Neverlandy

Rude są fałszywe. Pokażą się młodemu, niewinnemu chłopcu, urzeką go swoim pięknem, zaproszą do zmysłowej, subtelnej gry, obiecają wiele, a gdy on odda się im bez reszty i zaufa im w pełni, pstrykną palcami i zaśmieją się w twarz, że się naiwniak kolejny raz dał nabrać. Rude barwy reprezentacji Holandii.

Hej ojcowie, bacznie strzeżcie swoich pociech! Niech się nie dadzą uwieść jak wielu mi podobnych. W reprezentacji Holandii, choć dziś już trochę trudniej, łatwo się zakochać. Pierwsi byli ci urodzeni początkiem i w połowie lat 60., których zachwycił futbol totalny Michelsa i powiew wolności Cruyffa. Cieszyli się z prowadzenia przeciwko Niemcom w finale, zanim ci w ogóle zdążyli dotknąć piłki. Przegrali.

Następni ci, którzy urodzili się za wczesnego Gierka, widzieli Holendrów prujących po złoto mundialu w Argentynie. Widzieli Rensenbrinka bijącego w słupek w ostatniej minucie przy stanie 1:1. I widzieli Argentynę wygrywającą w dogrywce.

Pokolenie początku lat 90. widziało odrodzenie, widziało najbogatszą w talent reprezentację świata. I porażki po karnych. Wszędzie. Euro 1996, Mundial 1998, Euro 2000. Tam już zadziwiająca niemoc na polu 11. metrów sięgnęła absurdu, gdy w półfinale Holendrzy nie potrafili wbić grającym w dziesiątkę Włochom gola z dwóch rzutów karnych w podstawowym czasie gry (sic!). Oczywiście w serii jedenastek odpadli.

Młodsi, urodzeni w XXI wieku, mają trudniej. Holenderskie koszulki dalej są najbardziej efektowne na turnieju, a wielcy piłkarze dalej tam się rodzą, ale już nie na kamieniu. To moja nadzieja na to, że coraz mniej jest nieszczęśników wybranych przez masakryczną pomarańczę. Dwa razy uwierzyłem, że skoro się nie da siłą (talentu), to trzeba sposobem. I że te ubogie w umiejętności zgarną to, czego nie potrafiły zgarnąć w umiejętności bogate. Ale najpierw Robben w 116. minucie przysolił w Casillasa, a potem oczywiście walili w karnych w bramkarza.

Nie. Teraz wiem, że Holandia nie będzie mistrzem świata nigdy. Tylko co mi z tego, że teraz wiem, jak za dwa lata znowu będę siedział tocząc pianę z ust przy meczu Holendrów i wierzył, że to ten moment.

Mówcie co chcecie, mówcie, że statystyki są dla dziennikarzy, a czarne serie dla czarnych kotów. Wytłumaczcie mi więc proszę was uprzejmie racjonalnie, jak to się dzieje, że jedne narody pełne świetnych piłkarzy karne strzelać potrafią i wygrywają po nich zawsze (Niemcy), a inne przegrywają zawsze (Anglia) lub prawie zawsze (Holandia).

Mówię sobie często wściekły po porażce, że kiedyś zacznę kibicować drużynom, które wszystko wygrywają. Ale potem sobie przypominam, że Hiszpanie, którzy wygrywali wszystko, dostali od Holendrów 5:1. Że najbardziej utytułowany naród świata wyleciał właśnie z mundialu po porażce 1:7. Że ci, którzy ten naród wyrzucili, mimo szatni, w której talent trzeba upychać jak kapustę w beczce, wgramolił się do finału po raz pierwszy od 24 lat. Nie ma w piłce pewnych zwycięzców, są tylko pewni przegrani.

Neverlandy.

Podziel się wpisem: