Zwiedzam Kraków. Odcinek 9 – Prądniczanka

Modlnicaaa! I po co wam było tyle strzelać?! Typowy niskoligowy dziadek-pokrzykiwacz przepitym głosem zadrwił właśnie z jednej z najbardziej okrutnych drużyn, jakie na oczy widziałem.

Szlagierowo zapowiadało się już właściwie od bram stadionu Prądniczanki, gdy zachwycił mnie marketingowy geniusz rodaków. Żeby nazwać jadłodajnię “Siódma pieczeń”, to trzeba mieć poczucie humoru. Rozglądając się po szyldach, można łatwo przegapić cel wędrówki. Zawsze zastanawiało mnie, gdzie u licha, w Krakowie zmieściło się te 30 ileś boisk piłkarskich i ilekroć zwiedzam kolejne, dziwię się, że boisko jest akurat tu, bo nigdy bym nie pomyślał. Obiekt Prądniczanki jest wciśnięty dokładnie gdzieś między bloki, kościół, estakadę, przewody wysokiego napięcia i ruchliwe ulice. A siedzi się na nim zaskakująco przyjemnie i w ciszy.

Przyjemnie nie siedziałoby się na pewno kibicowi Cracovii. Od pierwszego wejrzenia widać, że Prądniczanka jest tym małym klubem, który zdecydowanie trzyma za Wiślakami. Niekumatych informują o tym liczne grafy, może nie jak w Belfaście czy w Buenos Aires, ale jednak nietypowe na niskoligowych boiskach.

Oprócz wątków wiślackich są gdańskie i antypasiaste. W konflikcie Adidas kontra Nike, klub z Prądnika opowiada się natomiast za Niemcami.

Stadion, trzeba przyznać, robi wrażenie. Ktoś wprawdzie wcisnął w środek trybun kanciasty i bezduszny, względnie nowoczesny budynek klubowy, za co należałaby się chłosta, ale na starych, czerwono-czarnych krzesełkach (z oparciami!) siedzi się wygodnie jak w samolocie. Nic dziwnego, że ludzi przyszło zadziwiająco dużo jak na mecz drużyny rezerw.

W końcu miało jednak dojść do hitu. Rezerwy Prądniczanki, zaprzeczając specyfice drugich drużyn, w których naturze jest nierówność, w tym roku nie przegrały jeszcze ani jednego meczu. Osiągnęły to jako jedyne obok wicelidera z Modlnicy, który akurat miał przyjechać. Traf jednak chciał, że ukrywana przez poprzednie tygodnie nierówność skumulowała się akurat na to przedpołudnie, by wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Drużyn tak beznadziejnych, jak niedzielna Prądniczanka, niewiele jest w tym Universum (przy okazji, pozdrawiam chłopaków z tej C-klasowej drużyny).

prad9Wynik 0:6 do przerwy, Prądniczanka II zawdzięczała tylko wyjątkowej nieskuteczności gości. Chciałoby się napisać – jak to często w takich wypadkach bywa – że bramkarzowi, ale ten akurat, delikatnie mówiąc, zadania nie utrudniał. Co tu dużo mówić, w przerwie byłem załamany. Przy wyniku 6:0, o emocjach nie mogło już być mowy, nawet biorąc pod uwagę, że w niższych ligach możliwe jest więcej niż gdziekolwiek indziej. A zazwyczaj, drużynie, która prowadzi, też już przy takim wyniku nie chce się strzelać dalej. Zawsze żałuję tego oszczędzania rywali. Mam dalej gdzieś w duszy ten gen odpowiadający u dzieci za wyrywanie muchom nóżek. Chcę, by pogromy w piłce były absolutne. By Niemcy nie litowali się nad Brazylią, bo jestem ciekaw, ile są w stanie strzelić. By Bayern robił z Porto Samoa.

Moich złych modłów wysłuchali dopiero modlniczanie. W drugiej połowie byli jeszcze okrutniejsi. Zapłacili za to jednak bezwzględną karę. Gdy wbili dziesiątego gola, okazało się, że elektroniczna tablica potrafi wyświetlać tylko wyniki jednocyfrowe, więc jej dowcipny operator jedynkę postawił przy Prądniczance, a zero przy Błękitnych. Zamiast 0:10, zrobiło się 1:0. – Haaa, Modlnicaaa, trzeba było tyle strzelać?! – ucieszył się żul, a z nim ja, bo końcowy wynik 14:2, był najwyższym, jaki na żywo widziałem. Radość trwała do powrotu do mieszkania, gdy opowiedziawszy o niebywałej patałachowatości rezerwistów Prądniczanki, usłyszałem: “Ale przecież wy ostatnio w Pucharze Polski przegraliście wyżej!”. Fakt, wyparłem tamto 1:14 z pamięci, żeby móc swobodniej obśmiewać innych.

prad8

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: