Schalke znów kocha swoich piłkarzy. Mocniej niż ktokolwiek inny

Stereotyp zimnych, sztywnych, zorganizowanych i nie umiejących się bawić Niemców na pewno wymyślił ktoś, kto nigdy nie jechał z nimi na mecz. Coś niesamowitego wstępuje w tych spokojnych Germanów, gdy wkładają w szalik (najlepiej, typowo po niemiecku, od razu cztery albo więcej) i wsiadają do pociągu na stadion. Tym czymś niesamowitym może być szczególna atmosfera towarzysząca dniu meczowemu albo ponadprzeciętne ilości wyżłopanego piwa. Jako że w Niemczech piwo to nie alkohol, ale napój narodowy, nie jest zabronione jego spożywanie w miejscach publicznych, przeciwnie, jest nawet wskazane. Nażłopani Niemcy i Niemki, obwieszeni szalikami i dżinsowymi kamizelkami, w ścisku takim, że trzeba robić same wdechy, bez wydechów, żeby nie przegrywać walki o przestrzeń, zaczynają nagle skakać, rytmicznie (albo nie) walić w sufity nieszczęsnych wagoników. Hiszpanie na mecze jeżdżą dużo spokojniej, ale siła stereotypu robi swoje, i tak nie uwierzycie.

Tak wygląda Niemiec przedmeczowy. Niemiec pomeczowy ma znacząco mniej energii, ale za to więcej promili we krwi. Nie skacze już więc, tylko zawodzi, w małych grupkach, jakieś rymowane (albo nie) wyliczanki. Ciągota do rymowanych wyliczanek jest u Niemców niesamowita. Podczas powrotu z wczorajszego meczu Schalke z Hannoverem 96, kibice gospodarzy w takiej nierytmicznej i nie do końca rymowanej wyliczance, wymienili wszystkich ważniejszych piłkarzy Schalke od 1945. Gdy dwa miesiące temu przesiedziałem całą noc w berlińskiej knajpie, przez dobre cztery godziny przy stoliku obok siedzieli pijani młodzi Niemcy i śpiewali do porzygu (dosłownie) tę samą wyliczankę. Różnice kulturowe. My o tej porze kwestionowalibyśmy już własną egzystencję i zastanawiali się nad bozonem Higgsa.

Czytałem, że w czasach, kiedy nienawiść między Borussią Dortmund a Schalke 04 jeszcze nie istniała, na dworcu w Dortmundzie piłkarze Schalke, którzy zdobyli mistrzostwo Niemiec (czyli dawno: lata 30) byli witani kwiatami. Autor pisał to, jako coś wyjątkowego. Mimo że przecież wiedziałem, iż niemiecka nienawiść kibicowska objawia się inaczej niż polska, i tak spodziewałem się, że w Dortmundzie szaliki Schalke są pochowane i nawet jeśli ktoś tam kibicuje drużynie z Gelsenkirchen, to skrycie. To bajki. Po wczorajszej wygranej, kwiatów na dworcu może nie było, ale całe okolice dworca i centrum Dortmundu śpiewały zgodnie: “Schalke nullvier” i to wcale nie poprzedzone “scheiss”. Już od samego Dortmundu, pociąg do Gelsenkirchen jest wypakowany kibicami Schalke, którzy wcale się nie ukrywają. Ba, całkiem otwarcie i zaczepnie śpiewają obraźliwe przyśpiewki na Borussię. Ewentualnie dochodzi do żartobliwych zaczepek, kiedy jakiś podrażniony dortmundczyk przypomina wynik derbów. To inna rywalizacja niż ta, którą znamy. Nie wykluczam, że w dniu derbów jest inaczej. Na co dzień, można żyć bardzo normalnie.

W Monachium, Frankfurcie, Norymberdze czy w Stuttgarcie na dworcu w dniu meczu, gdy nie zna się drogi na stadion, trzeba sobie upatrzyć którąś z licznych klubowych koszulek i śledzić delikwenta aż pod bramę stadionu. W Gelsenkirchen trudno byłoby wyłowić na dworcu kogoś, kto nie jest w klubowej koszulce. Gdy gra Schalke, całe miasto jest niebieskie. Co chwilę spotyka się też fankluby Schalke, sklepiki klubowe, knajpy. Wszystko jest niebiesko-białe, nawet stacje Aral. Nie spotkałem jeszcze nigdzie miasta, w którym tak bardzo byłaby widoczna obecność tamtejszego klubu piłkarskiego. W którym wręcz niewidoczne byłoby wszystko, co nie jest klubem piłkarskim.

Ta nierozerwalna więź Gelsenkirchen z Schalke 04 może tłumaczyć, dlaczego tak bolesny był kryzys zaufania, do jakiego doszło pomiędzy kibicami a zawodnikami w zeszłym sezonie, gdy niezadowoleni z wyników i stylu gry prezentowanego przez drużynę Roberta Di Mattea kibice protestowali, wyzywali, odwracali się, gdy grała ich drużyna. Nic dziwnego, że przed sezonem trener i dyrektor sportowy mówili, że celem nie jest konkretne miejsce czy awans do konkretnych rozgrywek, ale jedynie: “poprawienie atmosfery wokół Schalke”. Żaden klub nie może istnieć bez swoich kibiców, ale w Schalke jest to bardziej widoczne niż w innych miejscach.

Poprawianie wyników udaje się póki co średnio, poprawa atmosfery jest niezaprzeczalna. Całe Gelsenkirchen znów kocha swoich piłkarzy. Znów ich fetuje. Jeśli chodzi o ceremonię przedmeczową i budowanie napięcia przed gwizdkiem, działacze z całego świata powinni jeździć na korepetycje do Gelsenkirchen. Na około siedem minut przed gwizdkiem, wygasły wszystkie światła na Veltins Arenie, jedynym oświetleniem były flesze 60 tysięcy aparatów.

Na telebimie rozpoczęło się wyświetlanie filmu w formie książki o historii  Schalke. Pierwsza karta: czasy pradawne, Ernst Kuzorra, Stan Libuda, dalej spadek do 2. Bundesligi (tak było), wygrany Puchar UEFA 1997, mistrzowie serc 2001, półfinał Ligi Mistrzów. Z każdą kartą na stadionie robi się coraz jaśniej. A kibice rozwijają oprawę z kolejnymi kartami historii. Gdy dochodzimy do czasów współczesnych, oświetlenie stadionowe rozbłyska w pełni, kibice osiągają maksymalny pułap głośności  i… dopiero wtedy człowiek orientuje się, że drużyny są już na boisku i losują strony. Taki wstęp sprawia, że na mecz Schalke – Hannover 96 czeka się jak na finał Ligi Mistrzów.

Podtrzymaniu bliskiej więzi pomiędzy górniczym Zagłębiem Ruhry a piłkarzami, Schalke poświęca wiele marketingowej energii. Udało mu się stworzyć dość spójną strategię. Słynny stadionowy tunel w formie kopalnianego korytarza.

Stadion zaprojektowany tak, że kojarzy się z zewnątrz z kopalnianymi szybami.

Wewnątrz zdjęcia usmarowanych węglem gwiazd Schalke. I spiker nie zapowiadający zmiany w drużynie Schalke, ale “zmianę szychty w Schalke”.

To dlatego Schalke potrzebuje mieć świetną akademię i szkolenie młodzieży. Taka strategia byłaby sztuczna, gdyby w drużynie byli sami przyjezdni milionerzy, a nie byłoby nikogo, kto czuje ten górniczy klimat, kto w nim wyrósł i z kim kibice się utożsamiają. Kimś takim są chociażby Benedikt Hoewedes czy Ralf Faehrmann, którzy po ograniu Hanoweru weszli do gniazda na trybunie ultras, resztę swoich kolegów ustawiając wśród najgłośniejszych kibiców i jeszcze przez 10 minut po meczu świętując razem z nimi wygraną, ucząc przyśpiewek itd.

Miejscowi dziennikarze byli zniesmaczeni. “Świętują, jakby zdobyli mistrzostwo, a tylko pokonali słabą drużynę po dwóch miesiącach przerwy”.  Tak samo było odebrane dzikie świętowanie szczęśliwej wygranej z Herthą w połowie października. Trener Andre Breitenreiter stwierdził jednak, że “ma gdzieś, jak zostanie odebrane to wspólne święto. Te obrazki pokazują tylko, że żadna krytyka z zewnątrz nie jest w stanie zerwać więzi między nami, a kibicami”. Ten jego (czasami zbyt) optymistyczny przekaz przynosi jednak efekty. W Schalke znów kochają swoich piłkarzy. I kibice bardziej niż kolejne wygrane, świętują po prostu, że drużyna znowu jest ich. Że Schalke znów da się lubić.

P.S U sufitu stadionu Schalke wywieszone są zdjęcia dziewięciu klubowych legend. Pierwszy z prawej nasz Tomasz Wałdoch.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: