Jak nie zmarnować Ligi Mistrzów

Jak awans polskiej drużyny do Ligi Mistrzów wpłynie na ekstraklasę? Przez lata rozmawialiśmy o tym czysto teoretycznie, teraz to realne pytanie. Rok w rok twierdzono, że kto pierwszy przebrnie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ten odstawi polską ligę o lata świetlne. Powtarzano to tak często, że wielu zaczęło wierzyć. W ostatnich tygodniach media zaczęły ten mit odkręcać, podając przykłady drużyn, które grały w Lidze Mistrzów, a chwilę później wpadały w poważne tarapaty – FC Thun, Artmedia Petrżałka czy Boavista Porto. To ciekawe przykłady, ale wnoszą do sytuacji polskiej stosunkowo niewiele, bo przed albo po tych drużynach, wchodziły do Ligi Mistrzów inne kluby z tych krajów. Niwelowała się więc ich przewaga nad resztą stawki. FC Thun nie mógł wielce zdominować ligi szwajcarskiej dzięki pieniądzom z Ligi Mistrzów, bo na przestrzeni kilku lat grały w elicie także Grasshoppers Zurych, FC Zurich czy FC Basel. Artmedię poprzedziło MFK Koszyce, a kilka lat po niej nastąpiła MSK Żylina. Boavista Porto to już zupełnie nietrafiona analogia, bo przecież przy Porto, Sportingu i Benfice, Boavista nawet w sezonie, gdy grała w Lidze Mistrzów, była biedakiem. Te przykłady coś mówią, ale nie tyle, ile by mogły.

By szukać analogii do ekstraklasy, trzeba byłoby znaleźć przypadki podobne do polskiego. A więc ligi, których tylko jeden przedstawiciel, tylko raz, dostał się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Lata posuchy – jeden awans, zgarnięcie pieniędzy i nie wiadomo, co dalej. Niewykluczone, że Legia zacznie grać w Lidze Mistrzów regularnie, niewykluczone, że wkrótce awansuje do niej inny polski klub. Na razie zakładamy, że to jednorazowy wybryk.

Nie jest łatwo znaleźć w Europie podobne przypadki. Na najbardziej zbliżony wygląda przykład węgierski. W sezonie 2009/2010, po raz pierwszy w XXI wieku, do Ligi Mistrzów zakwalifikował się klub z tego kraju – Debreceni VSC. Zgodnie z teorią o zależności jednorazowego awansu do Ligi Mistrzów i dominacji w kraju, Debreczyn powinien był do dziś niepodzielnie panować w biednej lidze węgierskiej. Minęło już od tego czasu siedem sezonów. To wystarczająco długi okres, żeby zobaczyć, na ile Debreczyn potrafił wykorzystać awans:

W sezonie awansu: mistrzostwo

rok później: 5. miejsce

dwa lata później: mistrzostwo

trzy lata później: 6. miejsce

cztery lata później: mistrzostwo

pięć lat później: 4. miejsce

sześć lat później: 3. miejsce

 W siedem sezonów, które upłynęło od gry w Lidze Mistrzów, Debreczyn trzy razy wygrał ligę węgierską. To dużo, ale trudno mówić o dominacji nad Videotonem Fehervar, Ferencvarosem, Gyori ETO czy Paksi, które o milionach z UEFA mogły pomarzyć.

 Podobnie było z Mariborem. Tu mamy krótszy okres analizy. Niemniej, w sezonie awansu do elity Maribor został mistrzem Słowenii, ale już rok później przegrał z Olimpią Lublana. Potrzeba jeszcze czasu, by ocenić, jak ułoży się sytuacja w Kazachstanie. FK Astana grał w Lidze Mistrzów przed rokiem. W tym roku idzie pewnie po mistrzostwo. Ale to jeszcze niczego nie dowodzi, bo na przykładach Debreczyna i Mariboru widać, że w sezonie awansu do Ligi Mistrzów drużyny zwykle wygrywały ligę krajową. Problemy zaczynały się od drugiego sezonu.

 Jest jeszcze kilka przykładów zbliżonych do Polski, choć nie identycznych. Chodzi o ligi, które w XXI wieku miały tylko jednego przedstawiciela w Lidze Mistrzów, ale za to kilkakrotnie. To Norwegia z Rosenborgiem Trondheim, Serbia z Partizanem, Białoruś z BATE Borysów, Szwecja z Malmoe FF i Chorwacja z Dinamem Zagrzeb. W ciągu dziewięciu sezonów od ostatniego awansu do Ligi Mistrzów, Rosenborg trzy razy był mistrzem Norwegii. Żadnej dominacji nad Brann Bergen czy Stabaekiem nie widać. Partizan w ciągu sześciu sezonów, dwa razy przegrywał z Crveną Zvezdą. Znowu – to nie jest dominacja, tylko normalne, odwieczne serbskie realia. Malmoe w roku pierwszego awansu, wygrało ligę szwedzką, ale w roku drugiego już piąte miejsce. O prawdziwych dominacjach, absolutnym monopolu na wygrywanie, można mówić tylko w dwóch przypadkach – Dinama Zagrzeb, wygrywającego ligę chorwacką jedenaście (!) razy z rzędu i BATE Borysów, rządzącego na Białorusi nieprzerwanie od dziesięciu lat. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że pierwsze w XXI wieku awanse tych klubów do Ligi Mistrzów przypadały na środek krajowej dominacji. Awans do Ligi Mistrzów nie rozpoczynał rządów, tylko był ich potwierdzeniem. Bardzo prawdopodobne, że bez gry w elicie oba kluby i tak byłyby najsilniejsze w swoich krajach.

 A byłyby najsilniejsze, bo jako jedyne tak mocno postawiły na szkolenie i akademie. Dinamo Zagrzeb raz do Ligi Mistrzów wchodzi, innym razem nie. To bonusy. Klub utrzymuje się jednak przede wszystkim ze sprzedaży swoich perełek na Zachód, za olbrzymie pieniądze. 23 miliony euro za Marko Pjacę do Juventusu, 21 milionów euro za Lukę Modricia do Tottenhamu, 13,5 miliona za Eduardo do Arsenalu, 13 milonów za Vedrana Corlukę do Manchesteru City, 11 milionów za Mateo Kovacicia do Interu Mediolan, itd. W ostatnich dziesięciu latach Dinamo zarobiło na transferach około 180 milionów euro. To dużo więcej niż za regularne zbieranie batów w Lidze Mistrzów. To, a nie Liga Mistrzów, jest źródłem dominacji klubu z Zagrzebia. Choć Champions League niewątpliwie bardzo pomaga – po pierwsze, pozwala pokazywać największe talenty na najbardziej atrakcyjnych wybiegach, a po drugie pozwala inwestować w akademię i pozyskiwać największe talenty z innych bałkańskich klubów. Gdyby jednak Dinamo pierwszy awans do Ligi Mistrzów wykorzystało, by kupić kilku drogich emerytów z nazwiskami, pewnie nie miałoby tak imponujących przychodów z transferów.

 BATE również wybudowało najnowocześniejszą akademię na Białorusi, zbierającą największe talenty ze swojego kraju. Tutaj oczywiście przychody z transferów nie są aż tak imponujące, niemniej w Lidze Mistrzów grają regularnie, choć skład zawsze w zdecydowanej większości oparty jest na Białorusinach, narodzie przecież niespecjalnie liczącym się w piłce. BATE sprzedało w ostatniej dekadzie swoich zawodników za ponad 15 milionów euro, co nie rzuca na kolana, ale za to samo korzysta ze swojej akademii, zapewniając sobie dominację w kraju i od czasu do czasu, niezłe występy za granicą.

 Jednym z najciekawszych pytań, jakie pojawia się dziś w polskim futbolu, jest to jak Legia wykorzysta swój awans do Ligi Mistrzów. Inwestowanie w gotowych zawodników, „na już”, mijałoby się w tym momencie z celem. Obecnym składem Legia jest w stanie wygrać ekstraklasę, a choćby kupiła teraz najlepszych zawodników, na jakich ją aktualnie stać i tak niczego nie zmieni to w rywalizacji z wielokrotnie bogatszymi i lepszymi Sportingiem, Borussią Dortmund, o Realu nie wspominając. Moment trzeba byłoby wykorzystać najpełniej, jak się da – sprzedając 29-letniego Nemanję Nikolicia najdrożej jak to możliwe, umożliwiając odejście 29-letniemu Pazdanowi, z pokorą przyjąć baty w Lidze Mistrzów, a na koniec sezonu przeliczyć. Kilkanaście milionów euro z tytułu awansu do fazy grupowej, około dziesięciu milionów euro ze sprzedaży Ondreja Dudy, Pazdana i Nikolicia. Mając w rękach ponadprogramowe około 30 milionów euro można zbudować niezły, europejski klub, na solidnych podstawach.

 Przede wszystkim, zastanowić się nad strukturą składu, który niebezpiecznie zaczyna przypominać Wisłę Kraków Maaskanta – z tą różnicą, że Wisła nie przebiła się do Ligi Mistrzów. Pomijając Pazdana i Nikolicia, Legia nie bardzo ma już kogo sprzedać za ponad milion euro. Mających ponad lub blisko 30 lat Arkadiusza Malarza, Tomasza Jodłowca, Igora Lewczuka, Kaspra Hamalainena czy Tomasza Brzyskiego? Odrzuconych na Zachodzie – Thibaulta Moulina, Stevena Langila, Vadisa Odidję-Ofoego, Adama Hlouska? Z obecnej kadry, jakąkolwiek nadzieję na przyzwoite pieniądze dają jedynie Guilherme i – o zgrozo – Michał Kucharczyk. Reszty nie uda się drogo sprzedać nikomu, nawet Chińczykom.

 Legia ma teraz doskonałą okazję, by zainwestować jeszcze mocniej, w planowaną i tak, akademię. Rozwinąć skauting młodzieżowy, zmienić strukturę kadry. Działać jak, nie przymierzając, RB Lipsk – zbierać ciekawych zawodników od juniorów do 23. roku życia z tej części Europy. Sprawić, by dla zdolnego nastolatka było jasne, że droga do kariery wiedzie przez Legię, tak jak dla zdolnego Szwajcara wiedzie przez Bazyleę, dla zdolnego Białorusina przez BATE, a dla zdolnego Chorwata przez Dinamo Zagrzeb. By Robert Lewandowski czy Artjoms Rudnevs odchodzili do Bundesligi z Legii, a nie z Lecha, by Bartosz Kapustka czy Arkadiusz Milik, przed pójściem na Zachód widzieli korzyść w przejściu z Cracovii czy Górnika do Legii. Nie chodzi o to, by zapomnieć o aktualnych wynikach, ale o to, by ściągać i wychowywać na tyle dobrych, młodych piłkarzy, by móc jednocześnie wygrywać w lidze, grać w pucharach i zarabiać na transferach. Tak funkcjonują zdrowe kluby z drugiego szeregu. Miejsce polskiej ligi w europejskim łańcuchu pokarmowym jest takie, że nigdy nie będzie szansy zatrzymania najlepszych piłkarzy w Legii. Naturalne ma być, że kto się wybije, zostanie sprzedany. Legia nie zaczyna od zera, bo w ostatnich latach miała już wiele ciekawych, wielomilionowych transferów. Ale i tak jest dopiero na początku drogi.

Działając w ten sposób, Legia ma szansę zdominować polski rynek na lata. Wydając zarobione pieniądze na najlepszych aktualnie w polskiej lidze 29-latków, na podstarzałe odrzuty z poważnych lig i na odprawy dla zwalnianych co kilka miesięcy trenerów, za chwilę przegra mistrzostwo z jakimś Zagłębiem Lubin. Ten awans Legii do Ligi Mistrzów może mieć piękny walor edukacyjny w skali ogólnonarodowej. Wszystkim wydawało się, że gdy już ktoś przebije się z Polski do fazy grupowej, zrobi to po wielkiej ofensywie transferowej, w doskonałym stylu, wyważając bramę. Okazało się, że czasem ułańskie szarże znaczą mniej niż rzetelna, coroczna, solidna praca i ciułanie punktów do rankingu. Życzę Legii, żeby pieniądze z Ligi Mistrzów wydawała tak, jak do niej awansowała – mało spektakularnie. Sami w tym roku w Warszawie zobaczyli, że nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie nagroda za lata rzetelnej pracy, krok po kroku.

Podziel się wpisem: