Czy warto strzelać do Guardioli

Pisanie o Pepie Guardioli w takich okolicznościach wpędza mnie w pewną niezręczność. Z jednej strony, futbolu proponowanego przez tego trenera zwyczajnie nie lubię. Większość meczów jego drużyn zwyczajnie mi się nie podoba. Mój futbol, to szybkie kontrataki. Im szybsze, tym lepiej. Wściekły pressing, ale po to, by jak najszybciej dostać się w pole karne. Czyli Borussia Dortmund z najlepszych czasów albo Bayern z ostatniego sezonu Heynckesa. Z drugiej, jest jednak różnica pomiędzy wrażeniami estetycznymi, a suchymi faktami.

Sprawdza się to, co pisałem dwa i pół roku temu, gdy ogłoszono, że Guardiola zastąpi Heynckesa. Wtedy komentowano tę decyzję zwykle w duchu “poszedł na łatwiznę, bo wziął samograj”. Okazało się przeciwnie. Wziął najtrudniejsze, co tylko można było. Heynckesowi zostało zapomniane, że w przedostatnim sezonie nie wygrał nic. Po sezonie, w którym wygrał wszystko, odszedł i zostawił pomnik. Gdyby pociągnął jeszcze rok, zostawiłby na nim sporą rysę, to pewne. Na absolutnie najwyższym poziomie nikt nie wytrzymuje dwóch lat z rzędu, co potwierdza fakt, że nikt nigdy nie obronił trofeum w Lidze Mistrzów. Heynckes odszedł więc w doskonałym momencie i to być może osiągnięcie większe niż potrójna korona 2013.

Od lat wychodzę z założenia, że w Lidze Mistrzów można coś przewidzieć do poziomu półfinałów. Tam zwykle dochodzą absolutnie najlepsze drużyny sezonu, te, które przerastają wszystkie inne o głowę. Później decydują już detale. Ktoś jest akurat bardziej rozpędzony, ktoś się poślizgnie, ktoś ma więcej szczęścia, albo mniej kontuzji. Dlatego dla największych klubów minimum przyzwoitości to powinien być awans do półfinału, a tam może się zdarzyć wszystko.

Jasne, żyjemy w świecie klubów, które muszą być “naj”. Sęk w tym, że tych “naj” klubów jest kilka, a puchar jeden. Dochodzimy więc do paranoi, w której trener, który akurat przegrał w półfinale czy w finale musi się gęsto tłumaczyć. Prasa huczy o tym, że jeśli Carlo Ancelotti nie wygra Ligi Mistrzów, pożegna się z posadą trenera Realu Madryt, choć jako jedyny od dekady zdołał sobie z tą drużyną poradzić. Pep Guardiola ma absolutnie przekichane, bo dwa razy z rzędu przegrał w półfinale. Na tym polega okrucieństwo czołówki futbolu, że zderzają się naprawdę najlepsi. Przegranie z najlepszym nie powinno oznaczać, że jest się automatycznie beznadziejnym, ale niestety dla wielu oznacza.

Rok temu, owszem, Bayern został zdemolowany. Haniebnie wysoko. Wpadł na rozpędzony Real Madryt, ale rozmiary porażki rzeczywiście mogły szokować. Teraz odpadnie z Barceloną, ale okoliczności łagodzące są tak łagodzące, że naprawdę trudno mi odsądzać Guardiolę od czci i wiary. Jeśli mówimy o trzech wielkich, niesamowicie silnych klubach, jak Real Madryt, Barcelona i Bayern, nieobecność niezwykle ważnych graczy staje się kluczowa. Real raczej nie postawiłby się Bayernowi w najsilniejszym składzie, gdyby musiał grać bez Ronaldo, Bale’a i do tego Ramosa. Barcelona bez Messiego, Suareza i Pique też prawdopodobnie nie wygrałaby 3:0. Jeśli ktoś chce budować klub rozsądnie, nie może powiedzieć trenerowi: Liga Mistrzów albo śmierć, jeśli o wygranej bądź przegranej decydują czasem rzeczy mikroskopijne. Nie można przyjmować, że “ten jest ostatni, który nie pierwszy”. Okoliczności trzeba brać pod uwagę.

Guardiola drugi rok z rzędu pozostanie królem niemieckiego podwórka, a i to nie do końca, bo z półfinału Pucharu Niemiec ośmielił się odpaść z Borussią Dortmund, w meczu, który był całkowitym potwierdzeniem przypadkowości futbolu. Jeszcze nigdy Juergen Klopp nie ograł Bayernu, mając do dyspozycji tak słabo dysponowaną drużynę.

Daliśmy sobie w ostatnich latach wmówić, że wygranie Bundesligi to dla Bayernu pestka, oczywistość, jak splunięcie. Tymczasem nie chcemy zauważać, że raptem czwarty raz w historii Bayern zdobył trzy mistrzostwa z rzędu, a ostatni raz udało mu się to jeszcze w zeszłym stuleciu. Nie chcemy zauważać, że jeszcze nigdy w dwóch kolejnych latach, Bayern nie odstawił Bundesligi o tyle długości. Bayern zawsze skupował najlepszych niemieckich piłkarzy, przynajmniej od otwarcia stadionu olimpijskiego w latach 70. był zdecydowanie bogatszy niż wszystkie niemieckie kluby, a dopiero pod wodzą Guardioli wziął całe Niemcy, przepraszam za wyrażenie, za mordę. Wcześniej zdarzało się, że Bayern odskoczył w jednym sezonie, czasem nawet na 25 punktów, ale na przestrzeni dwóch sezonów, zawsze można było chociaż z nim rywalizować.

Wcześniej zawsze mogło się zdarzyć, że Bayern potknie się w 2. rundzie Pucharu Niemiec na jakiejś Alemannii Aachen czy Magdeburgu. Że zleje go przynajmniej parę razy w sezonie jakieś Mainz czy Freiburg. Dziś Bayern, jeśli przegrywa, to tylko w wyjątkowych okolicznościach i tylko ze ścisłą czołówką. Guardiola nie daje póki co klubowi pięknych wyskoków, takich, jakie miały miejsce w ostatnim roku Heynckesa czy pierwszych latach Hitzfelda. Daje za to doskonałą niemal regularność. Sami zobaczcie. Oto dorobek Bayernu z ostatnich 23 sezonów, czyli piłkarskiej nowożytności. Od powstania Ligi Mistrzów:

Widzimy wyraźnie, że w erze nowożytnej tylko trzem trenerom udało się z Bayernem dwa razy z rzędu awansować do półfinału Ligi Mistrzów – Heynckesowi, Guardioli i Hitzfeldowi jeszcze w XX wieku. Tyle, że Hitzfeldowi zdarzało się też odpaść w fazie grupowej. Dopiero dwaj ostatni trenerzy Bayernu dali temu klubowi regularność na najwyższym europejskim poziomie. Wcześniej Bayern w czołówce bywał, teraz w tej czołówce jest.

Bundesligę Guardiola wygrywał w tym okresie dwa razy z rzędu jako jedyny obok Hitzfelda i Magatha. Tyle, że robi to z przewagą, o jakiej tamci dwaj mogą tylko pomarzyć. Poza tym, Hitzfeldowi oprócz mistrzostw zdarzało się też zajmować czwarte miejsce i w ogóle nie awansować do Ligi Mistrzów, co dziś wydaje nam się nierealne, a przecież działo się nie tak dawno.

Odpadnięcie w półfinale Pucharu Niemiec też nie jawi się w tej tabelce jako straszliwe faux pas. Dwa razy z rzędu to trofeum w ostatnim ćwierćwieczu wygrał dla Bayernu tylko Magath.

Jeśli spojrzymy na średnią ważoną trofeów, jakie trenerzy dawali Bayernowi w nowożytności, najlepsi okazują się Magath i Heynckes. Tyle że to Magatha, a nie Guardiolę można nazwać królem własnego podwórka, bo jego Bayern w Lidze Mistrzów wiele nie zdziałał, a Heynckes cały swój dorobek zawdzięcza genialnemu, ale jednemu sezonowi, bo w pierwszym przegrał wszystko. Guardiola, ze średnią 2,5 na sezon, jest na równi z Hitzfeldem. Wahania formy z sezonu na sezon są jednak u jego drużyn mniejsze niż u Szwajcara.

Oczywiście, Bayern nie wziął trenera z najwyższej światowej półki po to, by nosił stylowe koszule i miał porównywalne wyniki do poprzedników, ale po to, by zdecydowanie ich przerósł. Czy to się jednak komuś podoba czy nie, pod Guardiolą Bayern przeżywa jeden z najlepszych okresów w swojej najnowszej historii. Suma talentów w zeszłorocznym Realu i tegorocznej Barcelonie jest jednak wyższa niż w dzisiejszym Bayernie. Władze klubu mogą oczywiście posłuchać głosów z internetowych forum i Guardiolę wyrzucić, ale może jednak sensowniej byłoby, widząc, że drużyna może nie milowymi krokami, jednak idzie do przodu, pozwolić mu dalej pracować i sprawić w letnim okienku transferowym, że wypadnięcie Robbena nie będzie dla Bayernu oznaczało końca sezonu?

Guardiola oczywiście święty nie jest i wiele błędów popełnił. Ale futbol nie jest zero-jedynkowy. Czy jesteście absolutnie przekonani, że z innym trenerem tegoroczny Bayern rozbiłby Barcelonę na Camp Nou? I nie mówcie, że Heynckes wygrał z Barceloną dwumecz 7:0. Ówczesna i dzisiejsza Barcelona to jak ówczesna i dzisiejsza Borussia Dortmund.

Podziel się wpisem: