Bayern. Pozbądźcie się wszelkiej nadziei

Przed meczem w Stuttgarcie rozegrała się makabryczna scena. Wisząc na poręczy, na szczyt trybun wciągał się człowiek, który Hindenburga oglądał jeszcze na żywo. Twarz koloru zielono-sinego, widać, że ledwo łapie powietrze. Koszmar. Próbuje go podtrzymywać chyba syn, próbują pomagać ochroniarze, wszyscy oferują swoje miejsca gdzieś niżej. Nie, on ma wykupiony karnet na górze. Gdzie są granice poświęcenia? Nie na żarty się o niego bałem, bo przecież miał szalik Stuttgartu, a było pełne ryzyko, że będzie się miał po spotkaniu z Bayernem czym martwić.

Ten mecz bardziej ukazał siłę Bayernu niż jakikolwiek w tym sezonie Bundesligi.

Gdyby Bayern rozjechał VfB Stuttgart 7-0, jak zrobił to w Bremie, nie byłbym jakoś specjalnie zaskoczony. Stuttgart ma taką obronę, a Bayern taki atak, że nie byłoby to coś szczególnie szokującego.

A tak? Thomas Schneider trafnie zdiagnozował, że najsłabszym punktem jego zespołu jest defensywa, za to ataku nie musi się wstydzić. Wyszedł na Bayern z taktyką z pozoru samobójczą. Podczas gdy wszyscy starają się grać z Bawarczykami pięcioma obrońcami i sześcioma defensywnymi pomocnikami, Schneider wypuścił na boisko dwóch klasycznych napastników, dwóch lepiej atakujących niż broniących bocznych pomocników, a w środku dał jeszcze Moritza Leitnera, który potrafi zagrać otwierającą piłkę.

Niech was nie zmylą statystyki posiadania piłki, które mówią, że Bayern był przez 3/4 czasu na boisku przy piłce. Stuttgart świadomie oddał środek pola, stał bardzo głęboko, ale… grał bardzo ofensywnie. Po to ta czwórka z przodu. Gdy tylko ktoś przejmował piłkę, zaraz wyprowadzał atak, w którym brała udział duża liczba zawodników. To się mogło udać.

Jens Lehmann narzekał ostatnio, że nikt nawet nie próbuje ograć Bayernu, a wszyscy zadowalają się tylko nikłą porażką. Zgadzam się. Od jakiegoś czasu monachijczycy nie wyglądali na zespół nie do pobicia. W każdym meczu rywale marnują sporo sytuacji. Poza tym – skład. Bez Ribery’ego, bez Robbena, bez Schweinsteigera, bez Martineza, z Kroosem słabszym niż zwykle, z irytującym Thiago. Widząc tę determinację Stuttgartu zacząłem wierzyć. Bo oni grali mądrze, bo eksponowali swoje atuty i niwelowali wady. Bo rewelacyjnie grał na środku obrony czołg Ruediger. Bo świetnie bronił Ulreich. A Bayern nie miał dnia.

Remis byłby do przełknięcia, w końcu to też dobry wynik. Ale wygrana w ostatniej minucie po golu nożycami?! Po takim golu?! Tego się nie da zaplanować, lecz to odbiera wszelką nadzieję. Wczoraj przestałem wierzyć, że ktoś w Bundeslidze zatrzyma Bayern. Nie, co by się nie działo, oni dadzą radę. Najwyżej strzelą z przewrotki w ostatniej minucie.

Jak się okazało, nie tylko we mnie wzbudziło to jakieś metafizyczne rozważania. W samochodzie z ekipą Kickera rozmawialiśmy tylko o sprawach filozoficznych. Wszystkich to wpędziło w taki nastrój. Ten gol Thiago był puntem wyjścia do dyskusji czy jest jakaś wyższa instancja, czy jest fatum, że to wszystko nie może być przypadkiem. Że to jest jakiś pakt z diabłem. Przesada? Może. Ale pokazuje, że ludzi, którzy oglądają Bundesligę od 40 lat też ogarnia jakiś lęk, gdy patrzą na ten Bayern.

Nie wiem, co z tym starszym panem. Z punktu widzenia dbałości o jego zdrowie, ten mecz nie mógł się potoczyć gorzej. Ja zresztą uważam, że taki mecz znacznie skraca życie nawet niezaangażowanych osób. Nie, błąd. W takim meczu nie ma niezaangażowanych osób. Taki mecz po prostu skraca życie.

Bayern powinien mieć obwoźny transparent: “Pozbądźcie się wszelkiej nadziei wy, którzy tutaj wchodzicie.” Obecność Dantego w składzie pokazuje, że to nie jest głupi pomysł.

Podziel się wpisem: