Docenić Bayern

Nikt nigdy nie miał 11 punktów nad wiceliderem na półmetku Bundesligi. Tłumaczenie tego słabością konkurencji byłoby niedorzecznością. Dortmundzka lekcja pokazuje: doceniajmy wielkie drużyny, póki są wielkie. Wielkość nie jest dana raz na zawsze.

O Bayernie mówi się w podsumowaniach Bundesligi tyle, że gra w innej lidze, a prawdziwym wyzwaniem będzie Liga Mistrzów. I przechodzi się do rozmawiania o innych. Próbuje się nawet zestawiać najlepsze jedenastki całej ligi, jakby nie zauważając, że dwie najlepsze jedenastki całej ligi grają w Monachium.

Neuer – Rafinha, Boateng, Badstuber, Alaba – Alonso, Schweinsteiger – Robben, Goetze, Shaqiri – Lewandowski.

Reina – Rode, Benatia, Dante – Martinez, Alcantara, Lahm – Ribery, Mueller, Bernat – Pizarro.

Nie zajęłyby dwóch pierwszych miejsc?

W Bayernie szuka się dziury, mimo że jest cały. Mówi się, że gra nudno. Że gra słabo. I nie błyszczy. Chociaż przed sezonem mówiło się, że Bayern jest do ogrania, bo wielu zawodników jest zmęczonych po mistrzostwach świata i leczy kontuzje.

Guardiola pracował daleko od warunków sielanki. Wylecieli mu na parę tygodni z gry wszyscy bramkarze oprócz Neuera. Długo kontuzjowani byli lub są Schweinsteiger, Lahm, Martinez, Alcantara, czyli czterech bezsprzecznie znakomitych środkowych pomocników. A przy tym latem odszedł najlepszy z nich Toni Kroos. Czy po Bayernie widać, że 10 podstawowych zawodników jest kontuzjowanych? Nie. Widać, że w lidze przytrafiły się trzy remisy i cztery (!) stracone bramki. Nie mówiąc już o jakiejkolwiek porażce. Wielkie drużyny to też ludzie, więc czasem przegrywają, to normalne. Przegrywa i Barcelona i raz za czas Real i Chelsea. Bayernowi wpadki nie zdarzają się nigdy. Ostatni mecz o stawkę w Bundeslidze przegrał ponad dwa lata temu z Bayerem Leverkusen. Wzorca profesjonalizmu nie ma w Sevres, bo jest w Monachium.

To nie jest normalne. To ewenement. Bayern ma już w kieszeni trzecie mistrzostwo z rzędu, co parę razy się już udawało w różnych epokach. Każde kolejne będzie wyczynem historycznym. Czterech mistrzostw z rzędu nigdy Bayern nie zdobył. Nawet za czasów Beckenbauera i Hoenessa. Jasne, że Bayern prawie zawsze był potężniejszy niż wszyscy inni, ale jednak dało się trafić na słabszy dzień i tę drużynę ograć. Zdarzały się sensacje. Toczyła się jakaś walka o mistrzostwo. Bayern do 2012 roku nie był drużyną z innej ligi. Był pierwszym wśród równych.

Jeszcze parę lat temu Alexander Rosen, menedżer Hoffenheim, powiedziawszy po porażce 0:4 na Allianz Arenie, że jego zespół “trochę poirytował Bayern”, zostałby zjedzony. Jeszcze trzy sezony temu Christian Streich z Freiburga nie pozwoliłby sobie na wypowiedź: “Próbowaliśmy zaprezentować się tak, jakbyśmy wierzyli, że jeśli wytworzą się sprzyjające – bardzo szczęśliwe okoliczności – to nie jest niemożliwe zremisować z Bayernem. Ale to jest niemożliwe, bo niemal nigdy się nie zdarza”. Zwróćmy uwagę, że mówi to trener, który jeszcze w zeszłym sezonie urwał punkty Bayernowi. Dziś nikogo takie wypowiedzi nie dziwią. Bayern bardzo szybko wzleciał na poziomy niedostępne  dla nikogo. I bardzo szybko wszyscy przyzwyczaili się do tego, jakby tak było zawsze. Nie. To bardzo świeża sprawa.

Oczywiście, rozumiem, że jeśli Bayern nie wygra Ligi Mistrzów, to pozostanie niedosyt, ale ta drużyna jest niesamowita już teraz. Liga Mistrzów jest specyficzna. Wychodzę z założenia, że od poziomu półfinałów poziom jest niemal równy. Decydują Hajtowe detale. Jeśli Bayern dojdzie do półfinału, ale nie wygra, to nie przestanie być drużyną wybitną. On nie musi niczego udowadniać. Wygranie Bundesligi w taki sposób jest wystarczającym dowodem wielkości.

Tym większy szacunek budzi fakt, że Bayern wziął w ten sposób akurat ligę niemiecką. Czyli tą, która drugi rok z rzędu wyprowadziła z grupy w Lidze Mistrzów wszystkie cztery swoje zespoły. Liga jest więc bardzo silna. A jednak Bayern gra w innej. 10 razy lepszej.

Nawet jeśli to truizm: największym zwycięzcą jesieni w Bundeslidze nie jest Paderborn, nie jest Augsburg i nie jest Wolfsburg. Jest Bayern. Nie wolno o tym zapominać. Sześć lat temu w tym klubie grał Christian Lell, a Zenit Sankt Petersburg łoił go 4:0.

Podziel się wpisem: