Przemijanie Juppa Heynckesa

„Są trenerzy, którzy tłumią emocje w sobie. Oni z reguły mają zawał. Ci co nie tłumią – wylew” – powiedział kiedyś Piotr Mandrysz w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”. W trakcie środowego meczu 2. Bundesligi z SV Darmstadt, Jeff Strasser, 43-letni trener 1. FC Kaiserslautern zasłabł i został wzięty do szpitala z podejrzeniem zawału serca. Po badaniach tę diagnozę wykluczono. Przechodzi dokładne badania kardiologiczne, które mają wykazać, co się stało. A mnie przywodzi to na myśl Juppa Heynckesa. Tydzień temu, gdy wrzuciłem na Twittera jego bilans po powrocie do Bayernu Monachium – szesnaście wygranych w siedemnastu meczach – który opatrzyłem podpisem „emeryt”, odezwało się kilka osób, pytających, co ma do rzeczy to, że jest emerytem. „Przecież nie biega przy linii bocznej”. To częsta przypadłość. W trenerach czy piłkarzach rzadko widzimy ludzi.

Embed from Getty Images

W dyskusji Heynckesie, czy w Polsce, czy w Niemczech, ludzki aspekt praktycznie nie istnieje. Gdy wracał, zastanawialiśmy się, czy futbol mu nie uciekł. Czy po czterech latach przerwy będzie jeszcze w stanie poradzić sobie z taktycznymi zawiłościami. Okazało się, że futbol nie został wcale wymyślony na nowo i w gruncie rzeczy dalej jest prostą grą. Zastanawialiśmy się, czy będzie się w stanie dogadać z coraz bardziej rozwydrzonymi milionerami. To nie jest przypadek, że w czołowych ligach Europy nie ma ani jednego trenera starszego od Heynckesa. Jego rówieśnicy, jeśli w ogóle pracują na tym poziomie, to raczej jako selekcjonerzy. Codzienna praca jest zbyt wyczerpująca fizycznie i psychicznie. Nawet ci znacznie młodsi, ale już doświadczeni, jak Jose Mourinho czy Carlo Ancelotti, przez lata uznawani za specjalistów w rozkochiwaniu szatni, w ostatnich sezonach doznali odrzucenia przez zawodników. Jednak i bariera pokoleniowa nie zrobiła Heynckesowi różnicy. Z szalonym Arturem Vidalem dogaduje się równie dobrze, jak dogadywał się ze zrównoważonym Philippem Lahmem, na którego cześć nazwał swojego karpia. W aspekcie piłkarskim i ludzkim, dziadek Jupp okazał się dla Bayernu po raz kolejny idealny.

Kuszenie Heynckesa

Gdy tylko minęły pierwsze obawy, od razu zaczęły się głosy o namówieniu go do pracy na dłużej. Ulemu Hoenessowi zależy na tym, by Heynckes popracował do 2019 roku prawdopodobnie dlatego, że wtedy będzie większa szansa na wyjęcie Juliana Nagelsmanna, a może Joachima Loewa czy Juergena Kloppa. Będzie większy wybór, niż najbliższego lata. Hoeness swoimi sposobami wywiera na Heynckesie presję, z myślą o dobru Bayernu. Początkowo Karl-Heinz Rummenigge unikał tego typu deklaracji, ale teraz i on naciska na Juppa. Trener sprawia wrażenie coraz bardziej zirytowanego. Podkreśla, że umówił się ze starym druhem Hoenessem na kilkumiesięczną, doraźną pomoc Bayernowi, a nie na półtora roku wyrwania z domu. Ale z każdym tygodniem byłem coraz bardziej przekonany, że irytacja irytacją, a w końcu da się przekonać.

Ludzkie światło

Dalej uważam, że najbardziej prawdopodobne rozwiązanie, to przedłużenie kontraktu z Heynckesem na kolejny sezon. Ale wywiad z trenerem w niedawnym wydaniu „Kickera” rzucił mi na tę sprawę inne światło. Ludzkie. Heynckes opowiada o tym, że wcześniej nie miałby szans podjąć pracy w Bayernie, bo żona była po operacji kolana i potrzebowała jego codziennej pomocy. Zagadywany o przedłużenie kontraktu, odpowiada, rozbrajająco, ale przecież zgodnie z prawdą: „Nie wiem, ile mi jeszcze zostało. Do tej pracy potrzeba olbrzymiej samodyscypliny i wytrwałości. A ja w lecie będę miał 73 lata. Gdy obejmowałem Bayern, byłem zdrowszy, niż teraz, bo miałem więcej czasu na uprawianie sportu i spacery z Candem” (najsłynniejszy owczarek niemiecki).

Heynckes nic nie musi

Heynckes mieszka na co dzień niedaleko Moenchengladbach, w Nadrenii, ponad sześćset kilometrów od Monachium. W Bawarii żyje w hotelu. Od października, praktycznie co trzy dni, musi z drużyną podróżować na mecze. Od Hamburga, przez Glasgow, po Brukselę. Co chwilę w samolocie. Praca trenera jest stresująca, wyczerpująca i niezdrowa nawet dla czterdziestolatków. Dla 70-latków, którzy przeżyli w ten sposób całe życie, najpierw jako piłkarze, a potem jako trenerzy, tym bardziej. Na Heynckesa trzeba patrzeć inaczej, niż patrzy się na Pepa Guardiolę, czy Mourinho. Oni mają prawo zakładać, że jest przed nimi jeszcze sporo życia. Guardiola może sobie wytyczać plany, kogo weźmie po Manchesterze City, a kogo jeszcze później. Heynckes jest w wieku, w którym sam zdaje sobie sprawę, że trzeba korzystać z każdej chwili. Hoeness zwykle, gdy się na coś uparł, dopinał swego. Tym razem może się jednak zderzyć ze ścianą. Heynckes nic już nie musi. Jest w wieku, w którym może robić tylko to, na co ma ochotę i odpuścić sprawy, na które nie chce mu się trwonić cennego czasu. Po tym wywiadzie poczułem do trenera Bayernu jeszcze większy szacunek. Większość trenerów, jak choćby Juergen Klopp zapowiada, że nie wyobraża sobie, by po sześćdziesiątce nadal pracowali w zawodzie i skakali przy linii. Większość ma w perspektywie, że jeszcze kiedyś, gdy skończy tułać się po Europie i użerać z piłkarzami, będzie bawić się z wnukami, chodzić na spacery z psem i łowić ryby. Heynckes poświęca ten cenny czas, by stawiać Bayern na nogi. Nie dla pieniędzy, nie dla kariery, nie dla sławy. To wszystko już miał. Wracając, sławę mocno ryzykował. To rzeczywiście była przyjacielska przysługa. A taką nawet Hoeness będzie mógł nadużywać tylko do pewnego momentu.

Podziel się wpisem: