Co ranking Elo mówi o problemach Bundesligi

Niewiele spraw wywołuje wśród kibiców większe emocje, niż dyskusje na temat wyższości jednej ligi nad drugą. W ostatnich latach głównymi osiami dyskusji były – czy liga hiszpańska przerosła angielską, czy liga niemiecka faktycznie jest silniejsza od angielskiej, jak przez kilka lat wskazywał ranking UEFA, czy Serie A podupadła bezpowrotnie. Ostatnio sytuacja się odwróciła – wyższość niemieckiej nad angielską jest już nie do obronienia. Teraz zrobiła się moda na Włochy, przy jednoczesnym deprecjonowaniu Bundesligi. Z kolei gdy Tomasz Hajto pogardliwie wypowiada się o Serie A, wywołuje oburzenie. Dużo w tych rozmowach emocji, jeszcze więcej powtarzania utartych mitów, trudno znaleźć płaszczyznę rzetelnego porównania. Sam dość wysoko cenię ranking UEFA, który wydaje mi się dość miarodajny, skoro mierzy występy wszystkich drużyn z danego kraju na przestrzeni ostatnich pięciu lat, co pozwala wyrównać sezonowe wyskoki i wyjęte z kontekstu zapaści. Wiele osób krytykuje jednak ten ranking za nierozróżnianie Ligi Mistrzów od Ligi Europy i przydzielanie za te rozgrywki tyle samo punktów. I to jest zasadna krytyka.

Co to jest ranking Elo?

Coraz większą popularność zyskuje ostatnio ranking Elo. FIFA, której ranking reprezentacji narodowych był przez lata tak groteskowy, że nikt nie traktował go poważnie, zdecydowała się od tego roku zmienić zasady prowadzenia klasyfikacji właśnie na rzecz rankingu Elo, uznawanego za najlepiej oddający realną siłę drużyn. Nazwa pochodzi od nazwiska węgierskiego matematyka Arapada Elo, który stworzył ranking pozwalający sklasyfikować szachistów. Kluczowe znaczenie ma tu wynik – założono, że skoro ktoś wygrał, to znaczy, że jest silniejszy od tego, kto przegrał (co, jak wiadomo, w futbolu nie zawsze jest prawdą, ale inaczej porównywać nie sposób). Im silniejszego rywala się pokona, tym więcej punktów się za to dostaje. Nie jest oczywiście tak, jak w boksie, że kto pokona mistrza świata, zostaje mistrzem świata. Do rankingu liczą się punkty zdobywane przez wiele lat, choć oczywiście największe znaczenie mają najświeższe wyniki. Jeśli Chojniczanka pokonałaby na Bayern Monachium, dostałaby za to więcej punktów, niż gdyby pokonała Puszczę Niepołomice. Zwłaszcza, gdyby pokonała Bayern na wyjeździe, w meczu zaawansowanej fazy Ligi Mistrzów, różnicą pięciu bramek. Wszystkie te elementy mają znaczenie. Rozróżniana jest ranga meczu, wysokość wygranej/przegranej, miejsce rozgrywania spotkania, siła rywala. Jak każdy ranking, ma tylko charakter poglądowy. Pozwala jednak porównać względem siebie drużyny, które nigdy ze sobą nie grały, rywalizują w innych ligach, albo patrzeć wstecz – w którym roku Legia była najsilniejsza, a w którym najsłabsza. To arcyciekawe narzędzie, nie mówiące całej prawdy, ale jakąś jej część. Ranking Elo istnieje oczywiście nie tylko dla porównania siły reprezentacji, ale też dla drużyn klubowych. Korzystają z niego m.in. bukmacherzy, ustalając kursy na konkretne spotkania. Można go znaleźć TUTAJ. Zabójczy pochłaniacz czasu.

Posłużyłem się rankingiem Elo, by porównać do siebie pięć najsilniejszych lig europejskich – angielską, hiszpańską, francuską, włoską i niemiecką. Oczywiście głównie pod kątem Bundesligi, by zobaczyć, czy rzeczywiście podupadła tak, jak się ją o to posądza, zarówno w Niemczech, jak i w całej Europie. Oczywiście wnioski są oparte tylko na rankingu Elo i mają wyłącznie charakter poglądowo-ciekawostkowy.

Która liga jest najsilniejsza?

Ranking Elo potwierdza wyniki rankingu UEFA. La Liga to najsilniejsze rozgrywki, jakie ma do zaoferowania Europa. Ranking UEFA mierzy tylko siłę najlepszych drużyn, tych, które kwalifikują się do europejskich pucharów. Ranking Elo pozwala porównać siłę wszystkich zespołów grających w danej lidze. Średni zespół hiszpański ma w rankingu Elo 1743 punkty, czyli jest na poziomie Borussii Dortmund (!). Drugie miejsce, podobnie jak w rankingu UEFA, zajmuje Premier League z 1714 punktami. Angielski średniak jest na poziomie Hoffenheim (3. miejsce w zeszłym sezonie Bundesligi). W rankingu UEFA trzecie miejsce od zeszłego sezonu zajmuje ponownie Serie A, która wyprzedziła Bundesligę. W rankingu Elo obie ligi są jednakowo silne. Z czego to wynika, pokażę w kolejnych punktach. Bundesliga i Serie A mają po 1650 punktów. Typowym średniakiem w Niemczech jest VfB Stuttgart i na tym poziomie jest też przeciętna drużyna włoska. Ostatnie miejsce zajmuje Ligue 1 z 1617 punktami (poziom FC Augsburg), jednak warto zauważyć, że różnica między Ligue 1 a Bundesligą i Serie A (33 punkty) jest mniejsza niż między Serie A, Bundesligą i Premier League (64 punkty).

Która liga jest najbardziej wyrównana?

Intuicyjnie powiedzielibyśmy pewnie, że Premier League, bo wszyscy mamy w pamięci coroczną zażartą walkę sześciu silnych klubów o cztery czołowe miejsca i regularnie zmieniających się mistrzów Anglii. Bylibyśmy jednak w błędzie, bo w Anglii bardzo wyrównana jest tylko czołówka. Wbrew pozorom najbardziej wyrównaną z najsilniejszych lig jest… Ligue 1, gdzie różnica między Paris Saint-Germain, a Racingiem Strasbourg wynosi 396 punktów. Kolejne miejsca zajmują Premier League (415) La Liga (434) i Bundesliga (480). Najbardziej rozwarstwiona jest Serie A, gdzie Juventus i Parmę dzieli 490 punktów w rankingu Elo. Parma, według zestawienia, jest najsłabszym zespołem grającym w czołowych ligach europejskich. Gorszym, od kilku drugoligowców z innych krajów.

Bundesliga a La Liga

Jeśli chodzi o poziom sportowy, bo tylko to porównujemy, przepaść. Gdyby stworzyć wspólne rozgrywki, do dwudziestozespołowej „La Bundesligi” zakwalifikowałoby się tylko pięć niemieckich drużyn – Bayern (zająłby 3. miejsce – za Barceloną i Realem, a przed Atletico), Dortmund (8. miejsce, poza pucharami), Schalke (11.), Hoffenheim (14.) i Leverkusen (20.). Gdyby porównywać pozycjami w tabeli, czyli kto ma silniejszego mistrza, kto silniejszego wicemistrza, kto silniejsze dziesiąte miejsce, kto osiemnaste, ani jedna drużyna niemiecka nie byłaby silniejsza od hiszpańskiej. Nokaut.

Bundesliga a Premier League

Do wspólnej Premier Bundesligi weszłoby osiem klubów niemieckich. Bayern zostałby wicemistrzem, przegrywając tylko z City. Podobnie jak w Hiszpanii, nikt inny z Niemiec nie zakwalifikowałby się do europejskich pucharów. Dortmund także i tu zająłby ósme miejsce. Podniosłyby się Schalke (9.), Hoffenheim (10.). Bayer utrzymałby się w lidze (13.), podobnie jak Lipsk (14.) czy Gladbach (17.). Stuttgart spadłby do 2. Championship. Przy okazji transferu Maksa Meyera z Schalke do Crystal Palace kilka osób próbowało mnie przekonać, że to dla Niemca nie taki zły ruch. Według rankingu Elo Palace to klub na poziomie Werderu Brema. Dla czołowej postaci Schalke taki ruch nie miał więc sportowego sensu (nie licząc gry w lepszej lidze). W bezpośrednim porównaniu pozycjami Bundesliga miałaby pierwsze (nieliczne) zwycięstwa. Stuttgart jest silniejszą siódmą siłą ligi niż Burnley, a Wolfsburg jest lepszy niż szesnaste w zeszłym sezonie Premier League Bournemouth.

Bundesliga a Serie A

W Serie Bundeslidze Bayern minimalnie przegrałby z Juventusem i został wicemistrzem. Do pucharów wszedłby także Dortmund (5. miejsce), ale pozostałe miejsca obsadziliby Włosi, choć w rozgrywkach byłoby minimalnie więcej drużyn niemieckich (11 do 9). Kluby z Serie A byłyby reprezentowane głównie w czołówce. Napoli, Roma, Inter, Lazio, Milan to silniejsza konkurencja dla głównego dominatora ligi niż Schalke, Hoffenheim, Dortmund czy Leverkusen. W bezpośrednim porównaniu lepiej wypadłaby mimo to Bundesliga. Spośród drużyn z czwartych miejsc, Dortmund jest lepszy od Interu, jednak generalnie wyższość ligi niemieckiej widać dopiero wśród drużyn z drugiej połowy tabeli. Hertha jest silniejsza od Sampdorii, Werder od Sassuolo, Augsburg od Genui, Hanower od Chievo, Moguncja od Udinese, Fryburg od Bolonii, Wolfsburg od Cagliari, HSV od Spal, a Kolonia od Crotone (porównanie na podstawie tabeli z zeszłego sezonu).

Bundesliga a Ligue 1

Francja to jedyny – poza Niemcami – kraj spośród posiadaczy najsilniejszych lig, w którym Bayern zdobyłby mistrzostwo, wyprzedzając PSG. Do pucharów weszłyby także Dortmund i Schalke, ale dopiero z 6. i 7. miejsca, przegrywając w Bundesligue 1 nie tylko z PSG, ale też Lyonem, Monaco i Marsylią. W drugiej części tabeli królowałyby już kluby niemieckie, których byłoby w lidze 12. W bezpośrednim porównaniu pozycjami Bundesliga wypada lepiej w 15 na 18 przypadków. Francuzi mieli silniejszego wicemistrza (Monaco lepsze od Schalke), trzecią drużynę (Lyon lepszy od Hoffenheim), i czwarte miejsce (Marsylia od Dortmundu). W całej reszcie ligi wygrywają Niemcy.

Wnioski

Dla Bundesligi są optymistyczne i niepokojące zarazem. Optymistyczne polegają na tym, że w rozmowach o kryzysie ligi trochę się przesadza. Bundesliga jest silniejsza od Ligue 1 i praktycznie na poziomie Serie A. Entuzjazm dotyczący ligi włoskiej i pesymizm dotyczący niemieckiej, wynika raczej z tego, że pierwsza ma tendencję wzrostową, czyli wraca z niebytu, a druga wraca do normy, po kilku najlepszych latach w historii. W porównaniu do innych lig europejskich, siłą Bundesligi są średniacy i słabeusze, czyli dolna część tabeli. Niemiecki średniak jest silniejszy niż przeciętniak włoski czy francuski. Problem polega jednak na tym, że nie ma tego, jak zweryfikować inaczej niż przez ranking Elo. Do pucharów nie są zapraszani średniacy, tylko drużyny z czołówki.

A w tej kwestii Bundesliga wypada FATALNIE. Nie przez przypadek Schalke było w zeszłym sezonie wicemistrzem z najniższą liczbą punktów w historii Bundesligi. Patrząc na najsilniejsze drużyny w kraju, lepsze od Bundesligi są nie tylko La Liga i Premier League, ale też Ligue 1 i Serie A. Wicemistrz Niemiec w żadnej z innych topowych lig nie załapałby się do Ligi Mistrzów, a w Anglii i w Hiszpanii nie grałby nawet w pucharach. To zwiastuje dla niemieckich drużyn kolejne problemy w pucharach. Bayern rządzi niepodzielnie w Bundeslidze nie tylko dlatego, że jest bardzo silny, ale także dlatego, że po prostu nie ma z kim przegrać. Bayern mógłby zejść do poziomu Porto, Szachtara czy Olympique Lyon i dalej byłby faworytem do mistrzostwa. Gdyby dziś utworzono dwudziestozespołową Superligę, Bayern byłby jedyną niemiecką drużyną, która sportowo by się do niej zakwalifikowała. Dla porównania, przed pięcioma laty Borussia Dortmund była czwartą drużyną Europy. Gdyby wtedy zaproszono ją do Premier League, to by ją wygrała. Schalke jest dziś zespołem na poziomie Eibaru. Jeśli niemiecka liga ma stanąć ponownie na nogi, potrzebuje przede wszystkim wzrostu jakości Bayeru, Dortmundu, Schalke, Gladbach, czy Wolfsburga, bo wszystkie te kluby dotknęła w ostatnich latach zbiorowa zapaść. Lipsk dopiero rośnie. To wszystko tłumaczy, dlaczego czołowe niemieckie drużyny, poza Bayernem, tak często tracą punkty – same nie są zbyt silne, a rywalizują z relatywnie silnymi średniakami i słabeuszami, co kończy się tak, że w zeszłym sezonie długo kto akurat zostawał wiceliderem, ten w następnej kolejce przegrywał.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: