Zwiedzam Kraków, odcinek 11. KS Tyniec

“W Tyńcu, w gospodzie “Pod Lutym Turem” należącej do opactwa”. Tymi słowami rozpoczyna się największa gimnazjalna tortura (wbrew obiegowej opinii, całkiem przyjemna). Zza tynieckiego wzgórza wyskakuje krzyżak Kuno von Lichtenstein, Zbyszko spuszcza mu łupnia, zawiązuje się akcja. Nawet po wielu latach czuć klimat tamtych wydarzeń. Opactwo w niedzielne popołudnie tętni życiem. Ulica pod Lutym Turem nie pozwala zapomnieć. Zmieściła się nawet ulica Juranda ze Spychowa, co jest chyba dość swobodną wariacją krakowskich władz na temat Sienkiewicza, bo o ile mi wiadomo, z lektury nie wynika, by Jurand kiedykolwiek zapędził się aż tak daleko na południe. Przy tej ulicy stoi boisko Klubu Sportowego Tyniec. Jest też wzgórze, być może właśnie zza niego wyłaniał się komtur, a Strzelcy Kraków spuszczają pod nim łupnia gospodarzom. Zawiązuje się przy tym akcja za akcją. Wszystko się zgadza.

Gdyby was zrzucić helikopterem na stadion B-klasowego KS-u Tyniec, za żadne krzyżackie skarby nie powiedzielibyście, że wylądowaliście w Krakowie. Wzgórze, skały, natura, las wpychający się w boisko zrzucanymi na nie intensywnie liśćmi, smog nieodczuwalny. Żeby się zorientować, musielibyście zejść ze wzgórza i przeczytać napisy na ławkach rezerwowych. One mogły powstać tylko w Krakowie.

Okoliczności przyrody, to – obok radośnie uprawiających miłość psów przy drodze na Tyniec – pierwsze zaskoczenie jedenastego odcinka Zwiedzam Kraków. Drugie zaskoczenie to wiszący na stadionie pożółkły transparent “Uwolnić Maćka”. Jest tak pożółkły, że powiesili go chyba jeszcze zanim Macieja Dobrowolskiego w ogóle aresztowano. Przez chwilę zastanawiam się czy mówić miejscowym, że Dobrowolski już wypuszczony, pewnie by się ucieszyli. Ale złośliwie milczę.

Takiej okazji, jak wzgórze, z którego można oglądać mecz, nie mogę odpuścić. Zazwyczaj na boiskach Serie B mecze ogląda się z perspektywy murawy, bo trybun żadnych. Tu wzgórze stanowi naturalną trybunę, stromą jak na Allianz Arenie. Ogląda się fantastycznie, doskonale widać jakże uwielbiany ósmoligowy chaos. Zaskoczenie kolejne przeżywam wdrapawszy się na wzgórze. Widziałem już nie raz ludzi oglądających mecze niższych lig z samochodów, ale z quadów to jeszcze nigdy. Przyjechać na quadach, by pooglądać KS Tyniec ze Strzelcami Kraków? Doskonały pomysł.

Wspinam się i widzę doskonałość ogrodzenia obiektu KS Tyniec. Przejście dla kibiców bez biletu, ale szczupłych. To najwęższe wejście na stadion, jakie widziałem, od czasu wizyty na londyńskim Craven Cottage.

Siedzę więc na wzgórzu i podziwiam znakomity start Strzelców (3:0 jeszcze w pierwszej połowie). Nazwa drużyny gości bardzo adekwatna do umiejętności strzeleckich. Tyniec wygląda jak Sienkiewiczowski Zbyszko wypuszczony do walki z rywalami mającymi broń palną. Niemrawo. Na pochwałę zasługuje tylko tyniecki bramkarz. Zaskoczenie, bo zazwyczaj bramkarze w niższych ligach są przyklejeni do linii, a ci, którzy próbują naśladować Neuera, wychodzą na błaznów. Tyniecki bramkarz stoi na linii pola karnego, gra jak prawdziwy libero, przez cały mecz odważnie interweniuje za polem karnym i ratuje gospodarzy przed jeszcze większym pogromem. Na górę, dolatuje do mnie, zaintonowane gdzieś z dołu: “Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasz Przemysław gra. Aeao, Przemysław gol!”. To chyba dla któregoś z miejscowych piłkarzy.

Wtem koło mnie, w trawie, poruszenie. Widzę, że oprócz mnie i quadowców ktoś jeszcze ogląda mecz ze wzgórza. Wąs szeroki, siwy, zakrywający pół twarzy. Twarz zarośnięta, zasłużona, pokiereszowana. Siedzi na skale i łupie orzechy włoskie ze zręcznością Jagienki (choć używając do tego nie tak wdzięcznych sposobów). Byłbyż to ten Jurand? Tak sobie go zawsze wyobrażałem. Wyglądał, jakby przyszedł z pobliskiego lasu pojeść orzechy i popatrzeć na mecz.

Domniemany Jurand.

Było na co patrzeć, bo mecz obfitował w gole (osiem, sześć dla Strzelców), czerwone kartki (dwie, dwie dla Tyńca). Po jednej z nich nie wytrzymała grupka miejscowych , intonując: “Sędzia, weź sznur i powieś się, a od Tyńca odpier… się”. Imponujące, jak twórczo może wpływać złość na arbitra.

I tylko Jurand nie mógł na tę rzeź Tyńca patrzeć. W pewnym momencie, nie złapałem dobrze w którym, zniknął w lesie, nasuwając skojarzenia z Leszkiem Chmielewskim, który też zawsze odjeżdża absolutnie znienacka.

Efektowny, zamaskowany piłkochwyt.

Maszyna rolnicza z czasów schyłkowego średniowiecza.

Podziel się wpisem: