Zwiedzam Kraków, odcinek 4: Universum

Grały w niedzielne popołudnie Lech z Legią, co brzmiało dość – choć nieprzesadnie – kusząco. Skoro jednak w tym samym czasie Universum Kraków mierzyło się z Eklerem Baranówka, nie sposób było siedzieć przed telewizorem. Miałem do wyboru mecz albo z samego szczytu albo z samego dna polskiej drabinki ligowej, wybrałem to dno. Zaopatrzyłem się w maczetę, kastet, kij bejsbolowy, nóż kuchenny, gaz pieprzowy i wyruszyłem na Nową Hutę.

Nie no, żartuję z tą Nową Hutą. Byłem tam już rok temu i nie odnotowałem niczego, zgodnego ze stereotypem tej dzielnicy (czyt. wróciłem). A okolice Placu Centralnego i te szerokie, proste ulice, zaprojektowane tak, by można było je przestrzelić na wylot, tworzą całkiem przyjemne wrażenie. Ja jednak pojechałem na Suche Stawy. Tym razem dom Hutnika ominąłem.

Nie wspomniałem wam jeszcze, że ten szlagier, który zamierzałem obejrzeć, rozgrywał się w C klasie, co było straszliwie ważne. Raz, dwa, trzy…, dziewiąta klasa rozgrywkowa w Polsce! To był jedyny szczebel, na jakim jeszcze nie oglądałem meczu, bowiem w moim regionie najgorsza jest B klasa. Skoro więc Universum Kraków zajmowało przedostatnie miejsce w tabeli, ich rywale z Baranówki byli zaledwie dwa miejsca wyżej, prężyły przede mną swe muskuły dwie drużyny (prawie) najgorsze w Polsce.

Muszę przyznać, że spodziewałem się po 9. klasie rozgrywkowej gorszego boiska. Tymczasem mijam zawieszony na płocie transparent kibiców Hutnika „XI przykazanie – dzieci i boisk nie kradnij” (fani tego III-ligowca obawiają się, że miasto chce wyrugować ich z Suchych Stawów) i przede mną rozpościera się spory, nowoczesny budynek. „Centrum Rozwoju Com-Com Zone”. Największa hala sportowa w Krakowie, wszystkie możliwe cuda niewidy, kilka dni temu gościł tam Jerzy Dudek. A co najważniejsze – cztery boiska. Trzy z naturalną nawierzchnią, jedno ze sztuczną i oświetleniem. Nieźle jak na 9. ligę, nie ma co.

Zanim zaczęli biegać baranówczanie, grały jeszcze dziewczyny. Dziwny to w Polsce widok, na dwóch boiskach zaciekle grają dziewczyny, sędziują kobiety, gol pada co 37 sekund, a przy linii jedna z kobiet robi niełatwy trick „dookoła świata” w butach zimowych. Co tu się dzieje, Wąski?!

Już miałem obawy, że „mój” mecz będzie superprofesjonalny. Ale gdzie tam. Klimat 9. ligi mnie porwał. Tam nie było nic. Sędzia spóźniony o dziesięć minut, przyszedł sam, liniowych ze sobą nie zabrał. Trenerów żadna z drużyn nie miała, a jeśli już to grających, co dopiero mówić o kierowniku, asystencie, prezesie. Sama trybuna miała 48. miejsc, a kibiców zebrało się na niej… ośmiu. Tym samym odnotowałem najniższą frekwencję jaką kiedykolwiek widziałem na meczu. Sam – jak się okazało – popełniłem straszliwe faux-pas – mając szalik dokładnie w barwach Ekleru Baranówka (coś jak Galatasaray Stambuł). I jak tu przekonywać piłkarzy – zdziwionych, że ktoś chce ich oglądać – że jest się bezstronnym obserwatorem?

Mecz miał ten niezwykły smaczek, że… obie drużyny rozgrywają swój pierwszy sezon w historii. Nic dziwnego, że sporo jeszcze rzeczy ich piłkarze nie widzieli. – Pierwszy raz nie masz w polu karnym błota! – wykrzyknął przed meczem do swojego bramkarza jeden ze zszokowanych graczy Universum. Nie co dzień gra się na sztucznej murawie, co okazało się sporym problemem.

Kłopot był taki, że po nieudanym zagraniu (a były ich całe stada) nie było żadnej kępki, którą można by wściekle kopnąć, żadnej nierówności, żadnego wytarcia, stojącej wody. Nic. A ja NIGDY, ale to z całą pewnością PRZENIGDY, nie widziałem tak tragicznie beznadziejnych zawodników. Nie wierzyłem, że coś takiego w ogóle istnieje, co sprawiło, że mecz oglądało się fenomenalnie. Skoro 97% zagrań było fatalnych, a pozostałe trzy procent słabych, to w każdym momencie należało się spodziewać niespodziewanego. A to bramkarz przepuści leniwie turlającą się piłkę, a to ostatni stoper zacznie się „kiwać” z czterema rywalami. No, generalnie gol wisiał w powietrzu przez bite 90 minut. Gdy w końcu Universum przed przerwą zdobyło bramkę, uradowany strzelec zwęszył szansę na ubicie interesu. – Mamo, będzie dzisiaj obiad? – krzyknął do siedzącej na trybunach dumnej z syna kobiety.

Mamy przerwę, szatni żadnych w pobliżu nie ma, więc piłkarze obradują nad taktyką na trybunach, popalając fajki. Oczywiście podsłuchuję. W Eklerze stan natury wg Hobbesa, czyli wojna wszystkich ze wszystkimi. Napastnik do bramkarza, że słaby. Bramkarz do prawoskrzydłowego, że co on k… robi. Lewoskrzydłowy do środkowego pomocnika, żeby wypieprzał, jak mu się nie chce grać. Środkowy pomocnik do stopera, żeby grał piłką. Stoper do lewego obrońcy, że w ogóle to on nie umie grać. Niesamowite. A przyzwyczajone do przegrywania Universum stwierdza z zadowoleniem, patrząc na rywali. – Oni mają dzisiaj tak, jak zwykle my!

W 60. minucie tak zmobilizowany Ekler wyrównuje. Wśród rezerwowych Universum konsternacja, bo zaczęła się wymykać szansa na odniesienie trzeciego zwycięstwa w historii klubu. Kolegialnie rezerwowi podjęli więc decyzję o zmianach, sami wypisali kartkę i wręczyli ją sędziemu. Trafili ze zmianami, bo 11 minut przed końcem ten od obiadu strzelił swojego drugiego gola, zapewniając sobie też drugie danie.

Ostatnie 10 minut należało do najkrwawszych, jakie świat widział. Nowohucki stereotypowy klimat na C-klasowym boisku. Walka taka, jakiej nawet „Crazy Gang” Wimbledonu nie widział. Jeden z zawodników gospodarzy leży na murawie zdemolowany łokciami dwóch rywali i widać, że nie udaje. Prowadzący piłkę gracz Ekleru zastanawiał się czy zagrać fair, czy walczyć o wynik. Podpowiedział mu bardziej doświadczony kolega: „To jego problem, że leży!”. I kontynuował akcję.

Gdy jakiekolwiek punkty z prawie najgorszą drużyną w Polsce wymykały się Eklerowi, poziom frustracji osiągnął Everest. Ktoś tam miał do napastnika pretensje. – Podaj dobrze i dopiero drzyj mordę!”. I sędzia gwizdnął po raz ostatni. A ja chciałem, żeby to trwało i trwało. Jestem fanem krakowskiej C klasy. Zwłaszcza, że po meczu obie drużyny mogły zaśpiewać zgodnie: „Nigdy nie spadnie, żaden z nas nigdy nie spadnie”. I byłoby to prawdą.

Śmiałem się, dziwiłem, że w obecnym piłkarskim świecie jeszcze istnieją takie miejsca przy których żywiecka A klasa jest wzorem stosowania myśli taktycznej. Ale z drugiej strony – kto z nas wie, jak zaczynały kluby, które dziś uznajemy za wielkie. Wisły, Legie, Cracovie. Może sto lat temu były jak Universum Kraków i Ekler Baranówka?

 

Podziel się wpisem: