Nowa tożsamość TSV 1860 – być jak St. Pauli, zamiast ścigać się z Bayernem

TSV 1860 Monachium jest właśnie na fascynującym rozstaju dróg. Kiedyś chciało się ścigać z Bayernem, za co za dwa tygodnie może zapłacić spadkiem do III ligi. Dziś chce raczej być drugim FC St. Pauli czy Unionem Berlin, czyli klubem ze statusem modnego, kultowego. Tyle że żaden szanujący hipster nie przekroczy bram Allianz Areny. Żeby stać się Mekką symboliczną, najpierw trzeba mieć Mekkę geograficzną.

 Gdy powstawała Bundesliga, nabór drużyn do pierwszego sezonu miał mało wspólnego ze sportem. Władze ligi nie chciały, by grały w niej dwa zespoły z tego samego miasta, nie wpuściły więc Bayernu Monachium, bo sportowo lepsze było – dziś niewyobrażalne – TSV 1860. Pierwsze lata istnienia rozgrywek, nawet po tym, jak Bayern już w końcu się do nich dostał, potwierdzały słuszność decyzji z 1963 roku. W 1965 roku TSV grało w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, gdzie przegrało z West Hamem. Rok później było mistrzem Niemiec. Wcześniej niż po raz pierwszy zrobił to Bayern.

 Historia świata mogła się potoczyć zupełnie inaczej, gdyby bójka z kilkoma krnąbrnymi młodymi graczami 1860 podczas meczu juniorów, nie odwiodła Franza Beckenbauera i kilku jego kumpli od zapisania się to TSV. Poszli do mniej wówczas renomowanego Bayernu i w niedługim czasie zrobili z niego najlepszą drużynę w Europie. O ile tamta decyzja Beckenbauera zdeterminowała na lata podział sił w monachijskim futbolu, o tyle decyzja, jaką TSV 1860 podjęło w 1995 roku może przesądzić o dalszym istnieniu tego klubu.

 Zasłużony klub leży właśnie na przedostatnim miejscu w 2. Bundeslidze. Wielce prawdopodobne, że za dwa tygodnie spadnie do trzeciej. Prawdziwą katastrofą nie jest jednak to, jak wygląda sportowo, bo to może być przejściowe, o ile klub nie wygląda katastrofalnie pod każdym innym względem. Tyle że TSV wygląda.

 Do 1995 roku „Sechzig“ – w Niemczech o tym klubie mówi się niemal wyłącznie „sześćdziesiątka“ – grali na małym, ciasnym i przestarzałym Gruenwalder Stadion (bardziej od zielonego lasu niż naszego Grunwaldu, którzy Niemcy nazywają raczej Tannenbergiem – jodłowym lasem). Wiedzieli, że na takim obiekcie nie mogą się rozwijać, a byli wówczas klubem I-ligowym, całkiem niezłym , zdarzyło im się na przełomie wieków zająć nawet 4. miejsce w Bundeslidze i ograć Bayern. Podjęli wówczas – z dzisiejszej perspektywy trzeba powiedzieć: koszmarną – decyzję o przenosinach na Stadion Olimpijski, ówczesny dom Bayernu. TSV 1860 nigdy nie czuło się na tym wielkim i obcym stadionie u siebie. Na szczęście nie musiało długo. W 2001 roku zdecydowali się wziąć udział w budowie hipernowoczesnej Allianz Areny, co miało dać klubowi niewyobrażalne wcześniej możliwości rozwoju.

 Wszystko byłoby pewnie znakomicie, gdyby w 2003 roku nie spadli nagle z ligi. Próbowali natychmiast wrócić i byli bardzo blisko w 2005 roku. Zajęli jednak czwarte miejsce i popadli w prawdziwe problemy. Kibice Stuttgartu czy HSV zastanawiają się dzisiaj czy ich klubom nie zrobiłoby lepiej, gdyby spadły w tym roku z Bundesligi i w spokoju się „oczyściły“. Przykład TSV 1860 pokazuje, że nie byłoby lepiej. Jeśli nie spadasz przygotowany, możesz się roztrzaskać.

 W 2006 roku monachijski klub popadł w tak duże długi, że właścicieli zdecydowali się pójść na skróty, sprzedając swoje udziały w Allianz Arenie Bayernowi. Doraźnie pomogło to poprawić sytuację, jednak mało kto wówczas zwrócił uwagę na fakt, że TSV stało się z dnia na dzień klubem bezdomnym. Stało się najemcą „własnego“ stadionu. Do Olimpijskiego nie mieli żadnych praw, a ich stary Gruenwalder od lat popadał w coraz większą ruinę. 1860 popadać zaczęło za to w ruinę finansową. Allianz Arenę musiało wynajmować z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli także z bardzo drogimi lożami, zapełnionymi na II-ligowych meczach zaledwie w 1/10. Sprzedanie udziałów Bayernowi sprawiło też, że wielu kibiców TSV odwróciło się od zespołu. Do dziś kilka tysięcy z nich przyznaje, że nie chodzi na mecze swojej drużyny, by nie sponsorować Bayernu. Średnia frekwencja spadła z ponad 41 tysięcy w 2005 roku do 19 tysięcy w 2013.

 Obecność na Allianz Arenie być może będzie wkrótce gwoździem do trumny dla zasłużonego klubu, ale w 2011 roku go uratowała. TSV 1860 było wtedy na krawędzi bankructwa. Ocalił go tajemniczy jordański inwestor Hasan Ismaik, który na dzień dobry zainwestował w klub 18,4 mln euro, przejmując 49% udziałów w klubie, czyli wszystko, co wedle reguły 51 mógł przejąć. Usłyszał opowieści o podupdłej dawnej potędze, w którą wystarczy wpompować trochę pieniędzy, by wejść na europejskie salony. Kusiła go wizja bycia właścicielem klubu, który gra na takim stadionie.

 W jego imieniu w Monachium zarządza kuzyn Noor Basha. Siedzi w stolicy Bawarii od trzech lat i już coraz bardziej widzi, jak bardzo jego kuzyn wdepnął, ale nadziei nie chce go pozbawiać. Cały czas deklaruje, że wierzy w postawienie TSV 1860 na nogi. Choć Jordańczycy przez kolejne lata wpompowali w klub już 40 milionów euro, ten dalej ma 10 milionów długu i sportowo jest w fatalnym położeniu.

 TSV rozgrywa na zapleczu ekstraklasy już jedenasty sezon. Naprawdę blisko awansu było tylko w pierwszym. W tym roku obsunęło się tak nisko, jak już dawno nie było. W ciągu tych jedenastu lat, klub prowadziło już 13 trenerów. Tylko w tym sezonie było ich czterech. Razem z trenerami zmieniali się też oczywiście dyrektorzy sportowi, a wraz z nimi cała wizja klubu. Nie poradził sobie Stefan Reuter, którego w 2009 roku pogoniono. Jak pokazuje, budując Augsburg, klub przecież o dużo mniejszym potencjale – przedwcześnie. Miroslavovi Steviciowi pozwolono porządzić rok dłużej. Teraz króluje Gerhard Poschner, ale jak pokazuje ten sezon, chyba nie za bardzo wie co robi. – Rok w TSV jest jak dziesięć lat gdzie indziej – przyznał w chwili zwątpienia. Sprawy nie ułatwia prezydent Gerhard Mayrhofer. Kontrowersyjny, mający tysiąc pomysłów na minutę, najczęściej wzajemnie się wykluczających. Nic dziwnego, że w tym chaosie wszyscy zapominają o piłkarzach.

 A ci przez lata beznadziei przewinęli się przez Monachium nieprzeciętni. Szkółka TSV 1860 wychowuje coraz mniej ciekawych graczy, to już bardziej kopalnia kamienia, a nie diamentów, ale i tak lista wypromowanych piłkarzy robi wrażenie. Najbardziej znani z ostatnich lat to choćby bracia Benderowie (Bayer Leverkusen i Borussia Dortmund) oraz Kevin Volland (Hoffenheim), w komplecie reprezentanci Niemiec. Gdyby całą ekipę utrzymać w jednym miejscu, TSV 1860 nie miałoby problemów z awansem. Ale żeby utrzymać takich graczy, trzeba nie mieć innych problemów.

 W 2014 roku w klubie pojawił się Markus Rejek, który przez 14 lat pracował w Borussii Dortmund. Najpierw widział jak potęga upada, a później jak błyskawicznie się podnosi. To on jest jednym z współautorów jednego z najbardziej cenionych klubowych sloganów na świecie „Echte Liebe“. To on wymyślił, że do klubowego wizerunku pasowałoby, gdyby Juergen Klopp nosił czapeczkę z daszkiem (swoją drogą, to straszne, że Klopp jest, jaki jest także dlatego, że stworzył go takim zręczny marketingowiec). Rejek przyszedł do Monachium, by dryfującemu bez celu klubowi nadać pomysł na dalsze istnienie.

 Aktualnie „Lwy“ pracują nad uzyskaniem statusu klubu „kultowego“. Chodzi o to, by stać się modnym, niezależnie od sportowych wyników. Ktoś kiedyś, w latach 90. uwierzył, że TSV 1860 powinno się ścigać z Bayernem, co poskutkowało opuszczeniem własnego stadionu i popadnięciem w długi. Nie, w tej rywalizacji jest już sportowo z góry skazane na niepowodzenie. Decyzji Beckenbauera sprzed 40 lat nic już nie zmieni. TSV 1860 marzy teraz, by stać się drugim FC St. Pauli czy Unionem Berlin. Klubami, które cokolwiek zrobią i tak będą Mekkami hipsterów z całej Europy.

 Mekka to jednak pojęcie tyleż symboliczne, co geograficzne. By hipsterzy mieli dokąd pielgrzymować, najpierw trzeba mieć siedzibę. Żaden szanujący się hipster nie wejdzie na Allianz Arenę. Potrzebny byłby raczej ciasny, klimatyczny, mocno pokryty patyną, ale własny stadion. Dlatego TSV 1860 coraz tęskniej spogląda w kierunku starego, 12-tysięcznego Gruenwalder Stadionu. Padły już nawet, wprawdzie natychmiast dementowane, wypowiedzi o tym, że w razie spadku do III ligi, nie ma mowy o dalszej grze na Allianz Arenie, mimo umowy wynajmu obowiązującej do 2025 roku. TSV 1860 Monachium chce naprawić wielki, historyczny błąd sprzed 20 lat. O ile jeszcze nie jest za późno.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: