Olkowski, przypadek wyjątkowy

O tym, że Paweł Olkowski wszedł w Bundesligę aż szokująco dobrze, miałem ochotę napisać już dawno temu, ale dziś nikt mi nie uwierzy. Trzeba było pisać wtedy, byłbym hipsterski, dziś to już mainstreamowe pisać o Olkowskim. Ale co tam, podzielę się, bo Olkowski to rzadki jak cholera przypadek, kiedy zagraniczni ocenili kogoś naszego lepiej, w sensie korzystniej, niż miejscowi. Zazwyczaj oceniają naszych piłkarzy lepiej, w sensie trafniej: my myślimy, że są świetni, a oni, że nie jest z nich taki cud. I zwykle wychodzi na ich. Teraz też wyszło, ale skala zdziwienia większa.

Te dwa gole z Hoffenheim, choć piękne, odpuśćmy. Nie chcę, żeby to był tekst o tym, że Olkowski zdobył dwie bramki i prasa okrzyknęła go księciem goli. Skupmy się na tym, że chłopak, niby młody, ale już nie tak bardzo młody, wyjechał z polskiej ligi, do ligi niemieckiej pierwszej i nie dość, że łapał się do kadry, nie dość, że wchodził na końcówki, nie dość, że zaczął w pierwszym składzie na nieswojej pozycji, nie dość, że wychodził w podstawowym składzie już na swojej pozycji, to wychodził w podstawowym składzie na swojej pozycji kosztem kapitana drużyny. Wieloletniego. Takiego, o którym wydawało się, że nie do wygryzienia.

Sprostowanie. Miso Brecko to nie Philipp Lahm. To Miso Brecko. Ale jednak tenże Brecko w tejże Kolonii grał od lat. Nie imały się go kontuzje, nie wylatywał za kartki, nie miał dołków formy, nie wchodził w konflikty z trenerami. Ot, typowy kat polskiego zawodnika wyjeżdżającego za granicę. Olkowski mógłby wrócić do Polski i z czystym sumieniem mielić ozorem, że Brecki z Kolonii nie da się wygryźć i mówiłby z grubsza prawdę. Wiadomo było, że jak Olkowski ma tam grać, to na skrzydle.

Rozmawiałem w maju, po awansie Kolonii, ze Stephanem Von Nocksem, dziennikarzem Kicera zajmującym się 1. FC Koeln. Mówił to wszystko, co napisałem powyżej o Breczce, dodając, że nie mówi, że jest nie do wygryzienia, bo nie wie jak gra Olkowski. “Jeśli się okaże drugim Piszczkiem, to oczywiście Breckę wygryzie”, a ja rechotałem. I to rechotałem jako zwolennik talentu Olkowskiego od pierwszego wejrzenia, czyli meczów za trenera Wojciecha Stawowego w GieKSie, gdy “Olo” grał na środku ataku (tak). Jasne, toczyłem zaciekłe dyskusje, twierdząc, że Olkowski dałby radę na poziomie średniaka Bundesligi. Ale potem ostudził mnie dzisiejszy bohater narodowy Milik.

Akurat te dyskusje w obronie Olkowskiego toczyłem, gdy dzisiejszy bohater narodowy Milik siedział na ławce w Augsburgu, a ja powyżej niego, na trybunach w Augsburgu, regularnie, co tydzień. Patrzyłem na jego próby podbijania Bundesligi i załamywałem ręce nad stanem polskiego futbolu. Ja takiego nastolatka jak Milik w polskiej lidze wcześniej nie widziałem. Na moje oko Milik z Górnika momentami kasował Lewandowskiego z Lecha. Jak widziałem, jak źle wygląda na tle – przepraszam za wyrażenie – FC Augsburg, to przestałem wierzyć, że jakikolwiek Polak jeszcze kiedyś przebije się w poważnej lidze. Koniec. Jeśli nie Milik, to nikt. Dalej zresztą jestem Milikiem zawiedziony. Uważam, że w Ajaksie przeżywa syndrom Mateusza Klicha, czyli radzi sobie jako tako – bo znowu bez przesady, że rewelacyjnie – w lidze holenderskiej, a to wcale nie znaczy, że w Bundeslidze będzie znaczył cokolwiek. Milik zachwiał strasznie moją wiarą w Olkowskiego.

A udało się. Już uważam, że osiągnął chłopak wiele. Bo nie czekał jak Penelopa na debiut, jak czekają Stępiński i Klich. Bo nie przepadł jak Furman w Tuluzie. Bo osiągnął w Europie więcej niż ten cały Sławomir Peszko. W ogóle, jest Olkowski jednym z nielicznych przykładów wymykających się kategorii. Dotychczas, jeśli chciałeś coś znaczyć na świecie, musiałeś:

a) wyjechać jako nastolatek: Szczęsny, Krychowiak.

b) wyjechać jako gwiazda naszej ligi: Lewandowski, Boruc, Fabiański.

c)  nie wyjechać, tylko już tam być: E. Smolarek, Polanski, Matuszczyk, Boenisch.

Są jeszcze tacy, którzy potrafili przezwyciężyć przeciwności i się wybić. Albo przez gorszą ligę, albo przez gorszą drużynę. Do tej kategorii zaliczyłbym Glika, Wasilewskiego, Dudka, Tytonia, Wilka czy Grosickiego czy Piszczka, który przecież zanim został światowej klasy obrońcą był słabym napastnikiem siedzącym na ławie Herthy.

Bardzo naszemu futbolowi brakuje karier podobnych do tej Olkowskiego, czyli płynnego przejścia ze średniaka polskiej ligi do średniaka ligi niemieckiej. Ot tak, jak udało się np. Juniorowi Diazowi, a polskim piłkarzom jakoś się nie udawało.

Szansa dla polskiego futbolu, to nie wychowanie 11 Lewandowskich, bo Lewandowski polega na tym, że jest jeden. Tacy się nie rodzą na kamieniu. Chodzi o to, by na kamieniu rodzili się solidni wyrobnicy, którzy nie będą piłkarzami sezonu w Bundeslidze, ale w swojej solidnej drużynie będą trzymać solidny poziom. Musimy – jako polski futbol – wychowywać więcej Olkowskich. Ten chłopak jest tak solidnym powiewem optymizmu, że trudno w ostatnich miesiącach o większy.

Podziel się wpisem: