To nie jest liga dla zagranicznych trenerów

Jednym z głęboko zakorzenionych mitów środowiska piłkarskiego jest przekonanie, że w Polsce panuje moda na zagranicznych trenerów. Ostatnio to zdanie powtórzył Jacek Zieliński z Cracovii w wywiadzie dla Interii, ale w podobnym tonie wypowiada się często wielu trenerów i kibiców. Tymczasem, gdy sprawie przyjrzeć się dokładniej, wychodzi na to, że Polska jest jednym z najbardziej hermetycznie zamkniętych środowisk trenerskich. I wcale nie mam przekonania czy to dobrze.

Osiem procent zagranicznych

 W ekstraklasie pracuje aktualnie dwóch obcokrajowców – Czech Radoslav Latal w Piaście i Chorwat Nenad Bjelica w Lechu. W I lidze i II lidze tylko dwa kluby mają zagranicznych trenerów – to Podbeskidzie Bielsko-Biała ze Słowakiem Janem Kocianem i Radomiak Radom z Czechem Wernerem Liczką. Choć kryterium narodowościowe, jak zwykle i w wielu dziedzinach, jest bezdennie głupie, bo np. Kocian jest w Bielsku-Białej – położonym 50 kilometrów od słowackiej granicy – traktowany za bardziej swojego niż Dariusz Dźwigała z odległej o 350 kilometrów Warszawy. Ale skoro jest niby moda na trenerów z zagranicy, przyjmijmy kryterium narodowościowe. Oznacza to, że spośród 52 klubów szczebla centralnego w Polsce, cztery mają trenerów z zagranicy. Niecałe osiem procent.

30 procent to nie trend

W czasach najnowszych, trudno w Polsce szukać śladów mody na trenerów z zagranicy. W XXI wieku, pracowało w Polsce 30 szkoleniowców z obcymi paszportami. Rekordzista, Duszan Radolsky, nie dobił nawet do stu meczów w ekstraklasie. Maksymalnie, jednocześnie zatrudnionych w ekstraklasie było pięciu trenerów z zagranicy. Taki stan utrzymał się jednak tylko przez dwa miesiące 2014 roku. Zawiszę Bydgoszcz prowadził wtedy Portugalczyk Jorge Paixao, Lechię Gdańsk Portugalczyk Quim Machado, Piasta Hiszpan Angel Perez Garcia, Legię Warszawa Norweg Henning Berg, a Ruch Chorzów Słowak Kocian. Pięciu trenerów to jednak nawet nie 1/3 ekstraklasy. Dalej trudno to nazwać modą. Zwłaszcza, że nigdy później taki stan już się nie powtórzył.

Moda jest w Anglii

 W skali Europy, też trudno mówić w przypadku Polski o modzie na trenerów zagranicznych. Raczej o czymś zgoła przeciwnym. W każdej z pięciu najlepszych lig europejskich, pracuje aktualnie więcej trenerów zagranicznych niż w Polsce. I to mimo faktu, że większość z tych krajów wychowuje wielu naprawdę znakomitych szkoleniowców. W Niemczech zagraniczni trenerzy stanowią prawie połowę ligi (8/18), choć przecież potrafiliby znaleźć równie dobrych własnych, w Hiszpanii siedem na dwadzieścia klubów prowadzą obcokrajowcy, we Francji cztery na dwadzieścia, a we Włoszech pięć. Prawdziwa moda na trenerów z zagranicy to jest w Anglii, gdzie szesnaście z dwudziestu miejsc w lidze obsadzają obcokrajowcy, a nie w Polsce, gdzie to tylko 12 procent.

Białoruski przykład

Podobnie jest w przypadku lig bardziej porównywalnych do polskiej. Odsetek trenerów zagranicznych wyższy niż Polska mają chociażby Rosja, Ukraina, Słowacja, Litwa, Łotwa czy Estonia. Na Węgrzech obcokrajowcy zajmują połowę miejsc pracy dla trenerów. W tym te najbardziej atrakcyjne – u mistrza kraju (Ferencvaros prowadzi Niemiec Thomas Doll) i lidera (Ujpeszt trenuje Niemiec Michael Oenning). Podobny przypadek do polskiego to Czechy, gdzie jest aktualnie tylko jeden trener z zagranicy, ale za to w Viktorii Pilzno, jednym z najlepszych klubów. Absolutnie żadnego obcego szkoleniowca nie mają w lidze Białorusini. Ale nie jestem pewien czy to kierunek, z którego powinniśmy brać przykład.

Wzorce z zagranicy

 W Polsce nie ma i nie było mody na trenerów z zagranicy. Niektóre kluby chętniej sięgały po obcokrajowców, ale nigdy nie stało się to ogólnoligową tendencją. Nadal, w porównaniu do kolegów z zagranicy, polscy trenerzy nie mają powodów do narzekania. Inna sprawa, czy to dobrze. Ilekroć jakiś kraj chce podnieść poziom swojego futbolu, zatrudnia licznych trenerów z zagranicy. W zamierzchłych czasach, polską ligę też podnosili Węgrzy czy Czechosłowacy. I patrząc na 30-tkę obcych trenerów, którzy pracowali w Polsce, nie mam wrażenia, byśmy musieli z nich robić diabły wcielone polskiego futbolu.

Solidni fachowcy

 Oczywiście, mamy wszyscy w głowach świeże przykłady Besnika Hasiego i Jacka Magiery, w których drużyna polskiego trenera bije na głowę zespół szkoleniowca z zagranicy. Ale wbrew pozorom, tak radykalne przypadki zdarzały się bardzo rzadko. Równie wiele było historii o trenerach, którzy swoje kluby albo podnosili na wyższy poziom albo przynajmniej robili swoje.

 Czy można narzekać na obecność w lidze Latala, który osiągnął największy sukces w siedemdziesięcioletniej historii istnienia klubu? Radolsky’ego, który podpisał triumfy prowincjonalnej Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski nad Manchesterem City czy Herthą Berlin? Czerczesowa, który z Legią zdobył wszystko, co się dało? Berga, który zanim skończył źle, zdobywał mistrzostwo i efektownie grał w pucharach? Kociana, który o mało nie przebił się z Ruchem do Ligi Europy? To przykłady jaskrawych sukcesów, ale była jeszcze cała masa trenerów, którzy po prostu rzetelnie robili swoje. Jak Robert Maaskant, ostatni mistrz Polski z Wisłą Kraków, Dragomir Okuka, który też zapisał się w historii Legii, Dan Petrescu, Jose Rojo Martin Pacheta, Werner Liczka czy nawet wyśmiewany bardziej za wygląd niż za wyniki Stanislav Levy. Ewidentnych niewypałów w stylu Hasiego czy Paixao było naprawdę zdecydowanie mniej niż solidnych fachowców. Wybierając spośród trzydziestu polskich trenerów, też łatwo znaleźlibyśmy dwóch nieudaczników.

Podziel się wpisem: