Niemiecko-holenderska wymiana genetyczna

Płynne tożsamości współczesnej Europy. Hybrydowość. Glokalizacja. Niemki ładne a Hiszpanki brzydkie. Jose Gonzalez ze Szwecji. Hiszpanie wygrywający przez lata wszystko jak leci. Niemcy grający pięknie i przegrywający. Grecy prowadzący grę i tracący gole po rzutach rożnych. Stereotyp runął, runął runął i pogrzebał stary świat.

 To może i ten runął? Pytam z cichą nadzieją, trwogą i nieśmiało.

 Może teraz to Niemcy będą pięknie przegrywać, a Holendrzy brzydko wygrywać?

 Może gdzieś tak w okolicach 2005-2006 roku, korzystając z tego, że przejście graniczne Roermond – Emmerich am Rhein już dawno nieobstawione surowymi celnikami, chyłkiem przeskoczył na drugą stronę gen pięknego przegrywania. Nic się Niemcy nie pokapowali, nawet się cieszyli, że grali tak efektownie na mundialach w 2006 i 2010 oraz Euro 2008 i Euro 2012. Dopiero po tym ostatnim coś im przestało pasować. „Wszyscy grają 90 minut i dłużej a na końcu wygrywają Niemcy?“. To dlaczego nie wygraliśmy od 20 lat? Dlaczego tracimy gole w końcówkach. Dlaczego prowadzimy 4:0 i remisujemy 4:4?

 Holendrzy mieli swojego genu bardziej burzliwy proces ekstradycyjny. W 2006 roku wykopali do Emmerich piękne przegrywanie, ale zobaczyli, że to nie było zbyt mądre, bo nic nie wzięli w zamian, co sprawiło, że w Niemczech zagrali brzydko jak nigdy i przegrali jak zwykle. W międzyczasie gen pięknego przegrywania, przebywający już w Niemczech, podczas wizyty w Amsterdamie – dzieci, sprawdźcie czy was nie ma w kuchni -połączył się z komórką genetyczną holenderską i w 2008 obie pięknie przegrały. Ale Holendrzy się zorientowali, wyrzucili za granicę piękne przegrywanie i zaczęli grać bardzo brzydko. O mało nie zgarnęli w ten sposób mistrzostwa świata, ale jednak korzenie dały o sobie znać. Możesz wyciągnąć człowieka z Holandii, ale nie tak od razu wyciągniesz Holandię z człowieka.

 W 2012 w wyniku powikłań związanych z zamianą genów, doszedł do głosu inny holenderski gen odpowiedzialny za przerośnięte ego. Holendrzy nie mieścili się przez niego w drzwiach krakowskiego Sheratonu, nie mówiąc już o wąskich tunelach na stadion. Na żaden mecz nawet nie wyszli.

 U Niemców ta zamiana genów dokonała się nagle, u Holendrów to był długotrwały proces.

 Ale tak sobie marzę, może to już? Może teraz wszyscy grają 90 minut i dłużej, a na końcu wygrywają Holendrzy?

 Czy to nie jest takie niemieckie, jak Holendrzy bezlitośnie punktują rywali, sami nawet nie próbując wmawiać, że są idealni? Czy to nie jest niemieckie, że przegrywają do 88. minuty i wygrywają nawet bez dogrywki, po golu najsłabszego zawodnika na boisku? Czy to nie jest niemieckie, że wszyscy rywale wybijają się w jednej części drabinki, a Holendrzy z krzywym niemieckim uśmiechem brną przez rywali uboższych w talent? Czy to nie jest niemieckie, że drużyna składa się z dziewięciu rzeźników i dwóch gości, którzy rozumieją, co się z tą gałą robi?

 Nie, to nie jest niemieckie. Niemieckie to teraz grać pięknie jak nigdy i przegrać jak zawsze. Dać się wyeliminować w jedynym słabszym meczu w turnieju. Chcę wierzyć, że odwieczne stereotypy zamieniły się właścicielami.

 Nie kwilcie mi tu w czasie meczów Holendrów, że grają brzydko. Nie ma nic piękniejszego niż brzydko grająca Holandia. Za dużo już razy widziałem ten mecz z Meksykiem, który toczył się wczoraj do 88. minuty. To odpadanie w najmniej spodziewanym momencie. 2000, 2004, 2006, 2008, 2010. Pięć razy mi wystarczy.

 Holandia wyrachowana, och. Brutalna, ach. Wygrywająca fuksem, jak wspaniale. Zwyciężająca niesprawiedliwie, a najlepiej przy pomocy sędziów – uczta dla strudzonej duszy. Pomarańczowa rewolucjo trwaj, jesteś piękna.

Podziel się wpisem: