Bośnia i Hercegowina. Wielcy piłkarze rodzą się w błocie

20 lat temu Bośnia i Hercegowina płonęła i słyszał o tym cały świat. Wczoraj też, ale nareszcie z innego powodu.

 Bośnia to całe Bałkany w pigułce. Kto nie rozumie, jak skomplikowany to region świata, niech spojrzy na Bośnię – kraj, w którym głowa państwa jest nie jedna, ale trzy – Bośniak, Serb i Chorwat. Kraj, w którego parlamencie jest równa liczna Serbów, Bośniaków i Chorwatów. Kraj, który do niedawna miał dwie federacje piłkarskie, a więc też dwie ligi. Kraj, w którym przenikają się na każdym kroku Serbowie z Bośniakami, Bośniacy z Chorwatami, Chorwaci z Serbami. Wszystkich łączy porywczość, dzieli niemal wszystko inne. Dość powiedzieć, że jedni to katolicy, drudzy muzułmanie, a trzeci prawosławni. To właśnie Kocioł Bałkański.

 Z każdym rokiem człowiek dochodzi do wniosku, że właściwie nie wiadomo, z czego wynika sukces piłkarski. Przychodzi jak forma Adama Małysza i nie wiadomo do końca dlaczego odchodzi. Można mówić o infrastrukturze, programach szkolenia, graniu jedną formacją we wszystkich grupach juniorskich. Ale potem dochodzi się jednak do wniosku, że wielcy piłkarze rodzą się w błocie.

 Albo w lejach po bombie w Srebrenicy, Mostarze, Sarajewie czy Banja Luce.

 W dzisiejszej reprezentacji Bośni nie ma parytetów. Grają najlepsi, ale wciąż można dostrzec po imionach czy nazwiskach, który Serb/Chorwat, który Bośniak, który muzułmanin. Jeśli jednak futbol potrafi bardzo dzielić i doprowadzać do wojen, to potrafi też bardzo łączyć. Coś jest winny temu regionowi świata. 23 lata temu wojna symbolicznie ruszała na stadionie Dinama Zagrzeb w meczu z Crveną Zvezdą Belgrad. Dziś rany zabliźniają się również dzięki piłce.

 Oglądałem wczorajszy mecz Bośniaków z Litwinami. Bośniaków, którzy blisko awansu byli już w 2004 roku. Później co dwa lata zawsze czegoś brakowało. Na dwa ostatnie turnieje nie dostali się, przegrywając baraże z Portugalią. Teraz byli w grupie z zawsze niewdzięcznymi Grekami, którzy nie zwykli tracić goli ani punktów. Przez całe eliminacje czyhali na głupią stratę Bośni, mając tyle samo punktów, co ona. Doszło więc do tego, że przed ostatnią kolejką Bośniacy musieli tylko ograć Litwę na wyjeździe. Wszyscy jednak wiemy, jak niewdzięcznie gra się pod taką presją.

 Przez 90 minut Bośniacy nie schodzili z litewskiego pola karnego. Cisnęli z prawej, lewej, z dystansu, z bliska, indywidualnie, zespołowo, głową i po ziemi. Jak zawsze w takich okolicznościach litewski bramkarz dokonywał cudów. Jak zawsze, gdy już wcisnęli gola, sędzia musiał wypatrzyć milimetrowego spalonego. Jako wychowany w Polsce, byłem przekonany, że tego nie wygrają i zaprzepaszczą kolejną szansę. Najlepszy dowód, że rany się zabliźniły? Bośniacki komentator. On nie dzielił, kto Chorwat, kto Serb, a kto Bośniak. Cały czas wrzeszczał o naszych chłopakach. Nie mówił po bożemu, po nazwiskach, ale „Vedo! Vedo!” to o Vedadzie. „Jovane!”. Do każdego po imieniu, jeszcze zdrabniając. Na zawał zszedł w 52. minucie, później gadał już tylko siłą doświadczenia.

 Gdy na 22. minuty przed końcem Ibisević oddawał najważniejszy strzał swojego życia, komentator odnalazł w sobie zacięcie południowoamerykańskie i przez dobre dwie i pół minuty bez przerwy krzyczał „Gooooooooooooooool!”. Jestem pewien, że płakał na wizji. Niemal równo w tym momencie zaczął wrzaski, które my znamy dziś jako „Panie Turek! Niech pan zakończy ten mecz! Dlaczego pan nie gwiżdże?!”.

 Krótko po końcowym gwizdku, telewizja pokazała obrazki z różnych bośniackich miast. Wszystkie płonęły. Jak sukcesy Hiszpanii zjednoczyły ten kraj, tak teraz podobnie może się dziać z Bośnią.

 Zwłaszcza, że teraz jest jej czas. Na mundial zabierają reprezentację urodzoną w większości w byłej Jugosławii, ale wychowaną przez cały świat. Rodzice z berbeciami wychodzili z lejów po bombie w różnych kierunkach. Jedni wychowali się w Niemczech, inni w Luksemburgu, w Szwajarii, Francji czy w Stanach Zjednoczonych. Niektórzy zostali w Bośni. Wszyscy reprezentują teraz jeden kraj i wiozą do Brazylii niezłą pakę. Z Ibiseviciem ze Stuttgartu, Dżeko z Manchesteru City, Begoviciem ze Stoke, Salihoviciem z Hoffenheim, Pjaniciem z Romy czy Misimoviciem jeszcze do niedawna z Wolfsburga. Nie ma co, będzie komu kibicować na mundialu.

 Swoje pokolenie mieli Słoweńcy w 2000 i 2002 roku. Mieli Chorwaci i Serbowie. Teraz mają Bośniacy, ale daję głowę, że za chwilę obrodzi w Macedonii czy w Czarnogórze. Dobrze, że Jugosławia nie podzieliła się na więcej państw, bo byśmy wypadli poza rankingową setkę.

Podziel się wpisem: