FC Ingolstadt. Beniaminek z miasta Audi

Ingolstadt kojarzy mi się dość frustrująco. To stacja w połowie drogi z Monachium do Norymbergi. Rano pociąg z Erlangen do Norymbergi. Niemal zawsze spóźniony, więc później sprint na pociąg z Norymbergi do Monachium. Podróż wśród opitych piwem kibiców Bayernu (9 rano!), próba odnalezienia się w tłumie na monachijskim dworcu, przesiadka do tłumu w metrze na Froettmaning, wędrówka w tłumie na Allianz Arenę. Półtorej godziny oglądania jak Bayern męczy kolejnego rywala, podkładanie dyktafonu gwiazdom pod nos w tłumie dziennikarzy, bieg na metro, bo za chwilę odjeżdża ostatni tego dnia pociąg i trzeba będzie się włóczyć całą noc jak Trela po Augsburgu, wpychanie się na chama, jako ostatni pasażer do metra, wpadanie do pociągu w ostatnim momencie, powrót w tłumie pijanych w sztok kibiców Bayernu. I gdy już padasz na twarz: Ingolstadt. Dopiero Ingolstadt. Niby już blisko, a jeszcze dwie godziny do domu. Smutny rzut oka za pociągowe okno, na niekończący się sznur nowiuteńkich, świeżo wyprodukowanych Audi wszystkich modeli, we wszystkich kolorach, czekających na transport gdzieś dalej. “A gdyby tak to jedno Audi…? Przecież nikt by nie zauważył”. Jedno stracone Audi. Mały cios dla wielkiego koncernu, wielki krok dla studenta z Polski.

Samochodowa Bundesliga

Audi od nowego sezonu będzie sporo nie tylko przy dworcu w Ingolstadt, ale też w całej Bundeslidze. Jest Volkswagen, angażujący się w całą masę klubów, ale na czele z Wolfsburgiem, jest Mercedes-Benz wspierający Stuttgart, będzie też Audi finansujące FC Ingolstadt, który dziś został 54. beniaminkiem Bundesligi w historii.

Ingolstadt – pierwszy raz w górnej połówce tabeli

O bundesligowych aspiracjach Ingolstadt pisałem wam, jako ciekawostkę, ponad rok temu. Wtedy nie było to nic więcej niż ciekawostka i to raczej futurystyczna, bo nic nie zapowiadało rychłego awansu FCI do elity. Przed nowym sezonem, w specjalnej ankiecie, żaden z osiemnastu trenerów 2. Bundesligi nie wskazał Ingolstadt jako drużyny, która awansuje, choć przecież kto, jak nie szkoleniowcy 2. Bundesligi, powinien wiedzieć, co się święci? Jeszcze początkiem 2015 roku, Thomas Linke, dyrektor sportowy lidera ligi, mówił, że Bundesliga to długofalowy cel, niekoniecznie do zrealizowania akurat w tym roku. Nic dziwnego. Przed sezonem trenerowi postawiono za cel górną połówkę tabeli. To i tak byłby najlepszy wynik w historii klubu, bo Ingolstadt przez pięć sezonów grało w 2. Bundeslidze i zawsze było w dolnej połowie tabeli. Pierwszy raz skończyć powyżej 10. miejsca udało się dopiero w tym roku. Na pierwszym.

Cud na piłkarskiej pustyni

W Ingolstadt dokonał się cud. Może nie na miarę tego z Paderborn sprzed roku, ale prawie. 132 tysięczne bawarskie miasto było piłkarską pustynią otoczoną oazami. W Monachium były dwa kluby bundesligowe, na jego przedmieściach grało przez moment w najwyższej lidze Unterhaching, swoje pięć minut ma nieodległy Augsburg, od początku XX wieku tłuką się w wyższych ligach Norymberga i Fuerth, a Ingolstadt całe momenty chwały zaliczyło w latach 1978-81, gdy dwa kluby z tego miasta – ESV i MTV – grały w 2. Bundeslidze. Na początku XXI wieku oba były jednak na skraju bankructwa. Połączono je więc i założono FC Ingolstadt. Tradycji piłkarskich nie było tam nigdy, więc nie może dziwić, że Peter Jackwerth, przedsiębiorca i pomysłodawca założenia nowego klubu, działający w nim do dziś, przyznaje, że w mieście jest więcej fanów Bayernu niż Ingolstadt. Nikt raczej nie robi sobie tam tapety do pokoju młodzieżowego z wizerunkiem Pascala Grossa, gwiazdy Ingolstadt. Nie ta popularność.

Wsparcie z Bayernu

Jackwerth swoimi środkami ciągnął klub przez pierwsze lata. Choć klub jest młody, był już prowadzony przez kilku trenerów z nazwiskami. Do II ligi wprowadzał go Thorsten Fink, późniejszy szkoleniowiec Bazylei i Hamburga. Ponowny awans robił Michael Wiesinger, później pracujący z Norymbergą. Od 2011 dyrektorem sportowym jest Thomas Linke, były reprezentant Niemiec i gracz Bayernu Monachium. Długo jednak w klubie brakowało pieniędzy, by myśleć o czymś większym.

Klub zakładowy?

Audi zaczęło się pojawiać na horyzoncie dopiero w 2007 roku. Po awansie do 2. Bundesligi weszło już pełną gębą. Dziś jest już właścicielem postawionego przez Jackwertha we współpracy z miastem nowoczesnego stadionu na 15 tysięcy miejsc, nowoczesnej akademii oraz bazy treningowej, które wynajmuje klubowi. Do tego ma oficjalnie 20 procent udziałów w klubie i kontroluje połowę rady nadzorczej. Jackwerth zapewnia, że Ingolstadt to nie odpowiednik Hoffenheim, Bayeru Leverkusen czy Wolfsburga, a więc klubów zakładowych, będących własnością dużych koncertów. I zapewnia, że takim się nie stanie, choć awans do Bundesligi ma jeszcze zwiększyć zaangażowanie, także finansowe, Audi.

Bez szaleństw

Póki co, faktem jest, że Ingolstadt nie szastało pieniędzmi i nie można powiedzieć, by tegoroczny awans sobie kupiło. Z 8,5-milionowym budżetem plasuje się w środku II-ligowej stawki. Najwięcej w historii wydało latem zeszłego roku, płacąc 750 tysięcy za Australijczyka Matthew Leckiego. Ingolstadt wykazało się przy tym transferze skrzydłowego FSV Frankfurt dużym wyczuciem. Zakontraktowano go jeszcze przed mistrzostwami świata, na których Leckie bardzo ciekawie się pokazał i po mundialu kosztowałby już na pewno dużo więcej. A tak, był jedną z największych gwiazd drużyny.

Najrówniejsi w 2. Bundeslidze

W Ingolstadt jakiś czas tego wyczucia brakowało, co widać choćby po trenerach. Przez pierwsze cztery lata drużynę prowadził ten sam szkoleniowiec, później jednak się miotano. W październiku 2013, gdy drużyna znów leżała na ostatnim miejscu, zatrudniono Ralpha Hasenhuettla, Austriaka, który wcześniej prowadził samodzielnie tylko podrzędne Unterhaching i Aalen. Niespodziewanie jednak w Ingolstadt szybko poskładał drużynę, spokojnie utrzymał ją w lidze, a mimo straty latem na rzecz Augsburga największej gwiazdy – Caiuby’ego – przebudował tak, że w tym roku nie miała już sobie równych. Choć, co znamienne, w żadnej klasyfikacji nie jest najlepsza. Są drużyny, które więcej strzelały i rzadziej traciły, są lepsze na wyjazdach i lepsze u siebie. Ingolstadt miało jednak regularność. Najdłuższa seria bez wygranej, jaka się przytrafiła, to ledwie trzy mecze w lutym.

Problem z frekwencją

Co wniesie Ingolstadt do Bundesligi? Niestety, wiele wskazuje na to, że niespecjalnie dużo. Kadra składa się wprawdzie z 14 graczy, którzy już występowali w najwyższej lidze, ale zazwyczaj były to epizody i to w rolach drugoplanowych. Tylko Christian Eigler i Tobias Levels mają ponad 100 występów. W drużynie jest tylko jeden wychowanek i aż 12 obcokrajowców. Nie jest to więc kopalnia talentów jak choćby Freiburg.  Kadra zbudowana jest w większości z odrzutów z większych klubów, zawodników może nie starych, ale takich, u których inni widzieli jakiś defekt. Frekwencji w Bundeslidze też Ingolstadt nie zawyży. 15-tysięczny stadion będzie najmniejszy w lidze – jeśli Paderborn się utrzyma, to ex equo – a na meczach II-ligowych nie pojawiało się wcale wiele osób. Dziś dopiero po raz trzeci w sezonie sprzedano komplet biletów.

Ingolstadt szuka drogi

Nadzieja w tym, że mówimy o klubie dopiero 11-letnim, który szuka swojej drogi i dopiero buduje tożsamość. Sami ludzie z klubu podkreślają, że klub ma potencjał na poziomie Freiburga, Mainz czy Augsburga. Trochę w Bundeslidze za dużo klubów, które mierzą tylko w spokojne utrzymanie, ale może to tylko zasłona dymna. Przed tym sezonem Ingolstadt też chciało tylko spokojnego utrzymania.

Podziel się wpisem: