Naiwna wiara w Guardiolę

Nigdy nie byłem fanem Guardioli. Moment, w którym jego Barcelona zaczęła demolować rywali, był chwilą mojego wiecznego rozwodu z tym klubem. Wychowałem się w poczuciu kibicowania zespołowi, który nigdy niczego nie wygra (naprawdę), nie mogłem spać w nerwowym oczekiwaniu wyniku z Teneryfą (bo czasy były takie, że na serio się o Barcelonę obawiałem), emocjonowałem się dramatyczną walką o zajęcie szóstego czy tam czwartego miejsca. Barcelona ananasów w stylu Bonano, Hespa, Christanvala, to była moja Barcelona. Nawet gdy już za Rijkaarda wygrywała Ligę Mistrzów, to nadal było piękne, bo czuło się, że wszystko się zaraz rozsypie i to, że sezon później najlepsza niby drużyna w Europie finiszowała za Villarrealem było naturalną konsekwencją.

A później przyszedł Guardiola i zaczął wygrywać wszystko i ze wszystkimi. Wysoko. Regularnie. Niemal bez pomyłek. Wysypało się wokół pełno kibiców Barcelony – wychowałem się w czasach, gdy pełno było kibiców galaktycznego Realu – a mnie kibicowanie drużynie, o której wiadomo było, że wszystko wygra, przestało cieszyć. Mniej więcej w tym samym czasie zadurzyłem się w Hull City. Co więcej, pretensje do Guardioli miałem nie tylko o to, że uczynił z „mojego” klubu maszynkę do wygrywania, ale też o styl. Dzisiaj to oczywiste, bo tzw. tiki-taka jest passe. W 2008 roku pisząc, że to Guardiola a nie Mourinho zabija futbol czułem się jak heretyk. Szczerze wierzę, że byłem w gronie kilku pierwszych ludzi, którym styl Barcelony Guardioli się nie podobał. Mniej więcej od tego 2008 roku Barcelona zaczęła dla mnie znaczyć tyle, co inne wielkie kluby tego świata, czyli niewiele. I jedynym tego winnym był Guardiola.

 Ale co innego rozmawiać o jakichś dziecięco-nastoletnich fantazjach i zawodach, a co innego patrzeć na Guardiolę trzeźwo i merytorycznie. Nigdy nie ulegało dla mnie wątpliwości, że to trener wybitny. I wylewanie na niego kubłów pomyj, które po paru latach jego sukcesów z Barceloną zrobiło się notoryczne, wyśmiewanie jego futbolu na forach internetowych całego świata, kolportowanie bzdur o jego przychodzeniu „na gotowe”, sprawiło, że paradoksalnie zacząłem mu życzyć sukcesów.

Naiwna wiara w Guardiolę towarzyszyła mi więc od pierwszego dnia jego pracy w Monachium. Wtedy, gdy jawnie demontował genialną drużynę Heynckessa – po latach, cóż to była za genialna drużyna! Nigdy nie widziałem piękniejszego futbolu niż w dwumeczu z Barceloną – stwierdzałem, że musi ją zdemontować, bo drugi raz takiego sukcesu z tymi samymi ludźmi, grając w ten sam sposób, nie udałoby się osiągnąć. Gdy zmieniał wszystkim możliwym piłkarzom pozycje na boisku, Lahma wystawiając na środku boiska, Alabę rzucając po całym świecie, nie widziałem w tym przekombinowania, a tego, że trener widzi coś więcej. Gdy Bayern notorycznie zanudzał w Bundeslidze, widziałem w tym raczej genialne wyrachowanie. Gdy wszystko się ewidentnie waliło, wierzyłem, że wszystko ma pod kontrolą. Nawet gdy Real wygrał pierwszy mecz półfinałowy, byłem przekonany, że Guardiola ma genialny plan na rewanż. Nawet gdy w rewanżu Bayern był demolowany, wierzyłem, że to dlatego, iż nie dostał pełni władzy. Nawet gdy w drugim sezonie Bayern cały czas grał tak samo i wydawało się, że popełnia te same błędy, wierzyłem, że akurat Barcelonę Guardiola rozpracuje jak nikt inny. A gdy się okazało, że nie rozpracował, to myślałem, że rozwiąże problemy z kontuzjami, wzmocni zespół i trzeci sezon to będzie triumfalny marsz Guardioli przez historię. Bo przecież nie mogą mieć racji te tłumy internetowych hejterów, podkreślających na każdym kroku, że to trener przereklamowany.

Przez poprzednie dwa lata nazywałem to wiarą w Guardiolę. Dziś, choć biję się z podobnymi myślami, nazwałbym to już naiwną wiarę w Guardiolę. Przecież widzę, że wyrzucenie Muellera-Wohlfahrta w niczym nie pomogło, a kontuzji jest nawet więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Przecież widzę, że Bayern jest bardzo daleki od bardzo dobrej formy. Przecież widzę, że mam problemy z przypomnieniem sobie naprawdę zachwycającego meczu Bayernu (z Dortmundem? Było lanie, ale nie zachwycający mecz. Z Wolfsburgiem? To był zachwycający mecz Lewandowskiego, a nie Bayernu. Chyba pozostanę przy meczach z Manchesterem City i z Romą na wyjeździe, ale to było cholernie dawno temu). Przecież widzę, że świetnie kontrująca drużyna jest w stanie zrobić z Bayernu miazgę i wcale nie trzeba do tego Messiego czy Cristiano Ronaldo, wystarczy mający świetny dzień VfL Wolfsburg czy Borussia Moenchengladbach. Przecież widzę, że Juventusu nie da się zatrzymać dwoma niskimi środkowymi pomocnikami na środku obrony i przecież wiem, że Ligę Mistrzów wygrywa się przede wszystkim obroną, a nie atakiem, czyli dokładnie tym, czego Bayern dziś nie ma.

Jedyny powód, dla którego nie jestem skrajnym pesymistą, to naiwna wiara w Guardiolę. Dotychczas się nie sprawdzała. Ale może w momencie, w którym Juventus jest tak rozpędzony, a Bayern zdradza więcej oznak słabości niż kiedykolwiek, wreszcie okaże się, że ta wiara nie jest naiwna, tylko trener rzeczywiście ma jakiś plan i że wszystko idzie zgodnie z nim? Że te chybotliwe mecze z Darmstadt, Hamburgiem, męczenie się z Hoffenheim, niemożność sforsowania obrony Leverkusen (Dortmund wygrał tam dwa dni temu mocno eksperymentalnym składem), to tylko usypianie czujności rywala? Głupie? Chyba tak.

 Sam wiem doskonale, że nie pomoże wygranie Bundesligi cztery razy z rzędu, nie pomoże absolutna wszechdominacja w Niemczech. Nic nie pomoże, jeśli Bayern z Juventusem odpadnie. Guardiola odejdzie z Monachium jako przegrany. Wszyscy, którzy w niego wierzyli, będą się musieli zmierzyć z triumfalnym i wszechobecnym: „A nie mówiłem?”. Choćby z tego powodu życzę Guardioli spektakularnego sukcesu i zamknięcia ust krytykom. Nie lubię, gdy mówi się, że futbol to prosta gra, uważam, że jest bardzo skomplikowana. Efektowny triumf Guardioli pokazałby, że trener widzi więcej niż śmiertelnicy.

Ale jak życzę Hiszpanowi sukcesu, tak cieszę się, że wkrótce zastąpi go Ancelotti, przywróci futbol z czasów Heynckessa, prawego obrońcę będzie wystawiał na prawej obronie a lewego na lewej. Eksperymentami Guardioli jestem skrajnie zmęczony, w najbliższych tygodniach rozstrzygnie się czy będę nim również skrajnie rozczarowany.

Podziel się wpisem: