Przerażająca wizja przyszłości kibicowania

Gdy gruchnęło parę miesięcy temu, że fani PSV Eindhoven, klubu jednak mającego w nazwie firmę Phillips, co zobowiązuje, protestują przeciwko zamontowaniu na ich stadionie ogólnodostępnej sieci WiFi, solidaryzowałem się z nimi. Też myślę, że wszechobecne wgapianie się w ekran pogorszyłoby atmosferę na stadionach i w ogóle jest niepotrzebne. Wybałuszamy na te ekraniki oczy w autobusach, kościołach, pociągach, szkołach, uczelniach, w pracy, zostawmy chociaż jedno święte miejsce i – uwaga, będzie patetycznie – przeżywajmy futbol.

Zreflektowałem się tylko, że dawno już nie obejrzałem meczu bez ćwierknięcia na Twitterze, zerknięcia w statystyki na żywo na WhoScored, Squawce i FourFourTwo, szybkiego wyguglowania ile lat ma ten diamencik na lewej obronie i spojrzenia czy już jest w sieci powtórka bramki. Ja problemu braku WiFi na stadionie nie odczuwam, jestem w grupie uprzywilejowanej, na stadionie mam internet i nie waham się go używać. W końcu – taka praca.

Ale, hola, hola czy gdy nie piszę żadnej relacji, siedzę sobie w fotelu, to mam internet w poważaniu? Nie, zachowuję się jak zawsze. Czytaj – mam uruchomione minimum dwa ekrany. Jeden z meczem, drugi z wszystkim co wokół niego.

Czyli zachowuję się jak modelowy kibic z generacji Y. Przypisywały mnie i rocznikom mniepodobnym media i specjaliści przeróżne określniki. Byliśmy już pokoleniem JPII, którego przedstawicielem nigdy się nie czułem, pokoleniem JP (już prędzej), prawego kciuka i czego tam jeszcze. Teraz jesteśmy Y.

Kibic z pokolenia Y, gdy już ruszy się na stadion, nie jest usatysfakcjonowany tylko emocjami i oglądaniem sportu na żywo. Chce jeszcze mieć dostęp do wszystkich danych live, wrzucić fotkę, skomentować fotkę i napisać, jak jest super. Narzeka przy tym, że nie ma czasu wpisywać ćwierknięć, bo mecz mu umyka, więc firmy oferują nagrywanie twittów i ich publikowanie. Najpopularniejsze ligi w Stanach tak już ponoć funkcjonują. Do 2016 roku każdy klub NFL ma mieć obowiązkowo zamontowane WiFi dla kibiców.

Za jego pośrednictwem, kibic zamówi jedzenie, bo nie chce mu się stać w kolejkach. Zamówi picie, zamówi gadżet, który gońcy dotransportują mu na jego miejsce. Zakupi bilet dzięki aplikacji mobilnej. Problemu konieczności wychodzenia do toalety jeszcze nie rozwiązano, ale to pewnie kwestia czasu. Skoro na Veltins Arenie w Gelsenkirchen potrafią doprowadzić piwo piwociągiem na miejsca vipowskie, wymyślą też jak odprowadzić piwo przez vipów przetworzone. Kwestia czasu.

Eindhoven znakiem, że Europa jeszcze się broni. Ale już się ugina. Za chwilę nie tylko nie będziemy w stanie obejrzeć w spokoju meczu sprzed telewizora, ale też ze stadionu, bo tam też będzie nas wszystko rozpraszać. Przerażające, jednak już po sobie widzę, że jestem stracony.

Czyli, pierwszy dzień Dni Biznesu w Sporcie zrobił swoje. Zasiał w głowie nie jeden temat do dyskusji i do napisania. Jutro kolejny dzień maratonu. Przypominam, że Z nogą w głowie jest dumnym, prężącym się z (prawego, dolnego rogu, w miejscu widocznym tylko dla jego właściciela) plakatów po całym SGH-u, patronem medialnym X Dni Biznesu w Sporcie.

Podziel się wpisem: