Polski trener niechciany w Europie

W sobotę, chwilę przed tym, jak świat zaczął patrzeć na finał Ligi Mistrzów, Fulham wygrało z Aston Villą baraż o awans do Premier League. Londyńczyków do najwyższej ligi wprowadził serbski trener Slavisa Jokanović. Tydzień wcześniej Puchar Niemiec wzniósł Chorwat Niko Kovac, który od przyszłego sezonu obejmie Bayern Monachium. Przyglądanie się odnoszącym sukcesy trenerom z Bałkanów musi w Polsce wzbudzać wielką zazdrość. W czasie, gdy piłka nożna staje się coraz bardziej grą trenerów, wychodzących na pierwszy plan i wyrastającej niemal na gwiazdy tego sportu, polscy kibice nie znają przyjemności śledzenia losów polskiego trenera za granicą. Niemcy nie mieli w finale Ligi Mistrzów swojej drużyny, mieli piłkarzy, po obu stronach – Toniego Kroosa i Lorisa Kariusa, ale wielu kibicowało po prostu Juergenowi Kloppowi. My mamy na Zachodzie coraz więcej piłkarzy, coraz bardziej poważa się naszych sędziów, ale trenerów poza granicami praktycznie nie oglądamy. Jak się okazuje, jesteśmy w tej kwestii osamotnieni w Europie.

Od czasu kilkumiesięcznego epizodu Michała Probierza w Arisie Saloniki, nie było polskiego trenera, który prowadziłby w miarę rozpoznawalną zagraniczną drużynę. Liga grecka, w momencie, gdy Probierz dostawał w niej pracę, zajmowała w rankingu jedenaste miejsce. Także w Grecji, przez moment w 2010 roku, Jacek Gmoch prowadził Panathinaikos Ateny, jako trener tymczasowy. Gdyby nie Grecy, nie mielibyśmy praktycznie żadnych doświadczeń z oglądaniem losów polskich szkoleniowców na obczyźnie. Miarą wykluczenia było zatrudnienie niedawnego selekcjonera Franciszka Smudy przez biedny jak mysz kościelna II-ligowy Jahn Ratyzbona. W czasach, kiedy jeszcze od czasu do czasu polscy trenerzy byli wynajmowani przez silne kluby, jak Henryk Kasperczak we Francji, można było patrzeć jak mu idzie jedynie poprzez wyniki w gazetach.

To oczywiste, że do pięciu najlepszych, najbogatszych lig dostać się jest bardzo trudno. To kompletnie inny świat. Wcale nie lepiej jest jednak z polskimi trenerami, jeśli rozszerzyć poszukiwania na dziesięć najlepszych rankingowo lig, czyli – poza hiszpańską, angielską, niemiecką, włoską i francuską także rosyjską, portugalską, turecką, belgijską i ukraińską. W żadnej z tych lig w XXI wieku nie było polskiego trenera, który prowadziłby zespół przez przynajmniej pięć meczów. Nie ma w Europie kraju porównywalnej wielkości do Polski, który w ciągu osiemnastu lat, choćby na miesiąc, nie wyeksportowałby do lig z czołowej dziesiątki choćby jednego trenera. Drugi tak duża jak Polska biała plama na mapie to Morze Czarne. Pomijając je, są tylko kropki: Litwa, Estonia i mikropaństwa. Nawet Islandia, kraj wielkości województwa świętokrzyskiego miała w lidze belgijskiej dwóch trenerów. Mołdawianin prowadził zespół w lidze rosyjskiej. Żaden Polak nie zaplątał się nawet przypadkiem.

Gdyby sporządzić ranking trenerów z krajów, spoza pierwszej dziesiątki, najchętniej zatrudnianych w najwyższych ligach, wyglądałby on następująco: (dwa punkty za trenera z lig top 5, jeden za trenera z lig 6-10)

  1. Holandia 52
  2. Chorwacja 15
  3. Szwajcaria 14
  4. Serbia 13
  5. Rumunia 12
  6. Bośnia i Hercegowina 11
  7. Białoruś 11
  8. Bułgaria 7
  9. Austria 7
  10. Norwegia 6

Przewaga Holandii nie podlega dyskusji. To tradycyjna potęga, także szkoleniowa, nawet jeśli w ostatnich latach trochę podupadła, wciąż ceniona w Europie. Rzuca się w oczy silna reprezentacja państw bałkańskich: Chorwaci, Serbowie, Bośniacy podbijają ligi europejskie nie mniej, niż piłkarze z tamtych krajów. Epizodycznie pojawiają się też Słoweńcy, Czarnogórcy, Madecończycy czy Albańczycy (Besnik Hasi!). Austriacy i Szwajcarzy korzystają w dużej mierze z kulturowej, językowej i geograficznej bliskości z Niemcami, a Białorusini z Ukraińcami i Rosjanami. Zaskakuje, jak dobrze radzą sobie Rumuni. Dobrą markę na rynku wyrobił sobie nie tylko Mircea Lucescu, przez lata prowadzący Szachtara Donieck, ale też choćby we Francji Laszlo Boloni, a w Hiszpanii pracę dostawali jeszcze Constantin Galca czy Cosmin Contra.

Nie można niechęci do zatrudniania polskich trenerów wytłumaczyć jedynie ich słabością. Jesteśmy w trudnym położeniu. Mamy słabą ligę i biedne kluby, z którymi trudno odnosić sukcesy w pucharach. Nasz najbardziej liczący się w piłce sąsiad mówi zupełnie innym językiem, niż nasz. Polscy biznesmeni właściwie nie stają się właścicielami zagranicznych klubów, a gdy już zostają, jak Waldemar Kita w FC Nantes, to i tak nie obsadzają pozycji trenera Polakami. Niemal nie zdarzają się przypadki, by zagraniczne kluby zatrudniły trenera węgierskiego czy bułgarskiego tylko dlatego, że jego drużyny dobrze radzą sobie w lidze węgierskiej, czy bułgarskiej. Typowe ścieżki kariery to albo, jak w przypadku Kovaca, wychowanie się za granicą, albo udana zagraniczna kariera piłkarska, po której ma się już wyrobione nazwisko, jak w przypadku choćby Hrista Stoiczkowa, Sinisy Mihajlovicia, Pala Dardaia, Gheorghe Hagiego czy Michaela Laudrupa. Jakąś drogą jest też sukces z reprezentacją, jak w przypadku Słowaka Vladimira Weissa, po udanym mundialu w 2010 roku zatrudnionego w Rosji. Drogę do wybicia się z przeciętnej ligi stanowi też regularne granie w pucharach powyżej swojego pułapu finansowego, jak udawało się Czechowi Pavlovi Vrbie z Viktorią Pilzno. Dopóki więc polskie drużyny nie przestaną odpadać w pierwszych fazach eliminacji do europejskich pucharów, trudno liczyć, że ktoś ich wyciągnie z ekstraklasy. Największe szanse na jakiś zagraniczny angaż ma pewnie Adam Nawałka, w razie kolejnego udanego występu Polski na turnieju.

Trudno natomiast znaleźć odpowiedź, dlaczego żaden były polski piłkarz, mający za sobą udaną zagraniczną karierę, nie dostał poważnej szansy jako trener. Osasuna Pampeluna wzięła na chwilę Jana Urbana, gdy zsunęła się do II ligi. Szybko go jednak zwolniła. Krzysztof Warzycha był w Grecji bogiem, ale dostał do prowadzenia jedynie prowincjonalne klubiki. Koszulka Tomasza Wałdocha do dziś wisi pod dachem stadionu Schalke 04, ale klub dopuścił go maksymalnie do trenowania siedemnastolatków. Mariusz Lewandowski miał na Ukrainie wyrobione nazwisko i licencję trenerską, ale by dostać pracę, musiał wrócić do Polski. Trudno przewidywać, by niebawem miało się to zmienić. Obecne pokolenie piłkarzy grających na Zachodzie też nie sprawia raczej wrażenia, by miało ochotę po karierze zostać za granicą i zająć się trenowaniem. Jesteśmy więc szkoleniową pustynią i musi nam wystarczyć emocjonowanie się losami polskich piłkarzy czy sędziów. A może powinniśmy się cieszyć, że najlepsi polscy trenerzy zostają w kraju? W końcu gdyby Zachód drenował ekstraklasę z trenerów, tak jak drenuje piłkarzy, poziom ligi byłby jeszcze gorszy.

Podziel się wpisem: