Nieciecza. Stare grzechy, a nie powiew świeżości

Moje początki z Niecieczą nie były łatwe. Ledwo zacząłem się tym klubem zajmować, podczas pierwszej służbowej wizyty, zaliczyłem czołowy wypadek samochodowy z jednym z miejscowych. Do dziś nie przepadam za tamtą trasą, do dziś rejestracje „KTA” omijam łukiem. Ale mimo nieprzyjemnych doświadczeń, do Niecieczy stopniowo się przekonywałem. Imponowało mi, jakie boiska i obiekty treningowe udało się tam zbudować. Z podziwem przyglądałem się pracy analityka Kamila Potrykusa, o którym słyszałem wcześniej, ale którego poznałem dopiero tam. Drony to jedno, uszyte na miarę programy komputerowe to drugie, tablety dla zawodników to trzecie. Najważniejsza w tym wszystkim była dbałość o każdy szczegół. By nic nie umknęło. By ciężko pracować. Że trener Czesław Michniewicz tak pracuje, wiedziałem już z Bielska. Ale w Podbeskidziu było wiele niesprzyjających okoliczności do budowy poważnego klubu – wtrącający się we wszystko prezydent, specyficzny prezes, absolutny brak infrastruktury. Nieciecza to co innego. Można było wierzyć, że to miejsce, w którym da się zbudować coś trwałego.

Michniewicz stworzył potwora

Polska narzekała na to, w jakim stylu Bruk-Bet gromadził punkty, ja patrzyłem z podziwem. Jesienią Michniewicz stworzył potwora. By strzelić Niecieczy gola, musiało się pomylić trzech zawodników z rzędu. Jeśli myliło się dwóch, trzeci zawsze go asekurował. Ten klub był dla mnie najlepszym dowodem, że w futbolu organizacją i dbałością o szczegóły da się zrobić bardzo dużo. I że naprawdę lepsza armia baranów dowodzona przez lwa niż odwrotnie. Krzysztof Pilarz przed przyjściem do Niecieczy był rezerwowym Cracovii. Patryka Fryca nie chciano w Wiśle, Kornela Osyry w Piaście, Mateusza Kupczaka w Podbeskidziu. Roman Gergel i Samuel Štefanik chwilę wcześniej zaliczyli spadki z ligi. Podobnie jak Sebastian Ziajka. Vladislavsa Gutkovskisa po pierwszym półroczu w Polsce można było uznawać za ligowy szrot, a nie za „białego Lukaku”. Patrik Mišak był słowackim Michałem Janotą – wszyscy mówili o jego potencjale, ale pokazywał go dwa razy na rundę. I tak częściej niż Bartłomiej Smuczyński. Dalibor Pleva, czyli rzeźnik, o którym się nie mówi, był dla mnie symbolem i twarzą tej zbieraniny. Dawid Nowak przez dwa lata nie grał w piłkę (jego pojawienie się w klubie to akurat wina Michniewicza), a Wojciech Kędziora miał na karku 36 lat. Z tej drużyny chyba tylko Artem Putiwcew, Guilherme, Vlastimir Jovanović, Bartłomiej Babiarz i może David Guba załapaliby się do podstawowych składów innych ekstraklasowych klubów. Tym składem dało się jednak zdobyć na czołowej czwórce ligi dziesięć punktów. Nawet polubiłem te wyjazdy do Niecieczy.

Rabacja na twarzach

 Pojawiały się jednak z czasem rysy na idyllicznym obrazie. Miejscowe trybuny były wiecznie niezadowolone. O tym, że na miejscu nie było presji, może mówić tylko ten, kto uważa, że presję są w stanie wytwarzać tylko karki krzyczące „jak spadniemy, zajeb…my”. Wściekli dziadkowie, narzekający po każdym zagraniu, wrzeszczący na Michniewicza, gdy tylko nie było 2:0 po dwudziestu minutach, sprawiali przykre wrażenie. Widząc ich wściekłe grymasy, rozumiałem, czym była rabacja galicyjska. Patrząc na te okoliczne pola, na których nic nie ma, na tereny, na które nikt by nigdy nie zaglądał, gdyby nie było w pobliżu ekstraklasowego klubu, wyobrażałem sobie, że ludzie będą wdzięczni, choćby ich drużyna przegrała trzydzieści meczów. Wdzięczności nie było. Widziałem głównie skrzywione twarze, narzekające na fatalny styl. Jakby to miejsce w czołówce szokowało tylko przyjezdnych, a przez miejscowych było traktowane jako oczywistość. Czy właściciele będą to w stanie wytrzymać? Czy żyjąc w tej społeczności, siedząc wśród tych ludzi, słuchając ich codziennie, będą w stanie wznieść się ponad wszystko i oceniać racjonalnie? Czy wytrzymają ciśnienie i gdy przyjdzie potrzeba, pójdą pod prąd? Czy przy ewentualnym konflikcie trenera z zawodnikami, będą na tyle twardzi, by wyrzucić zawodników?

Prawdziwie rodzinny klub

 Druga rysa pokazała się w grudniu. Razem z fotografem, byliśmy w Niecieczy z wizytą. Trener Michniewicz zgodził się pokazać nam różne klubowe zakamarki, zabrał nas na odprawę, wpuścił z aparatem do szatni (zawodnicy wyglądali na niezadowolonych). W pewnym momencie treningu ktoś z miejscowych zaczął atakować fotografa za to, że nie robi zdjęć rozgrzewających się zawodników. Byłem w szoku, nie wiedziałem, o co człowiekowi chodzi. Okazało się, że zawodnicy rozciągali się na tle loga firmy Bruk-Bet. O odpowiednie lokowanie produktu chciał zadbać Jan Pochroń, drugi trener, prywatnie brat pani prezes. W sztabie szkoleniowym odpowiadał za rozkładanie grzybków i znaczników. Podczas treningu stał na trybunie i patrzył na wszystko z góry, okiem gospodarza. W innych klubach prezesi starają się czasem mieć kogoś, kto szepnie im, czym żyje szatnia i co myśli o trenerze. W Niecieczy nie trzeba szeptać ani uprawiać fikcji. Wiedziałem, że to nie może się na dłuższą metę skończyć dobrze. Każda rozmowa, każdy grymas niezadowolenia zawodnika z trenera, na pewno były pilnie rejestrowane przez ucho pani prezes. W kluczowym momencie to się musiało zemścić. Pochroń pracował już u poprzednich trenerów. Pewnie będzie pracował też u następnych. Gabriel Starzec, wiceprezes, jest szwagrem pani prezes. To naprawdę rodzinny klub. Domyślam się, że przyjezdnym nie jest łatwo tam pracować i mieć inne zdanie niż miejscowi.

Transfer za plecami

 Trzecia rysa była już całkiem wyraźnym sygnałem, że jest źle. Gdy na początku marca zadzwoniłem do trenera Michniewicza, z pytaniem o nowo pozyskanego Słowaka Martina Mikovicia, usłyszałem, że szkoleniowiec dowiedział się o jego kupnie z 90minut.pl. Myślałem, że to sprawka dyrektora sportowego Marcina Baszczyńskiego i dowód na to, że między nim a Michniewiczem nie jest dobrze (z Mandryszem Baszczyński był skonfliktowany). Ale Baszczyński też o niczym nie wiedział. Decyzja o wydaniu blisko 200 tysięcy złotych zapadła gdzieś w klubowych gabinetach, gdzie uznano, że trener nie musi o niczym wiedzieć. A gdy nie znający się na piłce prezesi, kupują zawodników, to zwykle kończy się źle.

Nieciecza jak Sanford

 W filmie „Hot fuzz. Ostre psy”, nadgorliwy policjant zostaje oddelegowany z Londynu do spokojnego miasteczka Sanford. Na pierwszy rzut oka, w mieście panuje sielanka i nie dzieje się nic złego. Nadgorliwość policjanta pozwala jednak odkrywać całkiem poważne przestępstwa, tuszowane przez miejscowych, bo zagrażają wizerunkowi miasta, rok w rok wygrywającego plebiscyty na najspokojniejsze, najczystsze i najlepsze do życia miasto w Anglii. Z perspektywy kilku miesięcy, trochę przypomina mi to Niecieczę, która na pierwszy rzut oka wygląda na najzdrowsze miejsce polskiego futbolu, ale gdy się jej bliżej przyjrzeć, popełnia wiele grzechów niepozwalających ekstraklasie od lat pójść do przodu. Dzisiejsza decyzja o zwolnieniu Michniewicza jest tego dowodem. Ten trener gdzie indziej sobie poradzi. Zwykle radzi sobie lepiej niż kluby, które go zwalniają. Potrykus, którego w zimie zaprosił do siebie trener Middlesbrough też. A Nieciecza? Dziś już nie dałbym za nią złamanego grosza. Może tzw. efekt nowej miotły da nawet awans do grupy mistrzowskiej, ale na dłuższą metę to niczego nie zmieni. Ręczne sterowanie klubem przez działaczy nigdzie nie skończyło się dobrze, nawet jeśli przynosiło doraźne efekty.

Podziel się wpisem: