Zwiedzam Kraków. Odcinek 8 – Nadwiślan

We wszystkich relacjach z wydarzeń rozgrywających się w Krakowie, musi paść sformułowanie “pod Wawelem”, nawet jeśli coś się dzieje na Nowej Hucie. No, chyba, że “w grodzie Kraka”. Albo jedno i drugie. O meczach Wisły i Cracovii mówi się, że ktoś tam przegrał “pod Wawelem”. Wszystko bujdy. Pod Wawelem to przegrały wczoraj rezerwy AP Zabierzów.

Zabierzów, moja trauma. Teraz niby “AP”, dla niepoznaki, jako “Akademia Piłkarska”. Ale herb dziwnie znajomy, a sami piłkarze przed meczem krzyczą: “Kto wygra mecz? Kmita!”. Kmita Zabierzów, czyli niedawny – po dzisiejszemu mówiąc – I-ligowiec. Sprawca najbardziej upokarzającej porażki Podbeskidzia Bielsko-Biała u siebie (bo na wyjeździe to jednak Bełchatów). Kmita wygrał kiedyś w Bielsku 3:0, strzelając wszystkie gole przed przerwą. W 40. minucie obiecywałem sobie, że moja stopa już nigdy na stadionie nie stanie. Obietnicę złamałem, więc mogłem zobaczyć gdy jakiś czas później Podbeskidzie wygrywa z tymże przeklętym Kmitą, a Łukasz Merda broni rzut karny strzelany przez Jana Ciosa. Od tego momentu, gdy w kościele zdarza mi się usłyszeć słowa pieśni: “…i chroooń od zguuuuby, gdy zagraża cios”, ostatnie słowo wymawiam z wielkiej litery i przypominam sobie, jak Merda wyjął tę “jedenastkę”.

Rozumiem doskonale, że zobaczyć rezerwy takiego klubu, to nie lada gratka, ale jednakowoż dziwią mnie trochę tłumy, przez które muszę się przeciskać, idąc na stadion. Ku mojemu rozczarowaniu, okazało się jednak, że tłumy waliły na Wawel (zamek, a nie klub, który opisywałem tydzień temu) albo na Smoka Wawelskiego (waliły na Smoka Wawelskiego? Nieee), szły Smoka zobaczyć. Stadion Nadwiślana mieści się bowiem w najbliższym sąsiedztwie tych atrakcji.

Nazwy krakowskich klubów piłkarskich bywają nielogiczne. Ze stadionu Wawelu nie widać Wawelu. Ze stadionu Nadwiślana wprawdzie Wisłę widać, ale Wawel lepiej. Stadion Tramwaju jest jeszcze bliżej Wisły niż ten Nadwiślana, ale za to nie można do niego dojechać tramwajem.

W każdym razie, widok na Wawel jest ze stadionu Nadwiślana idealny. Obiekt spasowałby Maciejowi Skorży albo Pepowi Guardioli, bo jest z czterech stron tak otoczony płotami, barierami i czym tam jeszcze, że odgłosy boiska się tylko słyszy, a nie widzi. Idealne miejsce do przeprowadzania zamkniętych treningów. Na stadion wiedzie tylko jedno, wąziutkie wejście, z jednej strony. Oczywiście, stojąc tuż koło niego, mając do losowego wyboru drogi w prawo i w lewo, wybieram tę błędną, co wiąże się z koniecznością okrążenia całego stadionu przez pół Krakowa. Ale warto było, bo w końcu dostałem się na pierwszy stadion, na którym zobaczyłem dwie trybuny, ustawione… jedna za drugą. Pierwsza trybuna, wąski pas zieleni, na którym rozgrzewają się zawodnicy, druga trybuna i dopiero boisko.

Boisko stadionu im. Braci Kotlarczyków, czyli przedwojennych znakomitych graczy Wisły, ma sztuczną murawę, więc zimą jest oblegane przez nawet trochę lepsze zespoły niż A-klasowy Nadwiślan i rezerwy Kmity. Ale nic tym zespołom nie ujmuję. Nadwiślan jest liderem. Kmita przyjechał na pożarcie, stąd też użyteczna wskazówka taktyczna przed meczem: – Strzelamy z wszystkiego, co się da. Patrzę na koksa w ataku, Kmity, potem na dzwon Zygmunta. Dokopałby? Chyba by dokopał.

Po Nadwiślanie widać, że lider. Drużyna wyrośnięta ponad miarę. Nakoksowany łysy bramkarz. Przed nim dwaj nakoksowani łysi stoperzy. A przed nimi nakoksowany łysy defensywny pomocnik. Mając taki łysy kręgosłup można wygrywać ligę. Poza tym, Nadwiślan ma tę pewność charakteryzującą lidera. Stara się grać piłką. Jest o trzy klasy lepszy, ale haniebnie pudłuje. W końcu strzela gola ewidentną ręką. Strzelec się jednak nie przyznaje, w końcu z fair play to do B klasy, w klasie A gra toczy się już o za wysoką stawkę, sędzia nie zauważa. Bębny hamulcowe graczy Kmity ledwo powstrzymują ich od dania w zęby arbitrowi.

Taktyka “strzelamy z wszystkiego, co się da”, przynosi jednak efekt. Nadwiślan ostrzeliwał bramkę Kmity, a Kmita z jedynej sytuacji wyrównał. Trener lidera o mało nie eksplodował, kibic koło mnie nacierał tłuste cielsko wodą ze spryskiwacza (w jakim wieku przychodzi ten moment, że już bez żadnego zażenowania nacieramy tłuste, gołe cielska w miejscu publicznym, ktoś wie?), a Kmita powoli siadał. Wyszedłem w przerwie na obiad, spóźniłem się parę minut i już dwa gole przegapiłem. Wynik 7:2 dobrze oddaje różnicę klas. Obejrzałem tego dnia jeszcze Bayern Monachium i Borussię Dortmund, ale żaden z tych klubów nie zagrał w ofensywie z takim rozmachem jak Nadwiślan Kraków.

Wracałem w tłumie turystów wgapiających się w Smoka ziejącego sztucznym ogniem. Hej, ludzie, nie wiecie co tracicie.

Ciekawy, “nadgryziony przez ząb czasu” herb Nadwiślana. To nie ubytki w metalu, on naprawdę ma taki kształt.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: