Transfer Eduardo do Legii jako dowód, że ekstraklasa zmierza donikąd

Embed from Getty Images

Legia Warszawa pozyskała właśnie Eduarda Da Silvę. Nastroje są raczej entuzjastyczne. To był kiedyś naprawdę dobry napastnik, więc jest duże prawdopodobieństwo, że będzie w Polsce gwiazdą. Jeśli pojawiają się sceptyczne głosy, raczej dotyczą tego, że Chorwat ma 35 lat i ostatni mecz rozegrał w lipcu, a nie samego faktu jego pojawienia się. Wisła Kraków wzmacnia się 31-letnim Serbem Nikolą Mitroviciem, tuż po wzmocnieniu się siedem lat starszym Marcinem Wasilewskim. Radosław Sobolewski, tymczasowo prowadzący krakowian pod koniec poprzedniego roku, powiedział po porażce z Zagłębiem Lubin, że „Wisła obrała taką drogę, że potrzebuje czasu i tego typu przegrane będą się jej przytrafiać”. Tak, jakby mówił o drużynie złożonej z nastolatków, a nie ze średnią wieku powyżej 28 lat. Polska liga jest stara. Cała. Tylko Górnik Zabrze grał jesienią składem o przeciętnej wieku niższej, niż 25 lat. Tylko Górnik i Cracovia niższej, niż 26 lat. Polska, jak długa i szeroka, mówi, że stawia na młodzież, albo że zaraz zacznie to robić, ale praktycznie nikt tego nie robi. Choć na każdym kroku widać, że się to opłaca.

“Liga Mistrzów” dzięki młodym

Opłaca się, co nie oznacza, że jest dobrym sposobem na zbudowanie silnej – w polskich warunkach – drużyny. Nie ma się co łudzić, młodzi piłkarze czmychną na Zachód lub na Wschód przy pierwszej lepszej okazji, co nie sprzyja wynikom. Ale nie czmychną za darmo. Dobrze pokazuje to przykład Lecha Poznań, który w ostatnich latach wpuścił do ligi kilku młodych, lub względnie młodych zawodników. Nie zbudował silnej drużyny (w ostatnich pięciu latach zdobył tylko jedno mistrzostwo Polski), ale za Jana Bednarka, Dawida Kownackiego, Łukasza Teodorczyka, Karola Linettego, Aleksandara Toneva, Tamasa Kadara i Tomasza Kędziorę dostał 25 milionów euro. Legia Warszawa za awans do Ligi Mistrzów zarobiła ponad 17 milionów euro. Czyli, patrząc z finansowego punktu widzenia, w porównaniu do większości ligi (nie licząc Legii, ona także nieźle zarabiała na transferach), Lech wyrobił sobie nad krajową konkurencją taką przewagę, jakby także zagrał w Lidze Mistrzów. Pytanie dlaczego, mając w rękach taki dowód słuszności polityki stawiania na młodych, poprzedniego lata od niej odszedł, dołącza do nierozwiązanych zagadek ekstraklasy.

Liga wymówek

Polskie kluby narzekają, że nie mają wystarczająco dużo pieniędzy, ale robią niewiele, by je zdobyć. Liczą, że uda się wyjątkowo drogo sprzedać prawa do transmisji telewizyjnych, choć niewiele robią, by tak się stało. Nie licząc nieustannego majstrowania przy systemie rozgrywek. Pięć czołowych lig Europy jest absolutnie poza zasięgiem, gra w innym świecie i służy jako wymówkę, dlaczego u nas nic się nie da („Gdybyśmy mieli 200 milionów euro na transfery, to by się dało”). Porównania do Rosji i Ukrainy nie mają sensu. “Bo nie mamy oligarchów”. Do Turcji też, “bo to dwa razy większy ludnościowo rynek od naszego”. Do Portugalii i Belgii też, “bo nie mieliśmy kolonii”. W ten sposób jesteśmy usprawiedliwieni, dlaczego nie mamy szans w rywalizacji z czołową dziesiątką lig na kontynencie.

Dlaczego jednak nie mamy szans w rywalizacji także z kolejną dziesiątką?

Polska ekstraklasa zajmuje obecnie 20. miejsce w rankingu UEFA. Wyprzedzają ją ligi austriacka, szwajcarska, holenderska, czeska, grecka, chorwacka, duńska, izraelska i cypryjska. Każdy z tych krajów jest przynajmniej dwukrotnie mniej ludny, niż Polska. Każda z lig zmaga się z tym samym, co polska, problemem odpływu talentów, na czym cierpią wyniki i atrakcyjność ligi. Najlepsi Szwajcarzy wyjeżdżają ze Szwajcarii, a najlepsi Holendrzy z Holandii. To nasi towarzysze niedoli, przed którymi najbogatsze ligi świata także zamykają drzwi, coraz rzadziej wpuszczając ich do Ligi Mistrzów, gdzie są największe pieniądze. Od przyszłego sezonu już połowa miejsc w fazie grupowej będzie zarezerwowana dla przedstawicieli najlepszych lig. Przepaść między czołową piątką, a resztą świata, będzie się pogłębiać. Pieniądze z praw telewizyjnych w krajach spoza czołowej piątki może i też będą rosnąć, ale tylko w samych kwotach. Relatywnie, nawet sprzedanie praw do pokazywania ekstraklasy za wymarzone (i rekordowe) trzysta milionów złotych, nie spowoduje ani trochę zmniejszenia dystansu ekstraklasy do Premier League. Bo tam pieniądze za prawa telewizyjne też rosną. Tylko dużo szybciej. Jedyny sposób, by jakoś dobrać się do dóbr, które mają w najbogatszych ligach, to zachęcenie ich przedstawicieli, by kupowali u nas, za coraz większe pieniądze. Dla każdej z lig drugiej dziesiątki europejskiego rankingu to jedyna szansa, by jakoś przeżyć. Są na tyle silne, w porównaniu do lig litewskiej, mołdawskiej czy innych słabszych europejskich, że kontynentalni potentaci chętnie tu zaglądają, wiedząc, że są w stanie kupić ciekawych zawodników. Są na tyle silne, że czasem mają okazję pokazać swoje najlepsze drużyny w europejskich pucharach, w starciu z najlepszymi. Ale są na tyle słabe, że muszą polegać na transferach. Szwajcarski klub nie zarobi więcej od angielskiego ani na występach w Lidze Mistrzów, ani na sprzedaży koszulek, ani praw telewizyjnych, ani zapełniając swój stadion. Jedyne, w czym może niwelować różnicę – albo przynajmniej mniej tracić dystans – to regularnie wypracowując korzystny bilans transferowy.

Młodość ważniejsza, niż jakość

Ekstraklasa jest w gronie lig, dla których nie ma innej drogi, niż zorientować się na sprzedawanie zawodników na Zachód. Wystarczy zorientować się, kogo chcą wyjmować z polskiej ligi zachodnie kluby. Wiekowych Miroslava Radovicia czy Nemanję Nikolicia można ewentualnie sprzedać Chińczykom czy Amerykanom. Bogate ligi zachodnie chcą z Polski tylko jednego: młodych. Nie muszą wcale być dobrzy. Nie oczekują samych Lewandowskich. Wystarczy, by byli młodzi. Paweł Olkowski czy Mariusz Stępiński nie byli gwiazdami ekstraklasy, gdy sięgały po nich kluby z Bundesligi. Paweł Jaroszyński miał za sobą bardzo słaby sezon w jednym z najsłabszych klubów ligi. I jeszcze na dokładkę nieudane Euro U-21. Po czym przeszedł do Serie A. Bo był młody. Oczywiście, lepiej sprzedawać dobrych młodych za duże pieniądze. Lepiej Cracovii sprzedać Bartosza Kapustkę za sześć milionów euro, niż Jaroszyńskiego za czterysta tysięcy. Ale jednak lepiej Cracovii sprzedać Jaroszyńskiego za czterysta tysięcy, niż oddawać Tomasza Brzyskiego za darmo do Sandecji Nowy Sącz. Stawianie na młodych się po prostu finansowo opłaca. To, czy są dobrzy, jest kwestią drugorzędną.

Ekstraklasa weteranów

W Polsce w mało którym klubie to zrozumieli, o czym świadczą statystyki z CIES Football Observatory. Które są dramatyczne. Porównywałem ekstraklasę tylko do innych lig z drugiej dziesiątki rankingu UEFA. Średnia wieku drużyny w Polsce wynosiła jesienią 27,5. Wyższa była tylko w Grecji i na Cyprze. W Holandii 25,1, w Chorwacji 24,6 (najniższa w całej Europie). Odsetek zagranicznych piłkarzy na boiskach wynosił jesienią w Polsce 43,5%. Wyższy był tylko w Grecji i na Cyprze. W Austrii i w Czechach wynosił 24%. Wychowankowie stanowili w minionej rundzie 10% składów. Mniej tylko w Grecji i na Cyprze. W Austrii to 26, a w Holandii 23 procent. W gronie pięćdziesięciu europejskich klubów, które wychowały do najwyższych lig europejskich największą liczbę piłkarzy, nie ma ani jednego polskiego klubu. Są trzy chorwackie, trzy czeskie i dwa duńskie. Owszem, młodzi muszą się od kogoś uczyć, nie da się grać samymi młodymi, ale niech weteranów będzie w drużynie trzech, a nie trzynastu. Niech będą to Arkadiusz Głowacki czy Arkadiusz Malarz, będący na miejscu. Nie trzeba w tym celu specjalnie wydawać kroci na zagranicznego Matuzalema (też z Szachtara).

Kandydaci na gwiazdy, którym nie wyszło 

W ekstraklasie nie grają aktualne gwiazdy (bo są w czołowej piątce lig europejskich). Nie grają też podstarzałe gwiazdy (są w Turcji), nie grają najlepsi lokalni piłkarze (jak w Rosji, czy – do niedawna – na Ukrainie), ani przyszłe gwiazdy (są w Portugalii, Belgii, Chorwacji, Holandii, Szwajcarii). W Polsce grają w najlepszym wypadku starzy, którzy kiedyś rokowali na gwiazdy, ale im nie wyszło. Eduardo, choć jak na ekstraklasowe warunki jest wielką postacią, też to dotyczy. Był kandydatem na gwiazdę, ale nie wyszło mu w Arsenalu. Gdyby mu wyszło, trafiłby dziś do Istanbul BB albo Besiktasu. Że nie wyszło, z braku laku trafił do Legii, która ani go nie sprzeda (bo komu), ani nie podbije nim Europy (bo z Eduardo ruszało się na podbój Europy dziesięć lat temu). W najlepszym dla niej wypadku podbije nim ekstraklasę, co prawdopodobnie zrobiłaby też Jarosławem Niezgodą. Jestem tym bardziej rozczarowany, że Dariusz Mioduski zapewniał, że czasy ściągania tego typu zawodników typu Eduardo do Legii minęły. I że we wrześniu ściągnął chorwackiego trenera i dyrektora po to, by zbudowali mu w Warszawie drugie Dinamo Zagrzeb. Tyle że Dinamo w ostatnich pięciu latach (dalej nie szukałem) nie ściągnęło ani jednego 35-latka, nie mówiąc już o drogim, zagranicznym 35-latku.

Po co system szkolenia

W Polsce szydzi się czasem – za często – z konieczności stworzenia systemu szkolenia młodzieży. Skoro Roberta Lewandowskiego udało się wychować bez systemu, skoro ogrywamy na turnieju Szwajcarów i jeździmy ostatnio regularnie na mistrzostwa, co nie udaje się Holendrom, to rozmowy o systemie szkolenia są przereklamowane. Nie są. Systemy szkolenia nie produkują piłkarzy wybitnych. Ci się czasem trafiają, a czasem nie. Nikt jeszcze nie wymyślił, systemu produkcji gwiazd, nawet jeśli momentami wydaje się, że niektórym się to udało (La Masia!). System szkolenia pozwala jednak produkować masowo piłkarzy solidnych. Bez wielkich umiejętności, ale i rażących wad. Klub ze światowego topu kupi sobie Szwajcara raz na dwadzieścia lat, ale SC Freiburg kupi go sobie raz na rok. I raz na rok zostawi w Szwajcarii pieniądze. System szkolenia nie jest po to, by Szwajcaria zdobyła mistrzostwo świata, ale po to, by Young Boys Berno sprzedało w jednym okienku piłkarzy za trzydzieści milionów euro. Czyli tak, jakby dwa razy weszło do fazy grupowej Ligi Mistrzów. W ostatnich pięciu latach polskie kluby sprzedały piłkarzy za 87 milionów euro. Holendrzy za 698 milionów, Szwajcarzy za 224, Austriacy za 194, Chorwaci za 182, Grecy za 177, Duńczycy za 132. To jest prawdziwe źródło przewagi tych lig nad polską, a nie to, że Dinamo Zagrzeb czy Legia raz wejdą do Ligi Mistrzów, a raz nie.

Jak chciałbym, żeby było

Pozbyłem się marzeń o ekstraklasie jako o czołowej lidze kontynentu. Nie będzie nią nigdy. Teraz marzę o lidze, w której stawia się na zdolną młodzież, drogo sprzedaje na Zachód, a potem wprowadza się kolejne roczniki. Dlatego każde sprowadzenie kolejnego Eduarda czy 31-letniego Serba, raczej mnie smuci, niż cieszy. Nawet jeśli Eduardo da nam odrobinę magii, a Mitrović będzie zachwycał, ligi nie popchnie to ani trochę do przodu. Chciałbym, by w miejsce Szymona Żurkowskiego Górnik Zabrze wpuścił kolejnego pomocnika z Gwarka Zabrze. Nawet jeśli nie będzie od razu aż tak rewelacyjny. Chciałbym, by Michał Probierz rzeczywiście w Cracovii stawiał na młodzież tak odważnie, jak deklaruje. Chciałbym, żeby Nieciecza, jeśli już musi mieć czternastu obcokrajowców w składzie, ściągała ich chociaż młodych. Nigdy nie wiadomo, kto rozwinie się jak Marcelo, Paulinho, czy jak Edin Dzeko w czeskich Teplicach. Wiadomo tylko, że 27-letni Łotysz tego nie zrobi.

Podziel się wpisem: