Zagłębie Ruhry. 90-minutowy raj

 Mieszkając przez pół roku w Niemczech, zjeździłem kraj wzdłuż i wszerz. Gdy tylko zaczynał się weekend, opuszczałem mieszkanie i do poniedziałku wieczorem tułałem się, gdzie tylko się dało. Pod jednym warunkiem: z dala od Zagłębia Ruhry. Wiedziałem, że wjechanie tam, skończy się tragicznie – przepadnę na kilka miesięcy, zawalę studia i pracę, wydam wszystkie pieniądze i wyląduję na bruku. Postanowienia się trzymałem, choć parokrotnie znajdowałem się już niebezpiecznie blisko, a raz nawet siedziałem w autobusie do Kolonii. Zdążyłem wysiąść.

Wiedziałem jednak, że kiedyś pojadę tam specjalnie, na dłużej, żeby wszystko dokładnie zobaczyć. Polowałem rok na tydzień, w którym mógłbym codziennie być na meczu. Prawie się udało. W ciągu siedmiu dni, byłem na sześciu. Chłonąłem atmosferę miast i regionu. Zobaczyłem Gelsenkirchen, Bochum, Düsseldorf, Kolonię, Leverkusen i Dortmund. Powinienem wrócić zaspokojony. Tymczasem dopiero teraz widzę, jak bardzo miałem rację nie pakując się wcześniej w Nadrenię-Północną Westfalię. Dopiero po tygodniu spędzonym tam widzę, jak niewiele widziałem.

Mimo bardzo intensywnego programu, wciąż nie wiem, jaka jest atmosfera na stadionie 1. FC Köln. Nie wiem, jak radzi sobie MSV Duisburg. Nie widziałem Arminii Bielefeld ani SC Paderborn. Nie zobaczyłem Essen, które miało się, jak Bilbao, podnosić przez kulturę, a podobno nie za bardzo to wyszło. No i – oczywiście przy okazji – nie byłem na stadionie tamtejszego Rot-Weiss. A w Kolonii jest przecież jeszcze Fortuna, też klub z tradycjami. No i wypadałoby jeszcze zobaczyć, gdzie dziś jest dawny bundesligowiec Wattenscheid. Wejść do klubowego muzeum Borussii Dortmund (ponoć świetne) i Schalke. Pojechać do Akwizgranu, jednego z najładniejszych ponoć miast regionu i zobaczyć Alemannię. No i do pięknego Monastyru, rzucając też okiem na stadion Preussen. Nie byłem też w Neandertalu i nie widziałem przełomu Renu. Czuję się, jakbym praktycznie niczego nie widział, choć przecież trochę widziałem.

Zobaczyłem, że wrażenie, jakoby wszystkie miasta Nadrenii-Północnej Westfalii były tuż koło siebie i wpadały jedno w drugie, jest mylne. Wbrew pozorom, trzeba się trochę najeździć, by wszystko zobaczyć. Runął też  w mojej głowie mit pięknego Zagłębia Ruhry. Wyobrażałem sobie, że te industrialne klimaty będą mi odpowiadać, bo lubię. Ale nie każda dzielnica przemysłowego miasta to Nikiszowiec. Większość z tych miast jest po prostu brzydkie i nie ma na czym oka zawiesić. Zdecydowanie lepiej czułem się w pięknej Bawarii. Ale mimo to do Nadrenii chciałbym jeszcze wrócić. Dla zakochanych w niemieckim futbolu, to raj na ziemi. Nawet jeśli tylko przez 90 minut w ciągu dnia.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: