"Wembley, Wimbledon". Wszyscy jesteśmy panią Ryan

Zwykle nie czytam wstępów do książek. Nie lubię. Wolę, żeby autor sam wprowadził mnie w klimat. Nie potrzebuję dodatkowych wyjaśnień. Jednak tym razem mam podejrzenia, że wstęp może być najlepszy z całej książki. Nie dlatego, żebym niewiele spodziewał się po książce, ale dlatego, że wstęp pisał Michał Okoński z „Tygodnika Powszechnego”. I pewnie trochę przez to, początkowo „Wembley, Wimbledon” Wiktora Osiatyńskiego, wydany właśnie przez wydawnictwo Dowody na Istnienie, nie rzuca mnie na kolana. To, że autora kompletnie nie kojarzę ze sportem, jest akurat jego atutem, ale już do czytania reportażu z TAMTEGO meczu na Wembley podchodzę sceptycznie, bo cóż nowego mogę się jeszcze o nim dowiedzieć? Sceptycyzm narasta, gdy w środku reportażu napotykam kilkudziesięciostronnicowy wtręt na temat historii futbolu, począwszy od czasów rzymskich. Ze znużenia budzi mnie jedynie fragment o pierwszej odnotowanej śmiertelnej ofierze gry w piłkę, co miała miejsce w 1280 roku we wsi Ulgham w hrabstwie Northumberland, gdzie „Henry, syn Williama Ellingtona, w niedzielę Śwęitej Trójcy grał w piłkę z Davidem le Keu i wieloma innymi młodzieńcami; biegnąc naprzeciw Davidowi, przypadkowo został ranny nożem Davida, w wyniku czego zmarł w następny piątek”.

Lecz już się nauczyłem, że z książką jest często jak z meczem piłkarskim. Bardzo rzadko, z wiekiem i każdą następną przeczytaną książką coraz rzadziej, zdarza się, że wbija w fotel od pierwszej strony i trzyma w zachwycie przez wszystkie strony, aż do ostatniej. Tak jak rzadko dzieje się tak z meczami. Są różne fazy. To rozrywki dla cierpliwych. Piękno książki często tkwi w jednym zdaniu, piękno meczu w pojedynczym zagraniu. A Osiatyński, takich pięknych zdań, wplata w opisy sporo. Są smakowite ciekawostki („jeszcze w 1875 roku bilans gotówkowy federacji (angielskiej – przyp. MT) zamknął się nadwyżką w wysokości dwóch funtów siedemnastu szylingów i pięciu pensów). Albo cytat z majora Sudella, menedżera Preston, który w 1884 roku został wezwany do złożenia wyjaśnień, bo oskarżono jego klub, że płaci swoim graczom za grę w piłkę: „chcę stworzyć najsilniejszą drużynę w kraju. A nie ma na to innego sposobu, jak płacić graczom. Tak zresztą robi się dziś wszędzie”. To niezwykłe, że Niemcy tę samą dyskusję, na temat zawodostwa w futbolu, wściekle prowadzili dopiero w latach 60. XX wieku, czyli całe 75 lat później, gdy mieli już na koncie tytuł mistrzów świata.

Jednak to smaczki wynikające jedynie z dobrego researchu Osiatyńskiego. Lepsze są niektóre jego autorskie przemyślenia, brzmiące zadziwiająco aktualnie. O angielskim futbolu napisał: „Opinia Anglików o doskonałości i najwyższym poziomie ich piłkarstwa utrzymuje się niemal powszechnie i niezachwianie, mimo że zdaje się jej zaprzeczać prawie cała historia występów angielskiej jedenastki narodowej (…). W istocie bowiem historia międzynarodowych spotkań piłkarzy angielskich, a zwłaszcza ich występów w mistrzostwach świata, notuje większą liczbę porażek i niepowodzeń niż sukcesów. Każde jednak z tych niepowodzeń szybko ginęło w zapowiedziach przyszłych sukcesów oraz w optymizmie kibiców”. Pisane 44 lata temu, a brzmi jak ze Skarbu Kibica mundialu w Rosji 2018. Albo taki fragment o dostępie dziennikarzy do zawodników po meczu: „niby mecz piłkarski, a czuję się, jakbym szedł na audiencję do królowej”. Choć, po prawdzie, Osiatyński miał i tak daleko lepszy dostęp do sportowców, niż miałby dzisiaj. Numer domowy do selekcjonera angielskiej reprezentacji dostał dzwoniąc po prostu pod numer federacji, a pozostawiony na stadionie samopas przez kwadrans poszedł „myszkować po korytarzach, pokojach i biurach, bo a nuż kogoś ciekawego spotkam?”. Niektóre sposoby omijania stadionowych zasieków, opisywane przez Osiatyńskiego, byłyby dla dziennikarzy użyteczne także dziś. Np. ten: „idę tą samą drogą w przeciwnym kierunku i kombinuję: gość, który mnie prowadził do pana Jonesa, musi tu być znany. Skoro z nim szedłem i teraz sam wrócę, mogę się wydawać kompetentny. Idę pewnie, teraz ja się kłaniam tym samym działaczom i porządkowym, z którymi witał się mój przewodnik, tak jakbyśmy byli starymi znajomymi”. Są też słuszne i aktualne spostrzeżenia na temat dziennikarzy, którzy: „ubarwiają, ukwiecają, nie myślą o tym, co jest, tylko o tym, co być powinno, żeby korespondencja była atrakcyjniejsza, a życie ciekawsze”.

Inne obserwacje się zdezaktualizowały, ale i tak są ciekawe. Koledzy Osiatyńskiego po zwycięskim remisie cieszyli się, że „w samym Katowickiem sprzedadzą dwieście tysięcy (!) egzemplarzy „Piłki Nożnej”. Drastycznie zmieniły się nie tylko nakłady prasy, ale też ceny biletów: „blisko pół funta (45 pensów) kosztuje miejsce stojące (na White Hart Lane w Londynie – przyp. MT), choć na przykład w NRF pisuje się, że bilety na mecze piłkarskie w Anglii są bardzo tanie”. 45 pensów za mecz Tottenham – Arsenal! Z jednej strony reprezentacyjny futbol w Anglii przez pół wieku ani drgnął, z drugiej klubowy jest dziś lata świetlne oddalony od gry ludu, którą był w 1973 roku. Kompletnie zaskakujące jest też, że dzień po meczu pod domem Normana Huntera, obrońcy reprezentacji Anglii, zbierze się tłum dziennikarzy, a on wyjdzie do nich, by im powiedzieć, że zrobił błąd, bo nie wybił piłki na aut. Albo że pamiętny faul McFarlanda na Lacie wywołał takie oburzenie, że w „Sunday Times napisano: „Czyn ten raz na zawsze skompromitował nasz futbol. Ale z jeszcze większym przygnębieniem słuchałem tych menedżerów i działaczy piłkarskich, którzy mówili, że McFarland musiał to zrobić”. To smutne, uświadomić sobie, że dziś nikt by już na to nie zwrócił na to uwagi. Tzw. faule taktyczne nikogo nie oburzają, a wręcz ich od piłkarzy wymagają trenerzy, dziennikarze, kibice.

Są u Osiatyńskiego zdania, które naprawdę urzekają. Chyba żaden dziennikarz nie wyciągnąłby dziś z Martina Petersa, reprezentanta Anglii, że jako dziecko chciał zostać flisakiem. Chyba żaden nie wpadłby, żeby napisać, że w trakcie TEGO meczu na Wembley, w „Royal Court Theatre było tyle ludzi co zazwyczaj. W Royal Shakespeare – jak zwykle komplet. W kinach normalna frekwencja. Na ulicach ruch jak zwykle. Miasto żyło – nie zamarło”. Większość korespondentów dziś powiedziałaby, że „cała Anglia żyła meczem już od paru dni”. Osiatyński pokazuje, że owszem, duża część żyła, ale nie cała. Takie pisanie imponuje. Mało komu już dziś przeszkadza to, na co – słusznie – zwracał uwagę Osiatyński, jakie oczekiwania zrzuca się na barki piłkarzy: „musi on nie tylko dobrze kopać piłkę, ale też czuć się współodpowiedzialny za poważniejsze sprawy tego świata, często zabagnione przez innych ludzi, na których nie ma i nie może mieć żadnego wpływu” i – z tej samej beczki: „żądamy od nich, by dostarczali nam przeżyć, uniesień, zabawy, traktujmy więc też to ich zajęcie jak zabawę, z pewnym przymrużeniem oka, nie nakładając na nich zbyt wielkiej odpowiedzialności za losy kraju, regionu czy nasze własne”. No i piękne jest też przedmeczowe spostrzeżenie polskiego kibica sączącego whisky, że polscy piłkarze są słabiej przygotowani fizycznie, bo „piją wódkę, a wódka osłabia psychicznie i fizycznie”. Długo myślę, że jedyne, co mi przeszkadza w pisaniu Osiatyńskiego, to podejrzenie, że chyba w ogóle nie ma poczucia humoru. Ale potem napotykam na długi opis spiskowej teorii, jakoby druga połowa meczu na Wembley trwała dwie minuty krócej niż powinna, co pokazał stoper włączony przez jednego z dziennikarzy na trybunie prasowej, spuentowany przez Osiatyńskiego po mistrzowsku: „najprawdopodobniej jednak stoper źle chodził albo kolega się pomylił”.

Z reportażem z „Wimbledonu” jest podobnie. Przydługie opisy wymian sprzed czterdziestu lat, przeplatają się z podrywającymi z fotela konstatacjami. O włoskim kibicu napisze: „z pogardą rzuci na zajmowaną przez Włocha część kortu poduszkę, jaką za jedyne 25 pensów może sobie wypożyczyć każdy, kto zatroszczy się o to, by go podczas meczu przypadkiem nie rozbolała dupa”. Urocze, zwłaszcza w tak wykwintnym miejscu jak Wimbledon. Podoba mi się też, że Osiatyński potrafi w pewnym momencie, zupełnie zaskakująco, przyznać, że „nudzi go już trochę ten tenis”.

Chyba najlepszy moment książki to rozmowa Osiatyńskiego ze starzejącym się tenisistą Newcombem, który mówi: „strasznie lubię wygrywać. Ale to już coraz trudniej. Więc sobie wymyśliłem, że skoro trudno mi wygrywać całe mecze, to mogę się cieszyć, jak wygram jedną piłkę”. Albo dalej: „Jak zacząłem grać, to szybko doszedłem do wniosku, że każda piłka jest ważna. I zaraz do drugiego. Że tak naprawdę żadna z nich nie jest najważniejsza”. To mądrość z mojego ulubionego gatunku. Mądrość w stylu Wiesława Myśliwskiego i jego „a przyjdzie mokry rok na len? To przyjdzie mokry i na żyto, pszenicę, nie mówiąc o kartoflach. Bo mokry na wszystko jest mokry”.

Ale to byłoby z mojej strony pójście na łatwiznę, bo ten fragment, jako najlepszy w książce, wskazał już we wstępie red. Okoński. Dlatego ja wybiorę ten o pani Ryan, która dziewiętnaście razy wygrała Wimbledon. W czasach, gdy Osiatyński był w Londynie, była już staruszką, która przychodziła co roku na korty, by patrzeć, czy pani King zdoła pobić jej rekord. „- Odbierze mi mój rekord – mówiła z goryczą pani Ryan (…). Pamięć o dawnych zwycięstwach, dziewiętnaście pucharów – to było wszystko, co posiadała 80-letnia staruszka. Co roku przychodziła na turniej. I bardzo się denerwowała, zwłaszcza trzy lata i rok temu, gdy pani King grała w finałach debla i miksta. Ale Amerykance się nie udawało i za każdym razem starsza pani opuszczała Wimbledon z ulgą. Jeszcze wczoraj tu była. Widziała, jak dzisiejsza partnerka pani King, Martina Navratilova, wygrywała finał singla z panią Evert-Lloyd. – Tym razem ma dobrą partnerkę i wygra – powiedziała pani Ryan i poszła do domu. A dzisiaj już jej nie ma. Umarła. Wychodząc z kortów dostała ataku serca. I zabrała ze sobą do grobu swój niepobity rekord.”. Dzień później King wygrała Wimbledon po raz dwudziesty. Zawsze, ilekroć gdzieś na świecie jest bity jakiś rekord, pyta się dotychczasowego rekordzistę, jak się z tym czuje. I ten rekordzista zawsze odpowiada, że cieszy się, że długo na to czekał i że oddaje rekord w dobre ręce. Ostatnio przeżywał to Włodzimierz Lubański (nie wiedziałem, że na Wembley siedział na ławce), wyprzedzony przez Roberta Lewandowskiego. I nie wierzę, że byłym rekordzistom nie jest żal. Pewnie w głębi duszy każdy jest tą starą panią Ryan. Bo, jak zwraca uwagę Osiatyński, chęć zostawienia czegoś po sobie to główna motywacja nie tylko sportowców, ale nas wszystkich. Nikt nie jest zadowolony, gdy upadają jego pomniki. I taki właśnie jest, ten Osiatyński. Niby pisze o Wembley czy o Wimbledonie, a wychodzą z tego uniwersalne przemyślenia o życiu. Jeśli dla jednego ciekawego zdania warto czasem przeczytać całą książkę, „Wembley, Wimbledon” warto przeczytać po czterdziestokroć.

Podziel się wpisem: