Przeciw rewolucji w Podbeskidziu

Dwudziestu zawodników, którzy z Zagłębiem Lubin w 2014 roku spadli z ekstraklasy, wywalczyło rok później awans. Trzynastu z nich kolejny rok później wywalczyło awans do europejskich pucharów. Podobnie w Cracovii, która po spadku w 2012 roku, awansowała rok później do ekstraklasy z czternastoma zawodnikami z tamtej kadry. I w GKS-ie Bełchatów, który wygrał I ligę w 2014 roku, rok po degradacji z ekstraklasy, z piętnastoma zawodnikami pamiętającymi spadek. Tutaj nie wymieniono nawet trenera. W 2015 roku, gdy GKS znowu spadł, władze klubu – przymuszone bądź nie – postanowiły działać w inny sposób. Wyrzuciły ponad dwie trzecie kadry, która spadła oraz trenera. GKS znowu spadł. Tym razem do II ligi.

Nie chcę mówić, że przedstawiłem właśnie złotą recepturę na szybki powrót do ekstraklasy. Da się znaleźć oczywiście kontrprzykłady. Piast po spadku nie dokonał rewolucji i nie awansował. Dokonał rewolucji dopiero wtedy i rok później awansował. Reguły nie ma. Natomiast praktyka wielu lat pokazuje, że utrzymanie ekstraklasowego składu, znacznie zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu w I lidze. Nawet jeśli bardzo podobny skład rok wcześniej był za słaby na ekstraklasę.

 Utrzymanie ekstraklasowego składu jest jednak rozwiązaniem trudnym i wymagającym mądrości oraz odporności na cięgi. Trudnym nie tylko dlatego, że z każdej, nawet najgorszej drużyny, inne kluby zawsze po spadku wyciągną kilku zawodników. Trudnym także dlatego, że to niepopularne. Po spadku, kibice domagają się głów. Wszystkich. Właściciela, prezydenta miasta, prezesa, dyrektora sportowego, trenera, piłkarzy. Zależnie od klubu, domagają się ich wszystkich jednocześnie, a czasem tylko paru. Chcąc zyskać popularność fanów, prezes musi koniecznie pozbyć się wszystkich „nieudolnych kopaczy”, „najemników bez charakteru” i zapowiedzieć: „odmłodzenie drużyny”, „stawianie na chłopaków z regionu, identyfikujących się z miastem i regionem” oraz „ładny dla oka styl gry”. Im więcej zawodników ze spadkowego składu się wyrzuci, tym lepsze nastroje wśród kibiców w lipcu, na rozpoczęcie sezonu. I tym gorsze w czerwcu, na zakończenie sezonu.

 Kryzysy wzmacniają radykałów i populistów. Tak było jak świat światem. Nie tylko w piłce.

 Po spadku, wśród fanów Podbeskidzia huczy. Trwa festiwal całkowitego niezadowolenia ze wszystkiego, co da się oczywiście wytłumaczyć i zrozumieć. Na forach, portalach społecznościowych i niespołecznościowych, w codziennych rozmowach, słychać głównie kwękania i narzekania. Nie zadowoli ich żaden transfer, żaden trener ani żadna deklaracja. Odkupić winy można tylko wygrywając. Co jednak wolno kibicom, byłoby niedopuszczalne u osób decyzyjnych. Prezes Tomasz Mikołajko dzień po meczu z Łęczną, stwierdził, że „najchętniej wyrzuciłby wszystkich piłkarzy”. Ale to było zrozumiałe. To było dzień po spadku. Jestem przekonany (albo lepiej: mam nadzieję), że miesiąc po spadku już by tak nie powiedział.

Ten wpis powstał jako polemika do tekstu Pawła Przybyły ze śląskiej „Gazety Wyborczej”. Możecie go znaleźć TUTAJ. Cytuję: „Jeżeli jednak, “Górale” w I lidze nadal będą tworzeni przez zawodników, którzy spuścili Podbeskidzie z ekstraklasy, nowy trener niczego nie zmieni. Żeby była jasność: osobiście nic nie mam przeciwko Jozefowi Piackowi, Pawłowi Baranowskiemu, Mateuszowi Możdżeniowi i reszcie tej paczki, ale nie podołali zadaniu utrzymania bielskiego klubu w ekstraklasie i ich czas przy Rychlińskiego się już skończył. Dlaczego w ogóle poruszam ten temat? Przecież w zasadzie to logiczne, że w Podbeskidziu będzie teraz czystka, prawda? Własnie nie! Krążą bowiem pogłoski, że pod Klimczokiem myślą o zbudowaniu drużyny na tych piłkarzach, którzy raczą w klubie pozostać. Błagam, nie! W Bielsku-Białej potrzeba świeżej krwi, młodych, ambitnych, zdeterminowanych, żądnych zwycięstw i sukcesów zawodników, którzy szybko powrócą z Podbeskidziem do elity. Obecnie zatrudnieni w klubie piłkarze, choćby ich wołami targać, polotu już nie są w stanie zapewnić.

Mam odwrotnie. Osobiście mam coś przeciwko Piackowi, Baranowskiemu, Możdżeniowi i wszystkim innym, bo spuścili z ekstraklasy klub, na którego meczach się wychowałem. Ale obiektywniej patrząc, to, że ktoś spadł, nie oznacza automatycznie, że do niczego się nie udaje. Spadek zwykle jest zrodzony przez masę czynników. Napastnik, który trafia w słupek, zamiast do bramki, jest zazwyczaj ostatnim ogniwem łańcucha nieszczęść. Nie jedynym.

 Biorąc pod uwagę doświadczenia ligowe ostatnich lat, „czystka” nie jest logiczna. I mam wrażenie, że hasła o „świeżej krwi, młodych, ambitnych i zdeterminowanych” to tylko to, co kibice chcą dzisiaj usłyszeć. Nic więcej.

 Podbeskidzie potrzebuje dzisiaj spokoju. Mądrości. Generalnie na świecie jest tak, że w dłuższej perspektywie, kto działa spokojnie i długofalowo, odnosi sukcesy, a kto przeprowadza „czystki” po każdym niepowodzeniu, ponosi porażki. Nawet jeśli w perspektywie jednego sezonu „efekt nowej miotły” i działanie pod publiczkę przyniesie powodzenie, w perspektywie pięciu sezonów raczej nie. Wszystko, co Podbeskidzie powinno dziś zrobić, to zatrzymać jak największą liczbę ważnych członków tej drużyny. Wszystkich się nie uda. Mójta i Szczepaniak już odeszli. Choć w klubie twierdzą inaczej, myślę, że ciężko będzie zatrzymać Zubasa i raczej Stefanika. W przypadku większości pozostałych, Podbeskidzie ma w ręku karty.

 Bardzo łatwo powiedzieć: „wyrzucić wszystkich, postawić na młodych!”. Trzeba jednak mieć skąd tych młodych wziąć. Wiadomo, że Podbeskidzie własnych dobrych, młodych  nie ma od lat. Trzeba wziąć ich z innych miejsc. W regionie można raz na parę lat znaleźć jedną perłę, ale raczej nie piętnaście w miesiąc. Trzeba ich więc kupić. A młodzi Polacy, najlepiej jeszcze ograni w ekstraklasie lub w I lidze, mają to do siebie, że kosztują więcej niż ktokolwiek inny. I raczej nie walą drzwiami i oknami do Podbeskidzia.

 Podbeskidzie jest w tym dobrym położeniu, że piłkarzy wybierało sobie jeszcze jako ekstraklasowy klub i z niektórymi podpisało więcej niż roczne kontrakty. Dzięki temu ma ekstraklasowych piłkarzy, których ciężko byłoby namówić na transfer do I ligi. Oczywiście, dziś o wszystkich zawodnikach wszyscy powiedzą, że są beznadziejni, bo mamy na świeżo w pamięci ich ostatnie występy. Ale generalnie rzecz biorąc, zdecydowana większość trenerów I-ligowych bardzo chciałaby mieć ofensywnego pomocnika jak Możdżeń, nawet jeśli jest zagubiony. Chciałaby mieć stopera jak  Piacek czy Baranowski (na I-ligowym rynku bardzo ceniony). Chciałaby mieć napastnika jak Demjan i pomocnika jak Chmiel. I tak dalej. Oczywiście, ci wszyscy zawodnicy z różnych powodów byli w słabszej formie. Ale umiejętności na czołówkę I ligi – a to chyba jest celem Podbeskidzia – na pewno mają.

 Pamiętajmy o okolicznościach, w jakich Podbeskidzie się w  I lidze znalazło. Nie zleciało z hukiem. Nie odstawało od reszty stawki. Nie było straszliwym chłopcem do bicia, jak wtedy, gdy w pół roku uzbierało sześć punktów. Nie, było drużyną, która potrafiła dwa razy ograć mistrza Polski, łupnąć Wisłę na wyjeździe i osiągnąć jeszcze parę dobrych rezultatów. Przy tym w skali 30 kolejek sezonu było w stanie zająć dziewiąte miejsce. W  wyniku regulaminu rozgrywek, który nie wybacza kryzysów w ostatnim miesiącu sezonu i koszmarnego dołka psychicznego, drużyna znalazła się w I lidze. To nie zeruje jednak umiejętności wszystkich piłkarzy. Piłkarsko Podbeskidzie było na poziomie dołu tabeli ekstraklasy, czyli mniej więcej na poziomie góry tabeli I ligi. I skoro taki skład się ma, to warto go utrzymać.

 Podbeskidzie oczywiście potrzebuje zmian. I one będą, bo to nie uniknione. Potrzeba kilku młodzieżowców, by spełnić wymóg regulaminowy (kilku, a nie całą drużynę!). Na kilku pozycjach potrzebuje zmian, na kilku będzie zmuszone do zmian. Chodzi jednak o to, by wyrzucić z koszyka zgnite jabłka, a nie o to, by wywalić cały koszyk. Czy inaczej mówiąc, wylać dziecko z kąpielą.

 Nie mam przekonania, że obecni piłkarze „choćby ich wołami targać”, nie są w stanie zapewnić polotu. Od kiedy Jacek Zieliński zrobił z Cracovii Roberta Podolińskiego jedną z najefektowniej grających drużyn w Polsce, nie odważę się na takie sądy. Wydaje mi się wręcz, że ci sami piłkarze, ustawieni odrobinę inaczej, grający trochę innym stylem, mający za sobą trenera, który im ufa i kolegów, z którymi dobrze się czują, potrafią w niczym nie przypominać piłkarzy, którzy spadli z ligi. Podbeskidzie rewolucję już przeszło. Rok temu. Piętnastu zawodników odeszło, czternastu przyszło. Jako tako zaczęło  wyglądać w październiku, trzy miesiące po rozpoczęciu sezonu. Nieźle w lutym, siedem miesięcy po rozpoczęciu sezonu. Te miesiące oddane walkowerem okazały się kluczowe dla losów klubu. Walka o awans będzie trwać od pierwszej kolejki. Dlatego jeśli się ma zbudowane podstawy drużyny na czołówkę I ligi, a do tego zawodników w miarę ze sobą zgranych, trzeba dziękować za to niezasłużone błogosławieństwo, a nie burzyć zalążki fundamentów.

 By wszystko się udało, Podbeskidzie potrzebuje mądrego i dobrego trenera. Wychodzę z założenia, że trener jest kluczowy. Dobry trener ściągnie zazwyczaj dobrych zawodników i dobrze ich ustawi. Zły trener ściągnie złych zawodników i źle ich ustawi. Podbeskidzie nie wzięło ani mojego wymarzonego kandydata (trafił do Górnika Zabrze, gratuluję awansu) ani mojego drugiego wymarzonego kandydata (gratuluję Pogoni), ani mojego trzeciego wymarzonego kandydata (gratuluję Termalice), ani mojego czwartego wymarzonego kandydata (odszedł z Termaliki). Podbeskidzie w ogóle nie wzięło mojego wymarzonego kandydata. Dariusza Dźwigałę znałem dotychczas tylko z mediów. W rozmowie robi dobre wrażenie. Cieszę się, że rozumie, iż Podbeskidzie nie potrzebuje rewolucji personalnej tylko taktycznej. Uchodzi za trenera, który stara się uczyć zawodników prowadzić grę w ataku pozycyjnym. Podbeskidziu będzie to bardzo potrzebne w nowym sezonie. Dźwigały nie znam, jego zatrudnienie nie wyrwało mnie z butów, ale dajmy mu popracować. Pamiętajmy, że Podbeskidzie było najlepsze za Roberta Kasperczyka, który ani wcześniej ani później nie odniósł spektakularnych sukcesów. A do Bielska pasował idealnie. Nigdy nie wiadomo jak kto się sprawdzi w danych warunkach. Więc dajmy czas. Marzę, żeby po ciągłych rewolucjach, Podbeskidzie przepracowało dwa sezony z rzędu z tym samym trenerem. Jeśli tak się stanie, jestem dziwnie spokojny, że kibice będą bardziej zadowoleni niż są dzisiaj. Spadek i zmiana trenera są wystarczającym trzęsieniem ziemi jak na jedno lato. Nie domagajmy się kolejnego.

 

Podziel się wpisem: