Wszystkie polskie mundialowe niedosyty

Mundial jest raz na cztery lata, a my go tak spieprzyliśmy – wyrwało się w 2006 roku Arturowi Borucowi. Są zdania, które niby wyrażają coś oczywistego, a i tak otwierają oczy. To jedno z takich zdań. Miałem czternaście lat i poczułem całą trudność mistrzostw świata: cztery lata czekania na te kilka dni fazy grupowej, na te dwa mecze, które, jeśli się zawali, będzie szansa odrobić najwcześniej dopiero za cztery lata. Okrucieństwo zawodowego sportu. Specyfika igrzysk olimpijskich, do których można się przygotowywać całe życie, by później spalić o milimetry skok w dal i zaprzepaścić szansę. Przed rosyjskim mundialem ukazała się książka „Mistrzowskie rozmowy” Nikodema Chinowskiego, której autor spotkał się z polskimi uczestnikami wszystkich mundiali, na których występowała Polska (do mistrzostw świata w 1938 roku zaprosił Damiana Bednarza, specjalistę od historii futbolu, do mistrzostw świata w 1990 roku sędziego Michała Listkiewicza). Wszystkie rozmowy toczą się w klimacie słów Boruca: dlaczego i tym razem nie wyszło?

Wszystkie polskie mundiale, które widziałem na własne oczy, wyglądały tak samo. Korea, Niemcy, Rosja. Ta sama historia. Te same rozmowy o „piłkarzach do zupy”, „złym przygotowaniu fizycznym” i „przegranej w głowach”. Jednak książka Chinowskiego udowadnia, że nie tylko te mundiale były nieudane. Poczucie niedosytu towarzyszy wszystkim. Nawet tym, którzy grali w 1974 i 1982 roku. Polski mundial to zawsze niedosyt.

Wielką zaletą tej pięknie wydanej, graficznie przypominającej dziełka Wydawnictwa Kopalnia, książce, jest fakt, że w każdej rozmowie jest przynajmniej jedno zdanie otwierające oczy. Nie potrafiłem uchwycić klucza, jaki obrał Chinowski przy dobieraniu rozmówców. Są piłkarze do dziś często obecni w mediach (Dariusz Dziekanowski, Piotr Świerczewski) i tacy, których praktycznie nikt nie pyta o zdanie (Andrzej Pałasz, Paweł Sibik). Jest kierownik drużyny (Krzysztof Rola-Wawrzecki) i asystent trenera (Andrzej Strejlau). Klucz jest jeden: ma być ciekawie. Wielką zaletą tej książki jest czasowy dystans, jakiego nabrali do przegranych mundiali jego uczestnicy. Jest on niezbędny, bo – jak słusznie zwraca uwagę Jacek Bąk – w momencie, gdy schodzisz z boiska jako przegrany, nie wiesz jeszcze, czy nie trafiłeś akurat na cudowne pokolenie Koreańczyków czy Ekwadorczyków, którzy właśnie zaczynają marsz w górę. Dopiero po latach możesz wiedzieć, że przegrałeś głównie przez własne błędy.

Są w książce ciekawostki. Nie wiedziałem na przykład, że w eliminacjach do mundialu w 1938 roku Egipt i Palestyna rywalizowały w strefie europejskiej, albo że Kuba czy Indie Holenderskie awansowały do turnieju, bo wszyscy ich rywale się wycofali. Ale najbardziej fascynujący był powszechny niedosyt po każdym turnieju.

W 1938 roku niedosyt towarzyszył porażce 5:6 z Brazylią. Dotknął nawet Ernesta Wilimowskiego, który strzelił w tamtym spotkaniu cztery gole. Bednarz zaznacza: „Zagraniczna prasa chwaliła Polaków i Wilimowskiego, natomiast nasi dziennikarze twierdzili, że Ezi wcale nie zanotował dobrego meczu. Wrzucasz cztery gole Brazylii na mistrzostwach świata, a tu piszą ci w gazetach, że grywałeś już lepsze mecze. To tylko pokazuje, jak wiele od niego oczekiwano”.

Na kolejny mundial Polacy czekali trzydzieści sześć lat, co pokazuje pewną nieścisłość w cytacie Boruca. Mundial jest raz na cztery lata tylko wtedy, gdy dobrze pójdzie. Polska jeździ na mundiale średnio raz na jedenaście lat, co pokazuje, jak bardzo boli, gdy akurat wtedy jest się nieprzygotowanym. I co każe podejrzewać jak bardzo członkowie kadry Adama Nawałki będą po latach żałować, że tak zmarnowali szansę w Rosji. Być może wielu z nich tylko jedno takie lato będzie miało w życiu.

W 1974 roku teoretycznie nikt nie powinien mieć powodów do niezadowolenia. Zawodnicy Kazimierza Górskiego odnieśli niebotyczny sukces, którego nikt się po nich nie spodziewał, a cień tamtej drużyny do dziś przykrywa wszystkie polskie reprezentacje. Ale nawet oni mogli osiągnąć więcej. Z mlekiem matki każdy Polak wysysa informację, że Polska przegrała z Niemcami przez oberwanie chmury nad frankfurckim stadionem. Jerzy Gorgoń rzuca na to inne światło. „W tamtym meczu, z Niemcami, w podświadomości już czuliśmy samozadowolenie. Przegramy? Trudno, będzie jeszcze jeden mecz, o trzecie miejsce. Wcześniej takiego myślenia nie było, wcześniej chcieliśmy pokonać każdego rywala. A tu, przy okazji tego meczu, pierwszy raz pojawiło się takie dziwne rozprężenie. Gdy strzelili nam bramkę, poczuliśmy, że finał nam ucieka. Musielibyśmy wtedy strzelić jeszcze dwie, a wiedzieliśmy, że to dla nas za dużo. Nie zagraliśmy aż z takim zębem. Mam poczucie, że przeszliśmy trochę obok. (…) Wtedy wydawało mi się, że grałem na maksa. Ale tak nie było… Dopiero potem, gdy z perspektywy czasu spojrzałem na siebie i ten mecz, to już wiedziałem, że w głowie nie grałem na takiego maksa jak we wcześniejszych meczach. Wkradło się to rozprężenie i samozadowolenie”.

Reprezentacja z 1978 roku uchodzi za najsilniejszy personalnie zespół w polskiej historii, dlatego piąte miejsce zostało uznane za porażkę, z której do dziś musi się tłumaczyć trener Jacek Gmoch. „Mieliśmy poczucie rozczarowania i żalu” – przyznaje Henryk Kasperczak. Winy szuka jednak u siebie. „U nas zawsze, jeśli nie wyjdzie, kozłem ofiarnym staje się trener. Tymczasem to my, aktorzy meczu, mamy grać tak, żeby było dobrze. Trener dawał nam wskazówki, przedstawiał koncepcję na grę, ale potem decydowało jedno złe podanie, jedno złe przyjęcie, słabsza forma dnia albo taki karny Deyny. Jaki wpływ miał na to trener Gmoch? Zawsze będę bronił funkcji trenera i powtórzę: trener Gmoch chciał jak najlepiej, miał swoją wizję, ona się nie powiodła, ale nie wolno rozliczać po czasie i wskazywać, kto jest bardziej winien, a kto mniej” – dodaje Kasperczak. Z mundialu w Argentynie znów Polacy wrócili jednak niezadowoleni. Wart przytoczenia jest jeszcze jeden cytat, odkrywczy: „Gdy wypadł Lubański, to opuścił Wembley, opuścił RFN i wrócił dopiero do Argentyny. A to była błaha kontuzja – dziś łękotkę się robi w tydzień”.

1982 rok to teoretycznie sukces. Ale – podobnie jak na turnieju osiem lat wcześniej – zawodnicy mają poczucie niedosytu. Andrzej Pałasz uważa, że nie był mentalnie przygotowany do gry w półfinale. „Młody chłopak, jeszcze niedorosły, nagle ma na swojej głowie oczekiwania i marzenia prawie czterdziestu milionów ludzi. Nie da się grać i nie myśleć o tym. Ja w tym półfinale z tą presją sobie nie poradziłem” – mówi. Najpiękniejsze zdanie pada jednak z jego ust na pytanie, czy sto dwanaście minut rozegranych na mundialu dały mu więcej niż rok treningów: „Te sto dwanaście minut można osiągnąć tylko przez lata treningów. To nie tak, że można się zmobilizować na ostatni rok czy dwa przed powołaniami. Gra w mistrzostwach zaczyna się od szkoły podstawowej, potem następuje szereg lat ciężkiej pracy, która być może pozwoli potem osiągnąć te sto dwanaście minut”.

Cztery lata później reprezentacja Polski ostatni raz wyszła z grupy. Uczestnicy tamtego mundialu nie potrafią mówić jednak o tym jako sukcesie. Dariusz Dziekanowski mówi o złym przygotowaniu fizycznym i podkreśla, że polscy zawodnicy wtedy nie wskoczyliby nawet na gazetę. Jeszcze bardziej dają jednak do myślenia relacje Kazimierza Przybysia o stosunkach panujących wtedy w drużynie. „To była szatnia z mocnymi charakterami. Była grupa wiodąca prym i była ta o małym stażu. Między nami był dystans. Poza treningami ja się z nimi prawie nie widywałem. To nie tak, że panowała zła atmosfera. My się po prostu za mało znaliśmy. Odczuwało się dystans. Relacje zawodowe. Mieliśmy wykonywać swoje obowiązki i tyle. Nikt chyba nie chciał tracić energii i czasu na integrację”.

Mundial w Korei i Japonii to pierwszy, w którym miałem okazję obserwować Polaków. Rozmowy z Marcinem Żewłakowem, Pawłem Sibikiem i Piotrem Świerczewskim rzucają nowe światło na niektóre sprawy. Wyjątkowo ponure wrażenie robi przede wszystkim rozmowa z Sibikiem (nie miałem pojęcia, że do siedemnastego (!) roku życia nie grał w żadnym (!) klubie). Pomocnik Odry Wodzisław sensacyjnie wskoczył wtedy do kadry w miejsce Tomasza Iwana, co miało rozbić zgraną paczkę w zespole. Sibik ze szczegółami opowiada, jak przyjęto go w zespole. Trening na zgrupowaniu w Niemczech przed mundialem: „Gram naprzeciwko Marka Koźmińskiego. Ja prawa pomoc, on lewa obrona. Dostaję piłkę, puszczam ją z jednej strony, a sam obiegam Marka z drugiej. A że miałem gaz, to mu uciekłem. Mijają dwie sekundy i Marek wjeżdża we mnie dwiema nogami. Całą siłą, bez pardonu w Achillesy. Ewidentnie na kontuzję. Tu nie ma mowy o przypadku czy błędzie – za długo jestem w piłce, by nie wiedzieć, jak się wchodzi po piłkę, a jak się wchodzi wślizgiem na nogi. Marek ewidentnie wchodził na kontuzję. To było przykre. Trening reprezentacji kraju, tuż przed wyjazdem na mistrzostwa i takie wejście w kolegę z zespołu. Na szczęście mam długie kości i włókna mięśniowe, więc wyszedłem z tego cały. Nie śmiałem czegokolwiek powiedzieć. Podniosłem się z murawy i wlepiłem wzrok w Marka… On nic. Spojrzałem na innych – wszyscy nagle odwróceni w inną stronę, a ci, którzy nie zdążyli, tylko spuścili głowy”.

Wreszcie w 2006 roku jednym z czynników, które zawiodły, było przygotowanie fizyczne, o co Jacek Bąk ma po czasie pretensje do kolegów. „Formę i kondycję budujesz w trakcie sezonu. Na kadrę stawiasz się już tylko po to, by finalnie przygotować się do tego najważniejszego występu. Jak ktoś dopiero tu chce budować formę, bo cały sezon przebimbał, to chyba się pomylił. To chore, jeśli ktoś przyjeżdża nieprzygotowany fizycznie na mistrzostwa świata, wiedząc pół roku wcześniej, że czeka go taki turniej życia. Przez eliminacje szliśmy jak burza, byliśmy w gazie, a potem coś siadło. Nie każdy utrzymał tę formę, którą miał przez eliminacje, i mówiąc delikatnie, jest to dla mnie niezrozumiałe” – mówił.

Złe przygotowanie fizyczne i mentalne, konflikty w grupie, złe wybory personalne trenerów. Mundial to z polskiej perspektywy wieczny niedosyt. Już w trakcie lektury książki Chinowskiego zastanawiałem się, jak o trwających mistrzostwach będą mówić za kilkanaście lat Kamil Glik, Łukasz Fabiański czy Karol Linetty. Wiem, że w podobnym tonie, co ich poprzednicy. Z niezadowoleniem, z niedosytem, z poczuciem zmarnowanej jedynej takiej szansy w życiu.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: