Zwiedzam Kraków, odcinek 25: PKS Albertus

Philip Morris to jedna z największych firm tytoniowych na świecie. Istniejący od połowy XIX wieku amerykański gigant zatrudnia obecnie ponad osiemdziesiąt tysięcy pracowników. W 2018 roku jego wartość szacowano na sto trzydzieści osiem miliardów dolarów. W globalnym rynku tytoniowym, sprzedając papierosy marek Marlboro czy L&M, ma ponad piętnaście procent udziałów. Gdyby został sponsorem tytularnym jakiegokolwiek stadionu w Polsce, z dnia na dzień widziałoby się w gospodarzu obiektu kandydata do regularnej gry w Lidze Mistrzów. Polskie kluby muszą się obejść smakiem, bo Philip Morris ma już na tutejszym rynku partnera. To PKS Albertus Kraków.

Zagłębie ambitnych klubów

Zaroiło się w ostatnim czasie w Krakowie od klubów z ambitnymi dalekosiężnymi planami. Wisła najgorsze ma już raczej za sobą. Cracovia powoli, ale dość systematycznie dobija się do krajowej czołówki. Garbarnia po czterdziestu latach niebytu świętowała przed rokiem awans do I ligi, a to jak dobrze wystartowała po spadku, sugeruje, że na następną obecność na tym poziomie nie będzie czekać czterech dekad. Z problemów dźwiga się Hutnik. I-ligowe ambicje zgłasza Wieczysta (zwiedzałem ją, zanim to było modne). A reaktywowany Kabel też chce iść w górę, choć nie aż tak wysoko. Kto myślał, że na tym wyczerpuje się lista klubów marzących o czymś więcej niż okręgówka, ten się mylił. Śpiącym gigantem jest jeszcze Albertus.

90minut też się myli

Początkowo nic takich odkryć nie zapowiadało. Według 90minut.pl, boisko PKS-u mieści się przy ulicy Śniadeckich, a więc w ścisłym centrum, niedaleko ronda Grzegórzeckiego i ogrodu botanicznego. Zrelaksowany siedziałem więc przed meczem do oporu w krakowskich kawiarenkach, ciesząc się, że kolejny odcinek Zwiedzam Kraków wymaga ode mnie przejechania przez rynek. Nie potrafię, jak miejscowi, narzekać na rynek i stare miasto. Nigdy nie przechodzę przez te okolice obojętnie. Zawsze, gdy przecinam Sukiennice, by dotrzeć z punktu A do punktu B, nachodzi mnie myśl, że fajnie poukładałem sobie życie, że mieszkam tak blisko (w skali świata) krakowskiego rynku. Dopiero na miejscu, gdy już zastanawiam się, czy to przypadkiem nie najbliżej rynku położone boisko w Krakowie, orientuję się, że coś nie gra. Wprawdzie idąc na mecz PKS-u Albertus Kraków z rezerwami Kaszowianki Kaszów nie spodziewałem się, że całe miasto będzie szło z szalikami w tę samą, co ja, stronę, ale liczyłem, że pojawią się chociaż piłkarze. Skoro ich nie ma, znaczy, że 90minut.pl też się czasem myli.

Boisko Philip Morris

Bliski załamania, że nici ze zwiedzania, podejmuję kolejną próbę zlokalizowania boiska PKS-u. Nie mogę uwierzyć własnym oczom, gdy widzę, że areną tego widowiska ma być „Boisko Philip Morris“. W takiej sytuacji nie trzeba mnie dodatkowo zachęcać, bym na złamanie karku pędził w stronę Nowej Huty, byle tylko zobaczyć te dziwy. Zagadka wyjaśnia się na miejscu. Krakowska siedziba firmy mieści się tam, gdzie kiedyś były Zakłady Przemysłu Tytoniowego. To boisko jest pewnie ich pozostałością. Niemniej nazwa brzmi dumnie, a tak potężnego sponsora tytularnego stadionu nie ma żaden klub w Polsce. Philip Morris na pewno ma w firmie dział społecznej odpowiedzialności biznesu, więc „współpracę“ z lokalnym klubem pewnie dałoby się pod nią podciągnąć, by ocieplić wizerunek firmy.

Walka z nikotynizmem

Połączenie jest tym bardziej zaskakujące, gdy rozszyfruje się nazwę wizytowanego klubu. PKS nie został założony przez miłośników komunikacji autobusowej, a przez towarzystwo okołokościelne. Za literą „P“ w nazwie, kryje się słowo „parafialny“. Albertus z kolei od świętego Brata Alberta, patrona parafii, przy której w 1998 roku założono klub. W tym kontekście zabawnie brzmi wycinek z historii klubu. Ks. Janusz Cybulski jako osoba duchowna doskonale znał środowisko lokalne i dostrzegał coraz bardziej szerzące się wśród dzieci i młodzieży patologie takie jak: alkoholizm, NIKOTYNIZM… (to oni, nie ja). Postanowił więc założyć klub, który gra na boisku nikotynowego giganta (to ja, nie oni).

PKS Albertus nie wstydzi się jednak tego nietypowego związku. Na trybunach można znaleźć rocznicowe graffiti z hasłem „Twierdza Morris“.

 

o tym, że relacje ze sponsorem stały się niemal tak bliskie, jak w Olsztynie ze Stomilem, a Lipsku z Red Bullem, świadczą porozrzucane po trybunach zużyte produkty wytwarzane przez Philipa Morrisa:

Na drugim graffiti zabrakło mi jedynie tego, by zamiast o niebieskiej krwi, pisać o nikotynowej.

Na mecz w drugiej lokalizacji wprawdzie nadal nie wybierają się rzesze ludności, ale są przynajmniej piłkarze. Angielscy znajomi opowiadali mi kiedyś, że niektórzy tamtejsi turyści stadionowi zapisują nie tylko wyniki, strzelców goli i składy z odwiedzanych przez siebie spotkań niskoligowych, ale i frekwencję. Im mniejsza, tym większy szacunek wśród innych groundhopperów. Ja nie zapisuję, ale po tamtej rozmowie przynajmniej zacząłem zwracać uwagę. Początkowo dziesięć procent żywych dusz oglądających mecz stanowią psy (pies). A ludzi jest w porywach dziesięcioro. Czworonóg zresztą w pewnym momencie pierwszej połowy próbował wedrzeć się na murawę, licząc pewnie, że  dam mu podobną popularność, jaką w trakcie finału Ligi Mistrzów zdobyła pani Kinsey Wolanski. Służbom porządkowym udało się jednak w ostatniej chwili udaremnić odważną próbę.

Kibic złodziejem

Widok jakichkolwiek kibiców na meczu stanowi taką rzadkość, że gdy przeprowadzam tradycyjny obchód stadionu, starając się obfotografować ze wszystkich stron masywne, betonowe trybuny, które w razie wojny nuklearnej mogłyby stanowić schron dla mieszkańców Nowej Huty, zatrzymuje mnie trener gospodarzy, podejrzewając, żem złodziej. Bo chyba przecież nie kibic? Gdy złapany na gorącym uczynku, siadam, przysłuchując się okrzykom z boiska i z trybun, dochodzę do wniosku, że na meczach niskoligowych kobiety stanowią często wyjątkowo okrutną publikę, nie mogąc uwierzyć, że można tak kiksować, jak często się na tym poziomie kiksuje (panie z Kostrza to co innego).

Polska myśl szkoleniowa

Pod względem kiksów, oglądany mecz stanowi jednak wyjątek. Kaszowianka II strzela gola bezpośrednio z rzutu wolnego równo z linii środkowej boiska. Albertus odpowiada bramką w okienko z trzydziestu metrów. Bramkarze nie mogą się nawet tłumaczyć, że nie mieli się jak wybić, bo w polu bramkowym było błoto, na Philip Morris Arenie zastosowano bowiem innowacyjne rozwiązanie z kawałkiem sztucznej murawy przykrywającym fragment, na którym nie rośnie naturalna trawa.

Zawodników Albertusa zżera ambicja. Pokazują, że mają opracowane stałe fragmenty gry, krzycząc do siebie przed rzutem rożnym, że grany będzie wariant pierwszy (zastanawia mnie, czy mają ich, jak Marek Papszun, 144). Wołają do siebie: „plecy ci rosną“, choć czasem nie wiadomo, czy to stwierdzenie faktu dotyczącego sylwetki skrzydłowego, czy jedynie ostrzeżenie, że z tyłu nadciąga przeciwnik. Krzyczą na siebie na murawie, co musi w końcu przerwać trener, przypominając, że „kłócimy się dopiero po meczu“. W przerwie dodaje: „z uśmiechem na twarzy, macie zapier…ć!“. Polska myśl szkoleniowa jednak ewoluowała, bo jeszcze dwadzieścia lat temu nie byłoby nic o uśmiechu na twarzy. Wątki alkoholowe ze szkoły śp. Janusza Wójcika są jednak nieprzemijalne: „Wyluzuj się, napij się piwa przed meczem“.

Spotkanie z Philipem Morrisem

Słyszę to wszystko, bo zawodnicy żadnej z drużyn ani sędziowie nie schodzą na przerwę, co każe sądzić, że Philip Morris mógłby zainwestować w nowe szatnie. W ławki rezerwowych też, bo mieszczą się na nich maksymalnie trzy osoby. Pewnie z tego względu, więcej rezerwowych na meczu nie ma. Ubywają też kibice. Gdy w drugiej połowie odbywa się oberwanie chmury, obie drużyny grają tylko dla mnie i jednego zagadkowego gościa. W tym momencie koszy na śmieci jest na stadionie więcej niż kibiców, a ja cieszę się z rekordu najmniejszej frekwencji, z jaką kiedykolwiek się spotkałem. Liczę nawet, że w końcu zostanę sam, ale towarzysz też siedzi niestrudzenie. Ja wiem, po co moknę. Poza tym czytałem wywiad Pawła Wilkowicza z Richardem Grootscholtenem, w którym padają słowa, że gdy w Polsce zaczyna padać, zabawa się kończy, a w Holandii dopiero zaczyna. Mam już więc dwa powody, by siedzieć dalej. Ale on? Jeśli nie prowadzi jakiejś konkurencyjnej serii do mojej, mocno podziwiam jego przywiązanie do PKS-u Albertusa. A może to był Philip Morris we własnej osobie?

Podziel się wpisem: