest starsza niż Kostrze (powstałe w XIV wieku). Jednak jak wkurzający nie byliby arbitrzy i jak nie zachodziliby za skórę rywale, najmniej litości A-klasowy piłkarz ma wobec kolegów z drużyny. Jemu nic nie umknie, a system analizujący grę zawsze wychwyci każde nieudane zagranie. Dzięki temu wszyscy zawodnicy już w trakcie gry mogą otrzymać szczegółowe statystyki dotyczące swojego występu. Maro, na trzy zagrania, trzy nieudane! Będąc tak podbudowanym, aż się chce grać dalej.

Podziel się wpisem: