Zwiedzam Kraków, odcinek 21: Bronowianka

Senny mecz w Jaworznie powoli się kończył. Można było lekko odpłynąć myślami do zbliżającej się, pierwszej od niepamiętnych czasów, absolutnie wolnej soboty. Wisła, Cracovia, Podbeskidzie i reprezentacja Polski zagrały w piątek, Niemcy w czwartek, Bundesliga pauzuje, Garbarnia dopiero w niedzielę. To była błoga myśl, z której wyrwał mnie głos kolegi obok: „A to zwiedzanie Krakowa już odpuściłeś? W tym roku jeszcze chyba nie byłeś”. Wstyd mnie obleciał. To była prawda. Zakończyłem miniony rok wizytą na Bratniaku Kraków, nastała bardzo długa przerwa zimowa, podczas której zanim się zorientowałem, że boiska już odtajały, skończył się sezon. Przerwa zrobiła się tak długa, że przed obecną przerwą na kadrę nawet nie przyszło mi do głowy, ile klubów w tę wolną sobotę można by zobaczyć. „Byłeś na Bronowiance? Idź. To poważny klub” – zasugerował drugi kolega. Trochę zajęło mi skojarzenie, czy byłem na Bronowiance czy na Bronowickim KS-ie (taka pomyłka – grzech śmiertelny), ale wyszło, że na Bronowiance nie byłem. A że i termin idealnie spasował, mogłem sprawdzić powagę Bronowianki.

Uwaga logistyczna, powtarzająca się w trakcie większości odcinków „Zwiedzam Kraków”. Za najpełniejsze zwiedzanie uznaję to, na które podróż odbywa się na rowerze. Podjechać samochodem pod stadion to żadna frajda. Wiele się w ten sposób traci. Jazda na rowerze w obce części miasta utrudnia jednak wspomaganie się nawigacją, więc podróż wymaga wcześniejszego zaplanowania, spojrzenia na mapę i zapamiętania, którędy jechać. Po Bronowiance nie spodziewałem się problemów. Bronowice nie są dzielnicą, w której bym nie bywał, więc rzuciłem okiem na mapę, stwierdziłem: „wystarczy dojechać tu i tu, a potem już znajdę”. Nie ma większego błędu. Na większość krakowskich boisk nie da się trafić przypadkiem. Wyrastają zupełnie niespodziewanie. Zza drzew, spomiędzy bloków, wciśnięte między garaże. schowane tak, że gdy już się na nie patrzy, człowiek nie może uwierzyć, że tu, tuż obok miejsca, którędy przejeżdżał dziesiątki razy, leży stadion. Jadąc na Bronowiankę, też oczywiście w którymś momencie musiałem stanąć bezradnie i wspomóc się technologią. Okazało się, że stadion był pięćset metrów ode mnie. Wystarczyło tylko skręcić w ślepą uliczkę, potem w następną ślepą i w następną i już było się na miejscu. Kto by nie wpadł na to, by skręcić w trzy ślepe uliczki z rzędu?

Okolice stadionu Bronowianki od razu budzą skojarzenia z okolicami obiektu Craven Cottage w Londynie, na którym gra Fulham. Niby duże miasto, niby wokół pełno ludzi i samochodów, ale akurat w tym miejscu cisza. Małe domki jednorodzinne, niska zabudowa, gość koszący trawę. Ciszę przerywa tylko od czasu do czasu groźny okrzyk „Pany, kur…!”. To sygnał, że mecz ligowy w okręgówce rozgrywa Bronowianka. Podejmuje tym razem TS Węgrzce.

Nie zajmuje mi wiele czasu zorientowanie się, że kolega mówił prawdę. Bronowianka to poważny klub. Raz, że zawodnicy krzyczą do siebie „Pany!” (w moich rodzinnych stronach krzyczą „Chłopy!”). Dwa, że Bronowiankę okazuje się prowadzić trener Czesław Palik, znany trener ligowy, który kiedyś wprowadził do ekstraklasy KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Obroną dowodzi z kolei Łukasz Kubik, 40-letni niegdyś środkowy pomocnik, a dziś stoper, który miał o tyle nietypową karierę, że nigdy nie zagrał w ekstraklasie polskiej, ale za to ma ponad osiemdziesiąt meczów w silniejszej ekstraklasie belgijskiej, w barwach Harelbeke, Mechelen i Mouscron. Dziś wykonuje auty bramkowe, co jest charakterystyczną cechą niższych lig – bardzo rzadko się zdarza, by z piątki wykopywali bramkarze, zwykle robią to stoperzy.

By dostrzec powagę Bronowianki nie trzeba jednak znać nazwiska trenera i kojarzyć sylwetki stopera. Wystarczy pierwszy rzut oka. Stadion założonego w 1935 roku klubu zdecydowanie nie wygląda na okręgówkę. Dość duża trybuna z plastikowymi krzesełkami, będąca w stanie pomieścić kilkaset osób, w części nawet kryta. Tablica świetlna (działająca, co nie jest wcale oczywiste). Obok boisko treningowe ze sztuczną trawą. A przede wszystkim trybuna VIP – taras z widokiem na murawę, ze stolikami zakrytymi parasolami, obsługiwanymi przez kelnerów ze stadionowej restauracji. Tak komfortowych warunków do oglądania meczu ligi okręgowej jeszcze nie widziałem.

Jest wreszcie odtwarzany przed pierwszym gwizdkiem klubowy hymn ze słowami „Idzie w całą Polskę, ta wiadomość prosta, nasza Bronowianka wszystkim zawsze sprosta”. Jak na klub z tego poziomu rozgrywkowego, Bronowianka sprawia pierwsze wrażenie, jakby niczego jej nie brakowało.

Tak kolorowo jednak nie jest, bo absolutnie najważniejszą działalnością klubu, pochłaniającą większość pieniędzy, jest sekcja tenisa stołowego. Nie słyszałem nigdy wcześniej o klubie, w którym piłkarze byliby przyćmieni przez pingpongistów i pingpongistki, ale w Bronowiance tak jest, bo kobiety występują w ekstraklasie. Piłkarze nie są więc okrętem flagowym tego klubu. Wyposażony w taką wiedzę, widząc, że jest już sześć minut po planowanym rozpoczęciu meczu, a nikogo dalej nie ma na boisku, pomyślałem, że zawodnicy strajkują. To zboczenie z czasów dzieciństwa, gdy mecze Podbeskidzia czasem się z tego powodu opóźniały o kilkanaście minut. Tu jednak zawodnicy w końcu pojawili się na murawie. Dobrze, że ten mecz nie był transmitowany przez telewizję, bo organizatorzy naraziliby się na spore kary.

Spotkanie, jak to w okręgówce, nie zawiodło. Sześć goli, jeden ładniejszy od drugiego, każdy faul grożący powszechnym mordobiciem, zdecydowane komendy w stylu: „nie dublujcie się we dwójkę!” i wszechobecna fantazja. Widząc napastnika gości, który kilkakrotnie próbował strzałów z połowy boiska, doszedłem do wniosku, że może największą różnicą pomiędzy piłkarzami zawodowymi i amatorskimi jest umiejętność powstrzymania fantazji. Chyba każdy z nas, grając w piłkę, oddawał czasem strzał, mając w głowie widok piłki lecącej idealnie w okienko. Niemal nigdy rzeczywistość nie pokrywała się z tą wizją i prawie zawsze kończyło się to koniecznością przepraszania partnerów za zbyt samolubną grę. Zawodowcy, choć przecież umiejętności mają większe i mieliby większe szanse od amatora, by przelobować bramkarza z połowy boiska, niemal nigdy tego nie próbują, bo wiedzą, że myśl o strzale trzeba powstrzymać, nie można się jej poddać, trzeba podać do lepiej ustawionego kolegi. W okręgówce ten mechanizm nie jest wykształcony. Te przemyślenia naszły mnie po pierwszej, bardzo nieudanej próbie, tego napastnika. Po czwartej piłka minęła już bramkę bardzo nieznacznie. Zrozumiałem, że kiedyś w końcu trafi i jego gol zostanie hitem internetu. To przewaga lig amatorskich nad zawodowymi – raz za czas trafia się w nich bramka, która nie ma prawa się wydarzyć. Dobrze, że w okręgówce nikt nie powstrzymuje fantazji.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: