Nowe wariactwo polskiej piłki: I liga

Wygląda na to, że w ekstraklasie nadchodzi nowa moda. Na stadionie w Niecieczy usłyszałem wczoraj, że jeśli Bruk-Bet Termalica się utrzyma, przejdzie rewolucję kadrową, a właściciele chcą postawić na młodych Polaków z niższych lig. Dziennikarze zajmujący się Śląskiem Wrocław piszą o tym, że dyrektor sportowy Dariusz Sztylka ma na celowniku „kilkunastu” zawodników z niższych lig, z których „kilku” ma trafić w lecie do Wrocławia. To samo mówi dyrektor sportowy Manuel Junco. Ambicję przeczesywania I ligi w poszukiwaniu talentów zgłaszają też w innych klubach. To brzmi dobrze i zapewnia poklask wśród kibiców i dziennikarzy.

Pisałem już rok temu, że przekonanie, iż niższe ligi (od II w dół) są przepełnione nieodkrytymi Jakubami Błaszczykowskimi, jest błędne. Owszem, da się tam znaleźć zawodników naprawdę dobrych, ale trzeba im dać czas i nierzadko czekać nawet kilka lat, aż zaczną spełniać oczekiwania. Częściej znajduje się tam jednak zawodników, dla których ekstraklasa to za wysokie progi, o podboju świata nawet nie wspominając. Zainteresowanych odsyłam TUTAJ. Parę nazwisk się zmieniło, ale sedno pozostaje bez zmian.

Dziś chciałbym się skupić na I lidze, bo mam wrażenie, że w oczach niektórych zaplecze ekstraklasy to nieprzebrane źródło dobrych, gotowych piłkarzy, których trzeba tylko ściągnąć. Muszę rozczarować: doświadczenia ostatnich lat na nic takiego nie wskazują. W ostatnich pięciu latach, czyli w ostatnich dziesięciu oknach transferowych, trafiło do ekstraklasy pięćdziesięciu zawodników z I ligi, którzy wcześniej mieli na koncie mniej, niż dziesięć występów w ekstraklasie. Czyli albo nie grali w najwyższej lidze, albo tylko ją liznęli. Nie biorę pod uwagę transferów zawodników takich jak Jakub Świerczok, który – wyciągany przez Zagłębie Lubin z GKS-u Tychy – miał na koncie ponad czterdzieści meczów w ekstraklasie i sześć w Bundeslidze. Nie, szukam tych anonimowych talentów, które z I ligi można podobno wyciągać garściami.

Według moich rachub, w ostatnich pięciu latach, z pięćdziesięciu zawodników, strzałami w dziesiątkę, bez żadnych wątpliwości, okazali się dwaj: Damian Kądzior, którego Górnik Zabrze wyciągnął rok temu z Wigier Suwałki, a który dziś ma na koncie dziesięć goli, sześć asyst i walczy o wyjazd na mundial oraz Jacek Góralski, którego Jagiellonia Białystok wyjęła z Wisły Płock, a dziś jest reprezentantem Polski i gra w europejskich pucharach z Łudogorcem Razgrad. Tyle. Warto było oczywiście przeczesywać I ligę, żeby ich znaleźć, ale to nie jest dowód nieprzebranego bogactwa talentów.

Nie każdy transfer musi się oczywiście okazać strzałem w dziesiątkę i to od razu. Niektóre mogą się też okazać strzałami w szóstkę: zawodnicy może i nie są idealni, może nie przyniosą milionów euro, ale lepiej ich mieć, niż nie mieć. Takich naliczyłem w ostatnich pięciu latach dziesięciu, góra dwunastu. W tym roku Alan Czerwiński (GKS Katowice – Zagłębie Lubin), Mateusz Cholewiak (Stal Mielec – Śląsk Wrocław) i Aleksandyr Kolew (Stal Mielec – Sandecja Nowy Sącz). Wcześniej m.in. Jakub Żubrowski (Stal Mielec – Korona Kielce), Denis Popović (Olimpia Grudziądz – Wisła Kraków) czy Bartosz Szeliga (Sandecja Nowy Sącz – Piast Gliwice, dziś Bruk-Bet). Na tej zasadzie można też uznać, że obecność Grzegorza Piesia, Bartosza Śpiączki, Rafała Grzelaka, czy do niedawna Mateusza Piątkowskiego, wstydu ekstraklasie nie przynosiła. Szału nie ma, ale wielce ligi nie osłabiają. Wątpliwości mam co do Łukasza Kosakiewicza z Korony i Damiana Rasaka z Wisły Płock. Mieli w tym sezonie przyzwoite momenty, ale generalnie jednak są w swoich drużynach rezerwowymi. Przy ich ocenie trzeba trochę poczekać na ostateczny werdykt.

Statystyka mówi nam, że naprawdę dobry, anonimowy piłkarz z I ligi trafia do ekstraklasy średnio raz na pięć okienek, czyli co dwa i pół roku. Gdyby rozszerzyć kryterium na niezłych piłkarzy, wyjdzie, że co okienko trafia z I ligi półtora niezłego piłkarza. Nie chciałbym psuć nastrojów we Wrocławiu, ale tych „kilka” transferów z I ligi, to może być trochę za dużo. Zwłaszcza, że dla tych najlepszych, Śląsk raczej nie będzie pierwszym wyborem. Z pięćdziesięciu transferów, niezłych okazało się czternaście. Dwadzieścia osiem procent. Zdecydowana większość to niewypały.

W ostatnich pięciu latach z I ligi trafili bowiem do ekstraklasy także Kamil Słaby, Przemysław Szarek, Łukasz Sołowiej, Rafał Dobroliński, Jakub Mrozik, Fabian Hiszpański, Wołodymir Kowal, Rafał Pietrzak, Adam Mójta, Tomasz Mokwa, Charles Nwaogu czy Bartosz Brodziński. Ta lista zawiera zdecydowanie więcej nazwisk, których większość już nawet nie pamięta. Pamiętać jednak warto: piłkarz z I ligi może się okazać Damianem Kądziorem, ale raczej okaże się Cezarym Demianiukiem (dziś Orlęta Radzyń Podlaski).

Nie piszę tego po to, by zniechęcać kluby do szukania zawodników w I lidze. Niech szukają. Dla samego znalezienia Kądziora czy Góralskiego – warto. Jeśli szukać pożytecznych zapchajdziur – też warto. Lepiej znajdować je tam, niż za granicą. Ale miejmy świadomość skali: jeśli jakiś dyrektor sportowy mówi, że w przyszłym sezonie oprze zespół na zawodnikach z I ligi, to albo kłamie, albo spadnie.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: