Polski futbol obnażony

Janusz Filipiak powiedział, że „wywleka bebechy Cracovii“. Nie chcący obnażył całą ligę.

Gdy wróciłem z meczu Cracovii i napisałem, że jako środowisko nie jesteśmy gotowi na futbol proponowany przez Stawowego, nie mogłem wiedzieć, że w tym samym czasie właściciel “Pasów” udziela absurdalnego wywiadu. Im więcej mówił, tym bardziej ludzik z logo mundialu zakrywał twarz.

Stawowy odpowiedział na terazpasy.pl. Z żalem, ale bez emocji. Z klasą, uszanowaniem swojego pracodawcy, lecz merytorycznie. Słusznie stwierdził, że jego dni w Cracovii dobiegają końca. Nie może być inaczej.

Po raz kolejny dostaliśmy informację, że ci, którzy mają najwięcej narzędzi, by nasz futbol zmieniać, najbardziej go nie rozumieją i topią w nim kolejne miliony, dochodząc na koniec do wniosku, że na tym sporcie zarobić się nie da.

Całemu polskiemu futbolowi brakuje rozwiązania systemowego, tradycji czy dobrych praktyk w działaniach transferowych. Myślisz “Anglia”, widzisz menedżera. Czyli kogoś więcej niż trenera. Szefa całego działu sportowego. Kogoś, kto nie ustawia pachołków na treningu, tylko nadaje wizję na lata, wytycza kierunki. Odpowiada za transfery, wie, co się dzieje w drużynach młodzieżowych, gdzie wymurować płot, by nie zaglądali dziennikarze i na ile centymetrów przycinać trawę. Są oczywiście wyjątki, ale generalnie trener ma w Anglii władzę jak nigdzie indziej.

Niemcy mają wypracowany model zupełnie inny. Tam w każdym klubie, oprócz tego, w którym pracuje Felix Magath, kluczową postacią jest dyrektor sportowy. Trener odpowiada za pierwszą drużynę, a dyrektor sportowy za cały pion sportowy klubu. Także za transfery. To kluczowa postać, prawa ręka trenera, w wielu klubach siedząca na ławce rezerwowych (Sammer, Kreuzer, etc.). Wywiadów pomeczowych udziela trener, bądź dyrektor sportowy. Gdy trener ma problem, idzie do dyrektora sportowego, który jest jego bezpośrednim przełożonym. Dyrektor sportowy wybiera zresztą i zwalnia trenerów. W klubie skonfliktowani mogą być absolutnie wszyscy, mogą się nie odzywać, ale trener i dyrektor sportowy MUSZĄ rozumieć się bez słów. Bez tego klub nie ma prawa funkcjonować. Dobrze pokazuje to przypadek Augsburga. Nie jest tajemnicą, że trener Markus Weinzierl nie dogadywał się dobrze z Juergenem Rollmanem, dyrektorem sportowym Augsburga. Gdy więc drużyna w 2012 roku zanotowała fatalną jesień i zdobyła tylko dziewięć punktów, zwolniono nie trenera, a dyrektora sportowego. Zatrudniony na jego miejsce Stefan Reuter to z Weinzierlem papużki nierozłączki. A Augsburg walczy o Ligę Europy. Powtarzam, ŻADEN niemiecki klub nie ma prawa dobrego funkcjonowania bez znakomitej współpracy trenera z dyrektorem sportowym.

W Polsce nie ma żadnego modelu. Miotamy się od ściany do ściany. We Wrocławiu Stanislav Levy najpierw miał nad sobą dyrektora sportowego, później na krótko dostał pełnię władzy, jak w Anglii, a po następnych kilku tygodniach został zwolniony. W Cracovii Stawowy na dzień dobry dostał władzę transferową, później zatrudniono mu dyrektora sportowego, o którym było wiadomo od dawna, że nie lubi się ze Stawowym, a za chwilę trener zostanie zwolniony. W Wiśle też najpierw byli dyrektorzy sportowi (Grzegorz Mielcarski, Stan Valckx), później decydowali o transferach sami prezesi. W Podbeskidziu dyrektor sportowy z prawdziwego zdarzenia był przez miesiąc (Piotr Sadowski).W Zagłębiu Lubin też miotali się już od modelu z dyrektorem sportowym Pawłem Wojtalą do modelu z dyktatorem sportowym Pavlem Hapalem. I tak dalej w każdym klubie.

Wracając jeszcze na chwilę do Cracovii, dyrektor sportowy ma oczywiście prawo nie lubić Stawowego i ma prawo nie podzielać jego wizji. Nie ma tylko prawa w tak chorym układzie trwać przez rok, bo to działanie na szkodę spółki. Jeśli Stawowy mu się nie podoba, to miał go zwolnić w zeszłe wakacje.

Musimy się zdecydować, w którą stronę chcemy iść. Każdy z modeli ma wady i zalety, ale nie ma nic po środku. Któryś trzeba wybrać. Jeśli nasze kluby mają być budowane z wizją, to ktoś musi tę wizję mieć, dostać czas na wcielenie jej w życie i być z niej po latach rozliczony. Może to być trener-menedżer, może być dyrektor sportowy, jest mi obojętne. Byle nie obaj jednocześnie. To kolejny przykład na to, że na Ligę Mistrzów nie brakuje nam ani pieniędzy ani umiejętności. Brakuje nam na nią pomysłu.

Podziel się wpisem: