Zwiedzam Kraków, odcinek 26: Orzeł Piaski Wielkie

Cykl “Zwiedzam Kraków” nawet nie przyszedłby mi do głowy, gdyby nie to, że jako 16-latek trafiłem do tygodnika “Kronika Beskidzka” i zostałem oddelegowany do pisania relacji z meczów niższych lig na Podbeskidziu. Całkowitym novum nie było dla mnie pisanie relacji, bo wcześniej robiłem to już na oficjalnej stronie Podbeskidzia Bielsko-Biała, ale chodzenie na mecze niższych lig. Choć od ósmego roku życia chłonąłem futbol w każdej postaci, wtedy okazało się, że nie w każdej. Futbol regionalny kompletnie dla mnie nie istniał. Do szesnastego roku życia nie byłem nawet na meczu seniorów we wsi, w której się wychowałem. Trzy lata jeżdżenia co sobotę i niedzielę po różnych dziwnych miejscach wszczepiły we mnie niskoligowy gen, a przy tym nauczyły pewnych prawidłowości dotyczących wiejskiej piłki.

Symbioza futbolu i Kościoła

Podstawowa, dość nieoczywista, to relacja między prezesem lokalnego klubu a proboszczem. To nie są wrogowie, którzy rywalizują między sobą o publikę, a sąsiedzi żyjący w symbiozie. Stadion prawie zawsze jest niedaleko od kościoła. Niedzielne mecze zawsze cieszyły się największą popularnością. Sobota jest na wsi od tego, by najpierw popracować przy domu, a później pobalować. Niedzielne przedpołudnie jest od tego, by pójść na mszę, a w drodze powrotnej jeszcze wstąpić na mecz LKS-u. Pory spotkań ligowych zwykle są ustawione tak, że nie pokrywają się z nabożeństwami, lecz się z nimi zazębiają.

IV Liga Mistrzów

W Krakowie, mimo istnienia kilku klubów położonych na terenach dawnych wsi, dziś znajdujących się w granicach miasta, rzadko można było poczuć ten klimat. Niespodziewanie zapach liceum dopadł mnie na stadionie najsilniejszego krakowskiego klubu, którego jeszcze nie miałem okazji zobaczyć. Wspominałem kiedyś, przy okazji wizyty na Clepardii, o hierarchii futbolu amatorskiego przeniesionej na zawodowe realia. Dla lokalnych klubików odpowiednikiem ekstraklasy jest okręgówka. I liga to jak A klasa. II liga jak B klasa. A Ligą Mistrzów jest awans do IV ligi. Wyżej już nic nie ma, bo w III lidze gra się obecnie na cztery województwa. Lokalny klubik, który przekracza tę granicę, przestaje być klubikiem, a zostaje zawodowym klubem.

Ksiądz patronem

Orzeł Piaski Wielkie jest więc corocznym uczestnikiem fazy grupowej Ligi Mistrzów. Odkąd mieszkam w Krakowie, klub z dawnej wsi, której mieszkańcy tradycyjnie zajmowali się rzeźnictwem i produkcją mięsa, ciągle gra w IV lidze. W miejskiej hierarchii ma więc nad sobą tylko wielkie firmy — Wisłę, Cracovię, Garbarnię i Hutnika. Orzeł ma na tym poziomie długą tradycję. Gra w IV lidze od ośmiu lat, ale spędził w niej większość XXI wieku, tylko na moment lądując w V lidze. Mimo że brzmi to, jak opis potęgi, gdy wjeżdża się w głąb dzielnicy Podgórze Duchackie i podjeżdża w okolice stadionu, czuć w nozdrzach zapach niedzieli na wsi. Akurat dobiega końca msza. Tutaj nie widać, że Polacy przestają chodzić do kościoła, bo zza drzwi wylewa się chmara ludzi. Większość nie idzie do domu, tylko skręca w ulicę Niebieską i przekracza bramy “królestwa niebieskiego”, czyli stadionu im. ks. Franciszka Dźwigońskiego. Jego życiorys najlepiej świadczy o związkach wiejskiego futbolu z Kościołem.

Dla kogoś, kto zwiedził ponad dwadzieścia regionalnych boisk w Krakowie, wielkość Orła Piaski od razu rzuca się w oczy. Nawet nie trzeba by jej było zawierać w nazwie. Jest wyglądający na w miarę zadbany budynek klubowy.

Hala sportowa.

Kryte

oraz odkryte trybuny

A do tego jeszcze małe boisko ze sztuczną nawierzchnią. Lata gry w Lidze Mistrzów nie poszły na marne. Szczerze mówiąc, trochę wypada mi się zachwycać, bo podczas tego odcinka muszę zrzucić mój ulubiony w trakcie tego cyklu płaszczyk anonimowości. Bramkarzem Orła jest Maciej Palczewski, były gracz m.in. Arki Gdynia, który obecnie trenuje bramkarzy Cracovii i regularnie się z nim widuję. Wiem więc, że podczas tego odcinka szydera, jak w odcinku o Universum, mogłaby być niewskazana.

Wrzask olimpijczyka

Palczewski to nie jedyna znana postać, którą można spotkać w Piaskach Wielkich. Trenerem Orła jest Marcin Jałocha, wicemistrz olimpijski z 1992 roku i były reprezentant Polski, który jako szkoleniowiec zasłynął, prowadząc (wtedy jeszcze LKS, a nie Bruk-Bet Termalicę. Gdyby weszli do ekstraklasy jako LKS, lubiłbym ich bardziej) Niecieczę z piątej do pierwszej ligi. Podczas meczu ze Strażakiem Rajsko, najsłabszą drużyną początku sezonu, wstaje z ławki raz na pół godziny, jedynie po to, by wrzasnąć na któregoś z zawodników. Robi to w sposób specyficzny. Wrzask. Trzydzieści sekund totalnego bezruchu, gdy Ziemia na chwilę spowalnia. Rozszerzenie wrzasku jednym równoważnikiem zdania. Powrót na ławkę.

Trybuny jak Highbury

Mecz prowadzi kobieta, czego trochę się obawiam, nie tyle wątpiąc w jej kompetencje, ile w dobry smak “małomiasteczkowej” publiczności, ale na szczęście na nikim jej obecność nie robi większego wrażenia. O tym, z jaką normalnością przyjęli ją piłkarze, najlepiej świadczy to, że raz po raz krzyczą do niej wściekli: “panie sędzio!” Problem ma natomiast arbiter liniowy. Stadion do tego stopnia przypomina Highbury, że ławki rezerwowych prawie wchodzą na linię boczną. Stojący tuż przed ławką trener znajduje się idealnie w torze biegu sędziego asystenta. Dlatego przed meczem trzeba ustalić zasady. “Mam tylko prośbę, żebyśmy się nie zderzyli”.

Zawał przez Orła

Wiejskie kluby wyróżnia nie tylko dobra frekwencja na niedzielnych wczesnopołudniowych meczach, ale też niezwykle zorientowanie trybun w sytuacji w drużynie. Tu nie ma przypadkowych kibiców, którzy akurat przejeżdżali rowerem i wpadli na chwilę, by się poprzyglądać. W moim towarzystwie siedzi frakcja dziadków, która — bez żadnej ironii — wie o Orle Piaski Wielkie więcej niż ktokolwiek na świecie. Jeszcze nie zdążyłem się do końca zorientować, “którzy to nasi”, a oni już ruszyli do kwestionowania decyzji personalnych Jałochy, domagając się wpuszczenia z ławki konkretnych zawodników, którzy w drugiej połowie faktycznie zaczęli się pojawiać na boisku. Przy tak zaangażowanej, śledzącej każdy mecz, publiczności, Orzeł Piaski Wielkie nie zginie. W trakcie drugiej połowy jednemu z moich sąsiadów z trybun dzwoni telefon. Kolega chce się dowiedzieć, jaki jest wynik. Nie wiedzą, co mu powiedzieć. Orzeł prowadził do przerwy 3:0, ale w momencie, gdy dzwonił, było już tylko 3:2. – Powiedz mu, że dalej jest 3:0. On jest po zawale. Lepiej niech się nie denerwuje — zapada wspólna decyzja. A mnie ujmuje, że są na świecie ludzie, których zdrowiu może zaszkodzić niepowodzenie Orła Piaski Wielkie. Na szczęście wszystko kończy się dobrze. W ostatniej akcji Orzeł strzela na 4:2 i oddala się od dna tabeli, zwiększając szanse, że także w przyszłym sezonie zagra w amatorskiej Lidze Mistrzów.

Podziel się wpisem: