Zwiedzam Kraków, odcinek 10 – KS Borek

Też czasem tak macie, że jest wrzesień, budzicie się wcześnie rano, ale za oknem ciemno jak w nocy, jest wam zimno, deszcz prawie wlewa się do pokoju, przecieracie oczy i myślicie: “Aaale bym zobaczył KS Borek z Nadwiślanem!”, szukacie boiska, stoicie dwie godziny pod drzewem, pod parasolem, owinięci wszystkim deszczochronnym jak burką, emocjonujecie się bezbramkowymi derbami i zadowoleni wracacie? Bo ja tak mam. Czasem się zastanawiam czy wszystko ze mną w porządku, ale podobno póki się zastanawiam, to w porządku.

Stojąc pod tym drzewem, zastanawiałem się, co kierowało tymi czternastoma osobami, które stały jak ja. Bo ja to przynajmniej mam misję. Ona mnie pcha na KS Borek, bo przecież Kraków się sam nie zwiedzi, nie każdą sobotę spędza się w Krakowie, nie w każdą sobotę spędzaną w Krakowie KS Borek gra u siebie, a już zwłaszcza nie o 11:00, a tym bardziej nie z Nadwiślanem Kraków, który zrobił na mnie fantastyczne wrażenie w zeszłym sezonie. Ja więc mogłem mieć poczucie, że to jedyna i niepowtarzalna okazja do napisania dziesiątego odcinka cyklu. Co kieruje tymi, którzy żadnego cyklu nie piszą?

Chyba więzy rodzinne. Tak sądzę, gdy słyszę, jak gość koło mnie w przerwie podchodzi do jednego zawodników na odległość dziesięciu metrów i pieszczotliwie wrzeszczy: “Kuba, masz na szesnastce, to je…j, bo ten lewy obrońca jest słaby jak drewniak”. Cenna wskazówka. Cennych wskazówek leci zresztą w każdej sekundzie co niemiara. “Kur…, uderzże chłopie. [Chłop uderza]. Ale nie tak!. O kur…! O ja pier…! O Jezusie Nazarejski”.

Atmosfera ogólnie jest napięta. W końcu derby. KS Borek, klub z tradycjami, powstały w 1928 roku. W latach 70. grał nawet na trzecim poziomie rozgrywkowym (wychłostałbym tego, który sprawił, że nie można napisać normalnie: w III lidze, bo ktoś pomyśli, że to czwarta). Gdy rozpoczynałem cykl “Zwiedzam Kraków”, był jeszcze jednym z najmocniejszych klubów w mieście, grał w IV lidze. Teraz to już tylko okręgówka, ale obiekty nadal na zdecydowanie wyższym poziomie. Boisko pod balonem, boisko do siatkówki, koszykówki. Murowany budynek klubowy.

Ale ponoć nie zawsze był taki dobrobyt:

Nadwiślan w zeszłym sezonie rozniósł A klasę. Był bodaj najlepiej rozgrywającą akcje drużyną, jaką widziałem na tak niskim poziomie. Zbudowany wokół osi łysy bramkarz-łysy potężny stoper – łysy defensywny pomocnik, siał postrach wśród rywali. I tak zostało. Jako beniaminek radzi sobie świetnie, jest w czołówce. Do Borku Fałęckiego przyjeżdżał jako faworyt, bo gospodarze notowali fatalną serię. W trzech meczach u siebie nie zdobyli jeszcze żadnej bramki. Nic dziwnego, że zarówno na trybunach, jak i na boisku było gorąco. Gracze Nadwiślana uwzięli się na sędziego liniowego – najpierw tradycyjne “kurwapaniesędziojakispalony?!” – a później wyjątkowo uprzejmie, troskliwie wręcz: “A sędzia coś tam widzi, na tej linii?”.

W Borku nawet pojemniki na odpady są tematyczne.

Trener gospodarzy z kolei prawdziwy Michał Probierz. Presja na arbitrze liniowym? Głównym? Kwalifikatorze (ten gość pod parasolem niedaleko mnie, ale nie ten krzyczący do Kuby, tylko inny)? Bułka z masłem. W pewnym momencie szczerze myślałem, że sędzia wyrzuci trenera na trybuny, postanowiłem w razie takiej ewentualności oddać mu swój parasol, bo nie miał. Konikiem trenera był źle stosowany przez sędziego przywilej korzyści. Niższe ligi nienawidzą i nie rozumieją przywileju korzyści. Kopnął to faul. Faul to wolny, czyli okazja do lagi w pole karne, czyli korzyść. Brak wolnego, czyli brak okazji do lagi w pole karne, to żadna korzyść, taką korzyść, to niech sobie pan, panie sędzio, w d… wsadzi.

Arbitrzy nie rozumieją też niestety wyrafinowania taktycznego. Rzut rożny dla Borku. Zawodnik ustawia się do jego wykonania. Trener wrzeszczy, że ma wykonać kto inny. Kto inny biegnie więc przez pół boiska. Sędzia pokazuje, że na gwizdek.

“Ale jak na gwizdek!!! Panie sędzio, on dotknął, gra jest wznowiona, a pan przerywa! Panie kwalifikatorze, widział pan to?! To jest skandal! My tu trenujemy, a później sędzia nie zauważa, że on dotknął i my już mogliśmy zacząć”

Zdumienie i konsternacja. Manewr taktyczny z dotknięciem piłki przy rzucie rożnym przez jednego zawodnika i podbiegnięciu drugiego był tak zawoalowany, że oprócz trenera nie było w Krakowie ani jednej osoby, która by się zorientowała.

Z każdą minutą nerwy narastają. W samej końcówce jeden z gospodarzy marnuje sytuację sam na sam. Na stadionie wrze jak w ulu.  Niektórzy, gdyby umieli liczyć, liczyliby już minuty bez strzelonego gola. Ale nic się nie zmienia. Kolejne, rozczarowujące 0:0.

Na pocieszenie trzeba dodać, że KS Borek wyłamał się z krakowskiej tradycji wprowadzania nazwą w błąd. Przypomnę: Wisła nie jest nad Wisłą. Nadwiślan jest nad Wisłą, ale bardziej pod Wawelem. Wawel z kolei nie jest pod Wawelem. Najbardziej nad Wisłą jest Tramwaj, na który nie można dojechać tramwajem. Ale za to KS Borek naprawdę jest w Borku.

P.S. Ale tak naprawdę najważniejsza informacja, na którą wszyscy czekają to ta, że po obiektach KS Borek kręcą się koty, którym można zrobić zdjęcia i nabić sobie niewyobrażalne ilości wyświetleń.

Podziel się wpisem: