Dziwny przypadek Armina Veha

veh

Młode szopy-pracze umierają, gdy ktoś wypowiada zdanie: “Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Bo nawet jeśli ta rzeka dalej nazywa się VfB Stuttgart, tak jak siedem lat temu, to woda, która płynęła w niej siedem lat temu, już dawno w morzu. Teraz nowa woda.

Że się nie da, wiedział Armin Veh od początku. Po sezonie ciężkiej walki o utrzymanie, był witany jak zbawiciel, zapowiedź lepszych czasów. Lepszych, czyli najlepszych. Takie, które sprowadził na krainę Mercedesów w 2007 roku. Oczywiście, każdy racjonalnie myślący mówił, że przypominanie 2007 roku tylko Vehowi zaszkodzi. Ale kibice są z tych myślących magicznie. A wtedy też nikt się nie spodziewał, że Stuttgart ligę wygra. Więc Veh miał zbawiać, a nie trenować. Sam trener wiedział, że problem jest głębszy i od początku mówił, że Stuttgart czeka trudny sezon.

Vehowi dziwiło się jednak naprawdę wielu. Ten trener nie jeden raz wzlatywał i upadał, ale akurat ostatnio wzlatywał. Rozsypany po spadku z ligi Frankfurt poskładał, awansował, jako beniaminka wprowadził do Ligi Europy, gdzie wyszedł z grupy i pechowo odpadł z Porto. Sezon później – mimo problemów z wygrywaniem u siebie – w ostatecznym efekcie bez większych kłopotów utrzymał w lidze. Po czym ogłosił, że odchodzi, bo brakuje mu sportowych perspektyw we Frankfurcie. Hmm? Trenerzy zabijają się o posadę w Bundeslidze, a ten, będąc w średniaku, ale jednak solidnym, mówi, że mu brakuje perspektywy? Dziwne.

Gdyby był dogadany z Schalke, Bayerem, Wolfsburgiem czy choćby nawet Hoffenheim, dałoby się zrozumieć. Ale pójście do Stuttgartu? Czy naprawdę w Stuttgarcie perspektywy są większe niż we Frankfurcie? Z chaosem organizacyjnym, brakiem klarownej wizji, notorycznie złymi transferami i problemami finansowymi? Któremu Huub Stevens, utrzymawszy go w lidze i zobaczywszy, jakie są perspektywy na kolejny rok, ledwie kilkanaście dni wcześniej odmówił? Bardzo dziwne.

Kiedy zbawicielowi nie szło, na ukrzyżowanie poszedł Fredi Bobic. Oczywiście słusznie, bo wspomniany wyżej chaos to w dużej mierze jego zasługa. Akurat wtedy Stuttgart zremisował w Dortmundzie. Veh miał już zbawiać bez przeszkód. Zwłaszcza, że jego kompetencje się zwiększyły. Klub nie zatrudnił do dziś następcy Bobicia, więc część zadań przeszła do trenera. A to nie jest w Niemczech popularny model. Veh dostał naprawdę sporo władzy.

Jeszcze w piątek żartował, że ostatnie miejsce nie jest takie złe, bo nikt cię przynajmniej nie wyprzedzi. W niedzielę pechowo przegrał z Augsburgiem. I odszedł.

veh2

Znowu – odejście nie tak nawet dziwne, jak jego wytłumaczenie. Trenerzy z powodów finansowych generalnie wolą być zwalniani niż samemu się zwalniać. Niektórzy nazywają podanie się do dymisji honorem, dla mnie to pójście na łatwiznę. Ale gdyby wyszedł i powiedział, że zajrzał w wyniki badań i okazało się, że popełnił szereg błędów w czasie przygotowań, które sprawiły, że drużyna jest niezdolna do gry w Bundeslidze, do tego dokupił złych piłkarzy, a szatnia go nie słucha – zrozumiałbym. A on? “Drużyna nie gra tak źle, jak wskazuje na to miejsce w tabeli, brakowało nam często tylko trochę szczęścia. Jestem pewien, że wkrótce wszystko się odmieni”. Skoro brakuje tylko szczęścia, to czemu nie został? Za długo siedzi w tym biznesie, żeby nie wiedzieć, że pech nie trwa wiecznie.

Nie wierzę w takie wytłumaczenia.

Veh spalił sobie Stuttgart jako miejsce, w którym go wielbią. Veh miał podjąć się misji budowy nowego VfB na lata. A poddał się przy pierwszych problemach. Dziwny trener. Przy wszystkich swoich sukcesach, które przez lata w Bundeslidze uzbierał, miał też masę nieudanych epizodów. Zrezygnował zresztą z posady nie po raz pierwszy. To samo wywinął w Reutlingen i Hansie Rostock. Ale to były Reutlingen i Hansa Rostock, a nie JEGO VfB Stuttgart. Klub, w którym był kimś więcej niż trenerem.

Pouczająca historia. Dla kibiców i dziennikarzy, by zobaczyli, że problemy klubów są często bardziej złożone niż tylko: zły trener, zły dyrektor sportowy. Dla trenerów, by doceniali, co mają. Lepszy Frankfurt w garści, niż Stuttgart w piwnicy.

Podziel się wpisem: