Premier League. Liga trenerów

Żyjemy w epoce trenerów. Jeszcze nigdy nie poświęcano im tyle miejsca. Najlepsi zarabiają na poziomie gwiazd swoich drużyn, co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia. O trenerskie megagwiazdy walczy się jak o najlepszych zawodników,  coraz więcej ma dbających o ich interesy agentów. Trenerzy potrafią polaryzować kibiców. O preferowanych przez nich stylach gry, internety na całym świecie zajadle dyskutują przez 365 dni. Jeszcze nigdy w historii futbolu trenerzy nie znaczyli tak wiele. Ci najwięksi, potrafią nie tylko po cichu wygrywać, ale jeszcze o tym opowiadać, “sprzedać” swoją historię sukcesu, swój wizerunek. Odpowiedź na pytanie Mourinho czy Guardiola w szczytowym okresie ich rywalizacji wykraczała już daleko poza futbol i dotyczyła wyznawanych wartości.

Premier League wykazuje największą moc przyciągania trenerskich supergwiazd.To zjawisko wyjątkowe. Dyskusja o wyższości jednej ligi nad drugą jest czysto akademicka i trudno znaleźć obiektywne argumenty mierzące atrakcyjność danych rozgrywek w porównaniu do innych. Wiadomo jednak, że największe ligi świata w gruncie rzeczy aż tak bardzo się od siebie nie różnią. Największe pieniądze są w Premier League, a mimo to najlepiej gra się w piłkę w La Liga, co potwierdzają co roku europejskie puchary. Mimo gigantycznej rynkowej przewagi Anglii, wcale nie ma tam nagromadzenia najlepszych piłkarzy świata. Gdy spojrzeć na tegoroczną listę nominowanych do Złotej Piłki, okaże się, że zdecydowanie najwięcej, bo aż 11 zawodników zarabia na co dzień w lidze hiszpańskiej, Bundesliga i Premier League mają po pięciu reprezentantów, a Serie A i Ligue 1 po jednym. Jeśli chodzi o piłkarzy, talent na kontynencie rozkłada się więc w miarę równomiernie.

Jeśli chodzi o trenerów, przewaga ligi angielskiej zaczyna się robić miażdżąca. Trenerski talent oczywiście trudno zmierzyć, ale na pewno żadna inna liga nie ma tak wielkiej mocy przyciągania trenerskich osobowości, jak Premier League. Co tydzień, najbardziej pasjonującymi historiami wydarzającymi się w Anglii są zderzenia nie na boisku, ale te wykreowane starcia generałów przy ławkach.

Pracuje w Anglii Arsene Wenger, jeden z największych oryginałów wśród światowych trenerów, fachowiec niewątpliwie budzący emocje i kontrowersje. Przyciągnęła Premier League Juergena Kloppa, choć o tym, by Niemiec objął ich drużynę, marzyli kibice każdego klubu świata. Angielskie media nie kochały tak mocno nikogo od czasów pierwszego przybycia Mourinho na wyspy. Przygarnęła Anglia Louisa Van Gaala, postać budzącą takie emocje, że nawet w odległym kraju, uznawany za elokwentnego i spokojnego publicysta, zapytany o niego przed kamerą używa słów: “kawał bufona, z chamską, prymitywną twarzą”. Także w swoim kraju Van Gaal raczej dzieli niż łączy. Odpowiednikiem Kloppa, tylko na mniejszą skalę, można uznać Slavena Bilicia, zachowującego się przy linii w bardzo podobny sposób, co Niemiec i nie tylko mówiącego o graniu heavy metalu, ale samemu go grającego. A są jeszcze rozpoznawalny w całej Europie jako “70-latek, który nigdy nic nie wygrał”, specjalista od wicemistrzostw Claudio Ranieri, kojarzony głównie z boiska Ronald Koeman czy trochę przykurzony, ale wciąż uznawany za wielkiego fachowca Guus Hiddink.

A to przecież dopiero początek. Nikt bowiem nie ma wątpliwości, że Pep Guardiola będzie od lata pracował w którymś z angielskich klubów. Nikt nie wątpi, że znajdujący się na chwilowym bezrobociu Jose Mourinho, pracę znajdzie właśnie na Wyspach. Na ten moment najbardziej prawdopodobne wydaje się, że stojący na dwóch biegunach trenerzy, wylądują w tym samym mieście. A to historia, przyznacie, aż nazbyt westernowa. Raczej prędzej niż później wyląduje też w Anglii Diego Simeone, współczesny odpowiednik młodego Mourinho. I okaże się, że wszystkie największe trenerskie postaci, mające kontynentalną skalę oddziaływania, pracują w jednej lidze.

Bundesliga latem straci swoją jedyną postać w tym stylu, czyli Pepa Guardiolę. Jego następca, Carlo Ancelotti, to oczywiście fachowiec wybitny, być może najlepszy na świecie, ale jednak nie wywołujący u kibiców dreszczyku emocji, słynący z kompromisów i spełniania widzimisię właścicieli. Włoch na pewno nie będzie – jak Katalończyk – wywoływał dysput na temat tego czy jest wizjonerem czy przereklamowanym trenerem, który przejmuje samograje. To raczej przedstawiciel jeszcze poprzedniej epoki, ktoś jak Hiddink czy Del Bosque, raczej usuwający się w cień i pozwalający błyszczeć swoim piłkarzom. Innych trenerskich osobowości o skali kontynentalnej w Bundeslidze nie znajdziemy. Potencjał na taką ma Thomas Tuchel, ale potrzebuje do tego spektakularnego sukcesu międzynarodowego, a prowadzący inne czołowe kluby – Andre Schubert z Gladbach, Andre Breitenreiter z Schalke, Roger Schmidt z Bayeru czy Dieter Hecking z Wolfsburga, to dla osób nie tkwiących w Bundeslidze po uszy, trenerskie anonimy.

W Hiszpanii, trenerskim celebrytą jest niewątpliwie Simeone, ale nie długo się już w La Liga utrzyma. Zaskakująco cicho świat przyjmuje Luisa Enrique. Kilka lat temu popisy młodego Messiego, Henry’ego, Eto’o, Iniesty czy Xaviego wywoływały teksty o geniuszu Guardioli, aktualnie popisy Messiego, Neymara i Suareza, większe niż za czasów Guardioli, nie wywołują głosów o wielkości Luisa Enrique. O trenerze Barcelony, najlepszej przecież drużynie świata, raczej nie marzą trenerzy innych wielkich klubów na świecie, a gdyby ktoś miał do wyboru zatrudnienie jego albo Guardioli, to nawet by na Enrique nie spojrzał. W Madrycie z kolei pracuje Rafael Benitez, jeszcze kilka lat temu uznawany za człowieka z absolutnego trenerskiego topu i wywołujący skrajne emocje. Dziś, po niespecjalnie udanych pobytach w Interze, Chelsea i Napoli, dostaje na światowym poziomie być może ostatnią szansę i głównie zawodzi, a emocje wywołuje przeważnie negatywne. Serie A z kolei straciła już kilka lat temu kontynentalną siłę oddziaływania, której francuska Ligue 1 nigdy nie miała. Trenerami są w obu ligach często fachowcy nie gorsi niż gdzie indziej, ale dla osób nie siedzących w tych ligach anonimowi.

Głosy o finansowej sile Premier League, grożącej europejskim monopolem i skupieniem wszystkiego, co w futbolu najlepsze, na Wyspach Brytyjskich, od lat są przesadzone. Dopóki Anglicy nie nauczą się z sensem szkolić piłkarzy i wydawać pieniędzy, reszta Europy, która robi to lepiej, jest bezpieczna. Ale wielkich trenerskich postaci trudno Premier League nie zazdrościć.

Podziel się wpisem: