Hertha w oczekiwaniu na spadek

W Berlinie bez zmian. Ostatnie lata pokazały, że Hertha nie walczy o utrzymanie. Hertha, gdy nie idzie, po prostu spada z ligi. Gdy tylko znajdzie się w okolicach strefy spadkowej, można w ciemno obstawiać, że w nią na koniec wpadną.

W ostatnich latach to jedna z najbardziej beznamiętnych drużyn Bundesligi. Brak w niej wyrazistości, charakteru. Wiem, jakich mniej więcej piłkarzy ściąga Wolfsburg, jakich Mainz, a jakich Augsburg. Można w ciemno mówić czy ktoś będzie pasował do Freiburga czy Moenchengladbach. A Hertha? Pomieszanie z poplątaniem. Jedyne, co można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, to że nikt nie będzie pasować.

Twarz Josa Luhukay’a kompletnie bez wyrazu, gdy jego obrońcy wyczyniali przez cały 2014 rok cuda, dobrze pasowała do tego, co się działo. Tradycyjnie, jako beniaminek rok temu Hertha była rewelacją. Ale tylko jesienią. Wiosną grała już katastrofalnie i ochroniła ją tylko zaliczka z pierwszej rundy. W międzyczasie do klubu przyszły spore pieniądze, pozwalające ściągnąć rozpoznawalne nawet w skali europejskiej postacie. Przecież Johnny Heitinga grał w finale mundialu, Salomon Kalou wygrywał Ligę Mistrzów, Roy Beerens miał za sobą mecze w reprezentacji Holandii, a Valentina Stockera z Basel chciało też parę innych drużyn z Bundesligi. Bo przecież gracze Bazylei mają dobrą markę nie tylko w Niemczech. No i Julian Schieber, w Borussii Dortmund wprawdzie kompletny niewypał, ale wcześniej w Stuttgarcie strzelający na tyle dużo, że kosztował Dortmund więcej niż Robert Lewandowski.

I klapa. Po fatalnym starcie wiosny Luhukay stracił pracę. Zgodnie z nową modą, zatrudniono nie mającego niemal żadnego doświadczenia Węgra Pala Dardaia. Postać w ostatnich latach rozpoznawalną w Hercie. Wulkan energii. Kogoś, kto mógł trochę obudzić tę śpiącą Starą Damę. Pierwsze wyniki nawet na to wskazywały. Ale wczoraj Dardai zebrał pierwszy poważny minus.

Już nie chodzi nawet o remis ze Stuttgartem. Mecz dwóch kandydatów do spadku, do tego na wyjeździe, może się skończyć każdym wynikiem, także remisem. Stuttgart grał o życie, więc jeden punkt z nim można uznać dla Herthy za nawet nie najgorszy wynik. Najgorsze jednak, że berlińczycy nie przyjechali do Stuttgartu po nic innego. W 50. minucie już grali na czas. Stworzyli raptem dwie godne odnotowania szansę. Jedną po strzale z dystansu, drugą po fatalnym błędzie obrońców Stuttgartu. Trudno mówić, by mieli jakiś plan na wygranie meczu. Oni nie nastawili się na kontrataki. Nastawili się na obronę remisu. Gdyby wygrali, byłby to wynik ślepego trafu, a nie zamiaru. W skrócie: jakby ich na mecz szykował Roberto Di Matteo.

Stuttgart nie tylko jest najgorszą drużyną ligi. Jest też najgorszą drużyną w meczach u siebie. Wygrał u siebie w całym sezonie JEDEN mecz. We WRZEŚNIU. Strzelił sześć goli, a stracił 22. Bilans bramek minus szesnaście na własnym boisku. Do tego OSIEM porażek na (do meczu z Herthą) 11 meczów. Z Mercedes-Benz Areny komplety punktów wywoziły nie tylko Bayern czy Wolfsburg, ale też Hoffenheim i Kolonia. Naprawdę Dardai miał podstawy by sądzić, że w Stuttgarcie da się wygrać. Przy okazji pogrążając jednego z rywali na ostatnim miejscu bez kontaktu z kimkolwiek i samemu wychodząc dość wysoko nad strefę spadkową. Zwłaszcza, że Hertha wygrała tylko dwa spotkania na wyjazdach, co też nie jest powodem do dumy. Idealny mecz na podreperowanie bilansu.

Tymczasem wulkan Dardai używał swojej energii, by wściekać się na sędziego, że doliczył aż tyle minut. Doprawdy, nie mogę zrozumieć, jak ktoś prowadzący raptem swój piąty mecz w Bundeslidze, może tak szybko stracić (?) ambicję. Ale udało się, jest remis. Możemy krzyknąć, że Hertha ma to, czego chciała i zrealizowała swój plan.

Ja takiego planu, przepraszam bardzo, nie rozumiem. W wyniku realizacji tego planu może się dać przeskoczyć (po meczu z najsłabszą drużyną ligi!) Hamburgowi, Paderbornowi czy Freiburgowi. OK, akurat tak się składa, że wszystkie trzy grają z trudnymi rywalami i pewnie Hertha pozostanie te dwa punkty nad strefą spadkową. To taka bezpieczna przewaga na 10 kolejek przed końcem, by desperacko jej bronić?

Poza tym Hertha montowała latem skład za duże pieniądze raczej nie po to, by zająć 15. miejsce po żenującej grze, tylko by zakręcić się w bezpiecznym środku tabeli ze wskazaniem na puchary. Tak się składa, że tabela Bundesligi jest niesamowicie płaska. Dardai, gdyby chciał, mógłby się bardzo szybko stać bohaterem. Do miejsca, które pewnie da puchary, Hertha traci osiem punktów. Czyli ten sezon da się jeszcze uratować, a nie tylko fuksiarsko przetrwać, jak wczoraj Hertha.

Dobrze, że podobnej logiki co Dardai nie wyznawał Viktor Skripnik. Sytuacja jest analogiczna, bo Ukrainiec przejmował niemal równie bezjajeczny Werder, po niemal równie beznamiętnym trenerze. Różnica jest taka, że w każdym meczu, niezależnie od klasy rywala, Werder parł po trzy punkty, choć składem nie może się z Herthą na papierze równać. Nie dość, że walka o utrzymanie jest już dla bremeńczyków wspomnieniem, to jeszcze może się zdarzyć, że siłą rozpędu Skripnik te puchary wywalczy. A nawet jeśli nie wywalczy, sympatię i szacunek już dla siebie i swoich chłopaków zyskał. Nawet jeśli przegrywają, to 3:5 z Wolfsburgiem, po meczu, w którym można ich tylko chwalić.

Hertha w ostatnich latach zrobiła bardzo wiele, by zrazić do siebie całe swoje miasto, pół Niemiec i 1/3 Europy. W kwestiach wizerunkowych ma naprawdę wiele do zrobienia. Desperackim graniem na remis w Stuttgarcie tylko się pogrąża.

Podziel się wpisem: