Zwiedzam Kraków, odcinek 23: Bieżanowianka

Bywa, że jednym z największych problemów podczas meczów niższych lig jest prawidłowa identyfikacja drużyn. To problem tak wstydliwy, zwłaszcza dla mężczyzny, fana piłki nożnej, dziennikarza sportowego, że dotychczas nie odważyłem się go podczas „Zwiedzam Kraków” wyartykułować. Tym bardziej że zwykle jakoś udawało mi się z niego wybrnąć. Skąd jednak człowiek obcy, spoza danego środowiska, ma wiedzieć, jakie barwy nosi jedna A-klasowa drużyna, a jakie inna? Czasem z pomocą przychodzą charakterystyczne kolory zawieszonego gdzieś na budynku klubowym herbu, pokrywające się z kolorami strojów któregoś z zespołów. Czasem, kręcąc się dookoła boiska, uda się minąć któregoś z piłkarzy i spojrzeć mu z bliska na koszulkę. Czasem, już w trakcie meczu, siedzi się na tyle blisko boiska, by dokładnie zauważyć napisy. Najczęściej tożsamość bohaterów widowiska zdradza plemienny okrzyk przedmeczowy w rodzaju „Kto wygra mecz?! Grębałów!!!”. Gdy jednak gra toczy się w środku tygodnia o 16.30 i wpada się na stadion w ostatniej chwili, i tak czując się głupio, że absolutnie wszelkie plany podporządkowało się meczowi Bieżanowianki Kraków z Orłem Piaski Wielkie, można mieć kłopot. Rzuciwszy tylko okiem na szyld „Bieżanowianka” przed wejściem na stadion, który był koloru niebieskiego i zauważywszy, że jedna z drużyn nosi jednolite niebieskie barwy, w podświadomości przypisałem kolory Ruchu Chorzów Bieżanowiance, a Arki Gdynia Orłowi.

To nie był zwykły mecz. To był mecz o Puchar Polski. Inaczej te drużyny by się nie spotkały. Mimo że siedziby mają całkiem blisko siebie, już w drodze na stadion nie ma wątpliwości, że nie jest im po drodze:

dav

Choć nie są to derby, bo Bieżanów leży w dzielnicy Prokocim, a Piaski Wielkie w Podgórzu Duchackim, ostrzegano mnie, że na trybunach może być gorąco. I faktycznie, prażyło, jak na wrzesień, niemiłosiernie. Publika gromadziła się w wąskich zacienionych enklawach, a bliskość innych obywateli potęguje ryzyko zostania oblanym Poweradem. Co dokonało się już po kilku minutach. Bieżanów i Piaski Wielkie, bardziej niż dystans geograficzny, dzieli miejsce w ligowej hierarchii. Bieżanowianka to poczciwy A-klasowiec. Orzeł to najsilniejszy z krakowskich klubów, którego jeszcze nie miałem okazji widzieć. Od lat jest dumnym IV-ligowcem. A, jak już kiedyś sygnalizowałem, przepaść między tymi poziomami jest gigantyczna. Jeśli chodzi o amatorskie rozgrywki, można ją przełożyć na zawodową piłkę mniej więcej w ten sposób:

B klasa = II liga

A klasa = I liga

okręgówka = ekstraklasa

IV liga = Liga Mistrzów

Wyżej amatorzy już raczej nie dochodzą, bo gdy przekraczają szczebel III ligi, stają się w znakomitej większości przypadków już praktycznie zawodowcami. Starcie Orła Piaski Wielkie z Bieżanowianką można więc porównać do meczu Siarki Tarnobrzeg z Schalke 04.

Mając tę wiedzę, byłem dość mocno zaskoczony, gdy drużyna, którą podejrzewałem o bycie Bieżanowianką, wyszła na prowadzenie. Stało się to po rzucie karnym, którego podyktowaniu towarzyszył przeuroczy dialog. Po gwizdku sędziego, pokrzywdzony zespół rzucił się do sędziego.

Gracz drużyny, która dostała karnego, natychmiast wytłumaczył rywalom: – Jeb…ł go.

Gracz drużyny pokrzywdzonej, dość oburzony: „Ale co jeb…ł, jak nawet się nie przewrócił?!”

Nawet na ten trudny do zbicia argument sędzia pozostał nieugięty i było 1:0. – Niespodzianka, będzie ciekawy mecz – myślałem. Gdy jednak w siedemnastej minucie było 3:0 dla zespołu, który podejrzewałem o bycie Bieżanowianką, naszły mnie poważne wątpliwości. Zwłaszcza że odbywało się to przy absolutnie niewzruszonej postawie przegrywających, absolutnym braku radości prowadzących oraz doskonałej obojętności kibiców. Wszyscy zachowywali się jak niemieccy komentatorzy telewizyjni. Oglądali mecz w ciszy. Dopiero gol na 1:7 miał wzbudzić ich dziki entuzjazm, ale wtedy nie mogłem tego jeszcze wiedzieć.

Nie usłyszał gwizdka

Zadać po dwudziestu minutach meczu pytanie: „Którzy to nasi?” to zbyt duża kompromitacja. Wędruję więc gdzieś bliżej murawy, by zobaczyć, że to niebiescy mają na plecach napis „Piaski Wielkie”. Sensacji więc nie ma. Piaski naprawdę były wielkie. 6:0 do przerwy. Ostatni tak nierówny mecz widziałem w 2014 roku pomiędzy Brazylią a Niemcami. A miejscowi potem poinformowali mnie, że Orzeł przyjechał w mocno rezerwowym składzie. To był więc prawdziwy pokaz siły. Goście niektóre zachowania mieli jak zawodowcy. Oddawali na przykład strzały po gwizdku sędziego, by później tłumaczyć się, że nie słyszeli, iż akcja została przerwana, co brzmiało o tyle karkołomnie, że na trybunach panowała cisza, jak makiem zasiał, a w całej okolicy było słychać tylko gwizdek sędziego. Zdarzały się też im jednak zagrania nieudane. Najdoskonalnszą formą samokrytyki jest dośrodkować tak źle, że tuż po kopnięciu piłki, gdy jeszcze nikt nie wie, gdzie ona doleci, dorzucającemu wyrywa się z gardła jęknięcie: „o k…a…”. Można opuścić głowę. Już wiadomo, że z dośrodkowania nic nie będzie.

Skoro już więc mecz był rozstrzygnięty, począłem rozglądać się po okolicy i zachwyciłem się trybunami na stadionie Bieżanowianki. To chyba najbardziej oryginalne siedziska w Krakowie. Ich schemat wygląda następująco:

Trybunka z plastikowymi krzesełkami za bramką (rzadko spotykane na tym poziomie rozwiązanie, by trybuny, zwłaszcza tak niskie, że poprzeczka i siatka zasłaniają widoczność, umieścić za bramką, i to tak daleko)

dav

Pas trawy

Trybunka z drewnianymi, połamanymi ławkami.

dav

Pas Trawy

Trybunka z plastikowymi, połamanymi krzesełkami

dav

Pas trawy

Kolejna trybunka z resztkami ławek. Łącznie jeden stadion, cztery trybunki, na łącznie dwóch bokach boiska.

dav

Kościół za drugą bramką, na którego wieży, gdyby Bieżanowianka awansowała kiedyś do ekstraklasy, pewnie umieszczono by kamerę, unikając konieczności ustawiania dźwigu, co często się praktykuje.

dav

Piłkę niskoligową, amatorską, określa się czasem angielską nazwą „grassroots”, co można przetłumaczyć jako „oddolne”. Ale gdyby przetłumaczyć to dosłownie, rozbijając na dwa wyrazy – „grass” i „roots”, wyszłoby, że chodzi o „korzenie trawy”. Bieżanowianka to więc najpełniejsza krakowska realizacja idei „grassroots” – korzeni trawy na jej stadionie nie brakuje.

Najdłuższa nazwa w Krakowie

Nie wszystko jednak, jeśli chodzi o infrastrukturę na obiektach Bieżanowianki, wygląda na podniszczone. Klub, słynący z tego, że ma najdłuższą nazwę w Krakowie (13 liter, pięć sylab, podobnym wynikiem może się poszczycić tylko Grębałowianka), ma też sekcję zapaśniczą i mocno stawia na szkolenie młodzieży. Obok boiska, na którym grają seniorzy, umieszczono plac gry ze sztuczną nawierzchnią, na którym ćwiczy sporo dzieci. Widząc nagromadzenie samochodów pod stadionem, spodziewałem się, że to na meczu Bieżanowianki z Orłem będą takie tłumy. A to prawdopodobnie były samochody matek, które przywiozły dzieci na trening.

Wspomnienie z Łukaszem Gorszkowem

Ze wspomnień wyrywa mnie dwóch porządkowych, którzy chodzą po trybunach i sprzedają bilety. Robienie tego w 30. minucie, przy stanie 0:5, jest dość ryzykowne, bo niektórzy do tego czasu mogli stwierdzić, że wystarczająco wiele już zobaczyli i wyjść ze stadionu. Moi sąsiedzi na trybunach już po czwartej bramce zastanawiali się, czy nie pójść na flaszkę. Zostali, by ze smutkiem skonstatować: „Ile lat tu chodzę, takiego wp… jeszcze nie dostali”. Oprócz biletów porządkowi sprzedają także ulotki informacyjne na temat Bieżanowianki, którą ochoczo nabyłem. Można się z niej dowiedzieć, że Bieżanowianka to „duma dzielnicy”, że ma swoje konta na Facebooku, Twitterze, Youtubie i Instagramie (A klasa!). A przede wszystkim, że szkoleniem młodzieży w Bieżanowiance zajmuje się Łukasz Gorszkow, były ligowiec m.in. Wisły Kraków czy Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski, który jako pierwszy uświadomił mi, że o piłkarzach pisze się trudno. Miałem piętnaście lat, gdy na stronę Podbeskidzia Bielsko-Biała sporządziłem pierwszą relację meczową. To był krótki tekst ze sparingu z Polonią Bytom. Kilka dni później przybyłem na kolejny sparing i dowiedziałem się, że Łukasz Gorszkow, piłkarz Podbeskidzia, miał do szefów biura prasowego pretensje, że w relacji padło sformułowanie „po licznych zmianach, których trener Marcin Brosz dokonał w drugiej połowie, poziom gry znacząco się obniżył”. Jak można się domyślić, Gorszkow wszedł wtedy po przerwie. A ja dostałem pierwszą dziennikarską lekcję: nieważne, jak niewinnego zdania użyjesz, komuś na pewno i tak się nie spodoba.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: