Jak Bruk-Bet Termalica Nieciecza marnuje potencjał, by być ośrodkiem zdrowia ekstraklasy

 

Jedną z wielkich sił niemieckiego futbolu jest zdrowo funkcjonujący system ligowy. Można go porównać do łańcucha pokarmowego. Ciągnie się od niższych lig, kończy na Bayernie Monachium. Dobrze sieć powiązań było widać w przypadku zatrudnienia trenera Markusa Weinzierla w Schalke 04 w lecie 2016 roku. Mające pucharowe ambicje Schalke wzięło trenera z FC Augsburg, którego celem jest spokojne miejsce w środku tabeli Bundesligi. Pozostawszy bez trenera, Augsburg sięgnął po Dirka Schustera z także bundesligowego SV Darmstadt, marzącego tylko o przetrwaniu w elicie. Darmstadt musiało reagować i zatrudniło Norberta Meiera z II-ligowej Arminii Bielefeld. Ta została zmuszona, by sięgnąć po Ruedigera Rehma z III-ligowego Sonnenhofu Grossaspach. Wobec tego Sonnenhof wyjął Olivera Zapela z IV-ligowego SV Eichede. A to z kolei znalazło następcę w V-ligowym Wedeler TSV. Na sam koniec Christian Heidel, dyrektor sportowy Schalke, który uruchomił całą reakcję łańcuchową, zaprosił całą drużynę Wedeler na mecz Schalke i wysłał skrzynkę piwa produkcji Schalke do amatorskiego klubiku. W ramach rekompensaty. Tak funkcjonuje sprawny system. To przykład ekstremalny, ale na co dzień widać elementy istnienia tego systemu. Bayern Monachium zwykle rekrutuje piłkarzy spośród tych, którzy wybili się w innych czołowych klubach, Borussia Dortmund, Schalke, Leverkusen zabierają najlepszych średniakom, FSV Mainz, SC Freiburg czy Augsburg wychowują, przeczesują niższe ligi i wpuszczają najzdolniejszych, a żyją z transferów do bogatszych klubów. Oczywiście zdarza się przeskakiwanie dwóch szczebli, ale raczej nie za często. Idealną ścieżkę kariery niemieckiego piłkarza da się w miarę łatwo rozpisać:

  1. Bundesliga => SC Freiburg/Mainz/Augsburg=>Gladbach/Leverkusen/Schalke/Dortmund=>Bayern

Widać to było zresztą na świeżym przykładzie Leona Goretzki, który przez II-ligowe VfL Bochum i później Schalke, trafi do Bayernu (on pominął bundesligowego średniaka, bo był wyjątkowo zdolny, nie wszyscy są w stanie od razu przebić się z II Bundesligi do Schalke.) Na takim systemie korzysta niemiecka kadra i cały niemiecki futbol. Co warto zaznaczyć, nie jest tak, jak twierdzi Dariusz Mioduski, że na którymś szczeblu oddaje się kogoś za darmo, albo za grosze, w imię wyższych celów. Nie. Każdy szczebel dzieli wystarczająca różnica finansowa, by dało się dokonać transferów na zdrowych, rynkowych zasadach. Moguncja zwykle nie wykrada zawodnika z II ligi tylko kupuje go za kwotę satysfakcjonującą II-ligowca i tak samo dzieje się na kolejnych szczeblach. Nie jest to efekt jakiejś szerszej umowy, a zdrowego rozsądku.

Kluby różnych szczebli mają różne zadania. Bayern Monachium istnieje po to, by wygrywać i rywalizować w Europie. Jeśli więc w Niemczech nie ma aktualnie piłkarza na odpowiednim dla Bayernu poziomie, musi szukać za granicą. Jest usprawiedliwiony, gdy ma w składzie sporo obcokrajowców lub starszych zawodników. Tam nie ma wiele czasu, by czekać aż młodzi nauczą się grać na światowym poziomie. Są też kluby tak biedne, że ich jedynym celem jest przetrwanie w Bundeslidze. Takie było SV Darmstadt, czy kiedyś Energie Chociebuż. Oba brały masę obcokrajowców, doświadczonych piłkarzy, grały prostymi środkami. One nie mogły myśleć o młodzieży, musiały walczyć o utrzymanie głowy nad wodą. Z Bogiem lub choćby mimo Boga. Ale ustabilizowani ligowcy wiedzą, po co istnieją. We Fryburgu czy w Moguncji nie powiedzą nagle, że chcą bić się o mistrzostwo. Wiedzą, że nie mają na to szans. Gdy trafi im się lepszy trener i lepsi piłkarze, wylądują w pucharach. Gdy gorsi, spadną na rok do 2. Bundesligi. Ale to specjalnie nie zmienia ich sposobu pracy.

I właśnie to sprawia, że mam pretensje do Bruk-Betu Termaliki Nieciecza.

Kilka zastrzeżeń organizacyjnych: wiem, że państwo Witkowscy mogą robić, co chcą, bo bawią się za własne pieniądze. Wiem, że cała liga jest chora, pisałem o tym niedawno, krytykując Legię Warszawa. Nie żywię też osobistej niechęci do Niecieczy: dla mojego prywatnego interesu lepiej, że w lidze gra Bruk-Bet, niż gdyby grał Widzew Łódź. Mimo to jednak, jest dla mnie Bruk-Bet przykładem symbolicznym.

Chciałbym, żeby Legia stawiała na młodzież i sprzedawała ją drogo. Chciałbym, by robiła to Wisła. Sandecja też. I wszyscy inni, bo uważam, że takie jest miejsce ekstraklasy w europejskim łańcuchu pokarmowym i trzeba je mądrze wykorzystać. Są jednak kluby, które mają jakieś okoliczności łagodzące, tłumaczące, dlaczego tego nie robią. Legia powinna stawiać na młodzież, ale rozumiem, że presja wyniku w tym klubie jest spora, drugie miejsce oznacza przegrany sezon i to sprawia, że trzeba czasem ściągnąć piłkarzy na już. Wisła powinna stawiać na młodzież, ale ma tłum kibiców żyjących w przekonaniu, że Wisła to jest potęga, którzy nie zadowolą się szóstym miejscem, co sprawia, że trzeba unikać buntu ludu, stosując doraźne środki. Sandecja powinna stawiać na młodzież, ale zdaję sobie sprawę, że jest biedna, nie ma struktur, nie ma stadionu, gra w lidze pierwszy sezon i znalazła się w niej tylko dlatego, że trener wykonał pracę grubo ponad stan. I że teraz wytrwanie w ekstraklasie oraz zbudowanie stadionu to dla poważnej piłki w Nowym Sączu być albo nie być. Sandecja ma prawo chwytać się każdej brzytwy, by utrzymać się w lidze. Dlatego też nie czepiałem się tego, jak Bruk-Bet budował kadrę w pierwszym sezonie. Ani w drugim. Tu gra toczyła się o przetrwanie i stabilizację.

W połowie trzeciego sezonu można jednak zacząć rozmawiać o tym, po co klub ma być w lidze. Jeśli właściciele chcieli udowodnić sobie i światu, że są w stanie zrobić ekstraklasę w Niecieczy, to udowodnili. Jeśli do Niecieczy miały przyjeżdżać największe sportowe media w Europie, to już przyjechały. Folklor przez dwa lata zdążył się znudzić. Wydaje mi się, że powoli czas szukać własnej drogi. I właśnie z Bruk-Betem wiązałem ogromne nadzieje. Wokół klubu powstały efektowne obiekty treningowe. Klub nie jest biedny. Raczej nie ma też potencjału na podbój galaktyki. Jest więc idealnym kandydatem na najzdrowszy polski klub, który, z racji położenia geograficznego i potencjału mógłby:

  • zbudować porządną akademię, zatrudniając dobrych trenerów;
  • zbierać zdolną młodzież ze wschodniej małopolski i całego Podkarpacia, wykorzystując, że to od lat piłkarska pustynia;

Oczywiście, tego nie da się zrobić z dnia na dzień, co nie oznacza, że można wobec tego nie robić nic. W oczekiwaniu na efekty, trzeba przynajmniej przez dziesięć lat skupić się na sensownych transferach. Sensownych, czyli młodych graczy, ze słabszych klubów. Bruk-Bet mógłby być miejscem, w którym otrzaskują się z ekstraklasą. W przeciwieństwie do wielu zespołów ligowych, klub z Niecieczy na to stać. Jeśli się nadają, szliby dalej, za granicę albo do lepszych polskich klubów. Jeśli się nie nadają, szliby z powrotem do niższych lig. Dlatego transfery Przemysława Szarka czy Kamila Słabego z Sandecji Nowy Sącz miały moim zdaniem sens. Bruk-Bet wykorzystywał swoją silniejszą pozycję, by drenować z najlepszych piłkarzy swojego biedniejszego, ale lepiej szkolącego sąsiada. Tylko przyklasnąć i robić tak dalej. Niestety, te dwa transfery były wyrwane z kontekstu. Nieciecza ma zupełnie inny pomysł na siebie.

Ten pomysł to hurtowe ściąganie doświadczonych, przeciętnych obcokrajowców. W Niecieczy jest ich aktualnie siedemnastu. Najwięcej w lidze. Akos Kecskes, czyli kapitan węgierskiej młodzieżówki, ktoś, w kogo akurat warto by inwestować, bo ma spory potencjał i jest młody, pewnie odejdzie, więc może uda się zbić tę liczbę do szesnastu. Nie zmienia to faktu, że wiosną Bruk-Bet będzie grał głównie doświadczonymi obcokrajowcami. 36-letnim Słowakiem, 28-letnim Łotyszem, 28-letnim Rumunem, 30-letnim Ukraińcem, 30-letnim Finem, 30-letnim Słowakiem, 33-letnim Bośniakiem, 28-letnim Słowakiem, trzema 27-letnimi Słowakami i 27-letnim Rumunem. W gronie obcokrajowców potencjał sprzedażowy mają tylko 24-letni Gabriel Iancu, 20-letni Nika Kwantaliani, 23-letni Vladislavs Gutkovskis i ewentualnie 26-letni Dejan Janjatović. Zdecydowana większość obcokrajowców z Niecieczy to piłkarze na już, na teraz. Nie da się grać samą młodzieżą, można takiego mieć po jednej w każdej formacji, zachować Muchę, Putiwcewa, Jovanovicia czy Štefanika, bo każdy pokazał, że ma umiejętności. Ale to czterech-pięciu piłkarzy. Nie siedemnastu. Do nich Bruk-Bet dokłada jeszcze Polaków. Żaden nie ma mniej, niż dwadzieścia lat, większość z tych, którzy mają szansę na grę, jest koło 30-tki, jak Rafał Grzelak, Szymon Pawłowski czy Łukasz Piątek. Nastolatkowie w kadrze Niecieczy to tylko ci miejscowi chłopcy, których żaden trener nie traktuje jako poważnych kandydatów do gry. Są trzymani w klubie tylko po to, by w Skarbie Kibica było widać, że klub ma też jakichś wychowanków.

Oczywiście, można zakładać, że zarabianie na transferach właścicieli klubu nie interesuje (jeszcze nigdy w historii nie było gotówkowego transferu z Niecieczy), że nie chcą być dostarczycielem piłkarzy dla większych klubów, że chcą przywieźć do Niecieczy Ligę Mistrzów. Akceptuję to, ale w takim przypadku trzeba zacząć wykładać naprawdę duże pieniądze na naprawdę niezłych piłkarzy. Granie o siódme miejsce kilkunastoma starymi obcokrajowcami to tylko zaśmiecanie ligi. Nie jestem z tych krzyczących: „po co taki klub jak Bruk-Bet w ekstraklasie”. Nie, mógłby być ośrodkiem zdrowia polskiego futbolu. Mógłby spełniać bardzo pożyteczną rolę. Mógłby być takim Zagłębiem Lubin, które raczej nie walczy o przetrwanie, raczej nie gra o mistrzostwo, raczej nie ma na trybunach tłumów żądających podboju Europy, więc może się skupiać na innych celach.

Oczywiście, Bruk-Bet nie jest jedynym klubem, który działa w ten sposób. Cracovia ma niewiele mniej obcokrajowców. Ale ona jednocześnie ma też drugą najmłodszą kadrę w lidze i wpuszcza do niej nastolatków, a jej najlepszy strzelec lada miesiąc pójdzie do silnej zachodniej ligi za grube miliony. Wisła Kraków też ma sporo obcokrajowców i też była za to krytykowana, ale po pierwsze, jest trochę usprawiedliwiona społecznymi oczekiwaniami, a po drugie tylko jeden z szesnastu zagranicznych piłkarzy ma na karku trzydziestkę. W Lechu też obcokrajowców jest sporo, ale jednocześnie poznaniacy co roku sprzedają za wielkie pieniądze jakiegoś wychowanka za granicę. Bruk-Bet ma wszelkie warunki, by działać inaczej, niż reszta ligi, tymczasem w wyścigu o to, kto będzie miał najbardziej międzynarodową kadrę, wysunął się na pierwsze miejsce. Wiem, że właściciele mają do tego prawo. Ale ja mam prawo być rozczarowany, że marnują potencjał klubu, który mógłby chociaż w kilku procentach uzdrowić polską ligę.

 

 

 

 

 

 

 

Podziel się wpisem: