Niedoceniane zalety grania o nic

O zaletach i wadach systemu niemiłościwie nam panującego systemu rozgrywek ESA37 powiedziano już w ciągu trzech lat jego istnienia wiele, ale nadal mam wrażenie, że nie wszystko. Nie powiedziano, że granie o nic może być pożyteczne.

Dlaczego nie jak w Premier League?

Choć niezbyt często jest mi po drodze z tym, co mówi Michał Probierz, akurat w tym aspekcie trenerowi Jagiellonii Białystok muszę przyznać rację. W wywiadzie telewizyjnym przed niedawnym meczem z Podbeskidziem Bielsko-Biała stwierdził: “Oglądałem dzisiaj u państwa w stacji mecz Premier League Swansea – Liverpool. Komentatorzy zachwycali się, że jest końcówka sezonu i jak to fajnie, że trenerzy mają okazję wpuścić do ligi młodych zawodników. Dlaczego tam to jest fajne, a u nas nie?”. No, właśnie, dlaczego?

“EMOCJE!” argumentem na wszystko

Zwolennicy obecnego systemu wszystkie argumenty o tym, że jest niesprawiedliwy, przesadnie udziwniony i sprawia, że mistrzem niekoniecznie zostaje najlepsza drużyna, a ligę opuszcza niekoniecznie najgorsza drużyna w ciągu roku, a jedynie w ciągu ostatniego miesiąca, zbywają argumentem: JEST CIEKAWIE. Są emocje. Nie ma meczów o nic.

Dziewięć ofiar systemu

Efektem ubocznym tego, że są emocje, jest coraz słabsze trzymanie ciśnienia przez ligowych prezesów, którzy – przyznajmy – nigdy nie cieszyli się opinią najcierpliwszych ludzi na ziemi. Ostatnie trzy lata przyniosły na moje oko przynajmniej dziewięć zmian trenerskich, których prawdopodobnie nie byłoby (albo przynajmniej nie w tamtym momencie), gdyby nie system ESA 37:

W sezonie 2012/13 Wojciecha Stawowego zwolniono z Cracovii tuż po podziale punktów, choć przecież “Pasy”, jako beniaminek, spisywały się naprawdę nieźle. Ale zajęły dziewiąte miejsce i zamiast w grupie mistrzowskiej, znalazły się w grupie spadkowej. Po dwóch porażkach w fazie finałowej, Stawowy stracił pracę, bo drużynie zajrzał w oczy strach przed spadkiem. Gdyby nie sztuczne kreowanie emocji, Stawowy wypełniłby kontrakt do końca sezonu i w cywilizowanych warunkach odszedłby po rozgrywkach. Nie byłoby konieczności tymczasowego zatrudniania na miesiąc Mirosława Hajdy.

W analogicznej sytuacji znalazł się Marcin Brosz, zwolniony z Piasta Gliwice po braku awansu do ósemki. Zastąpił go wtedy Angel Perez Garcia, który przepracował rok, a gdy okazało się, że gliwiczanie znów najprawdopodobniej nie załapią się do grupy mistrzowskiej, został zwolniony kosztem Radoslava Latala.

Górnik Zabrze zwolnił Ryszarda Wieczorka, choć drużyna była na piątym miejscu. Owszem, drużyna grała źle, ale gdyby nie podział punktów, nic by jej nie groziło. Władze klubu przestraszyły się jednak, że zespół wypadnie z czołowej ósemki i zwolniły trenera. Analogiczne były przykłady Piotra Stokowca zwolnionego z Jagiellonii Białystok, Jana Kocjana, którego pożegnano w Pogoni Szczecin czy Leszka Ojrzyńskiego, zwolnionego z Podbeskidzia Bielsko-Biała, mimo że czołową ósemkę przegrał o punkt. Dyskusyjne są tegoroczne przypadki Romualda Szukiełowicza w Śląsku Wrocław i Tadeusza Pawłowskiego z Wisły Kraków. Ich drużyny, w momencie zmian trenerskich, znajdowały się wprawdzie w stanie zagrożenia spadkiem z ligi, nawet gdyby nie było podziału, ale stawiam franki przeciw migdałom, że prezesom byłoby łatwiej zachować cierpliwość, gdyby nie mieli w perspektywie morderczego podziału punktów i niesprawiedliwego finiszu. O tym, że system wywołuje nerwowość mogą też świadczyć ostatnie losy Michała Probierza i Roberta Podolińskiego. Ostatecznie nie zostali zwolnieni, ale sam fakt, że o ich przyszłości się spekulowało, wynika z systemu rozgrywek. Bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie myślałby o zwolnieniu Podolińskiego z Podbeskidzia czy Probierza z Jagi, bo ich zespoły miały bezpieczną przewagę nad strefą spadkową. Ale nastąpił podział punktów.

Testy dla młodych

Nie ma meczów o nic, więc trenerzy grający notorycznie o posadę, jeszcze bardziej siedzą na dynamitach. A siedząc na dynamitach, praktycznie nie mogą sobie pozwolić na wpuszczanie młodych do drużyny. Mecz bez stawki może mieć sporą wartość szkoleniową. Z jednej strony, debiutant ma możliwość otrzaskania się z ligową piłką, rywalami, kamerami telewizyjnymi, tysiącami kibiców na trybunach, a z drugiej, jeśli popełni błąd, jego drużyna nie spadnie z ligi i w rodzinnym mieście nie zostanie zlinczowany. W ten sposób w lidze debiutowali Bartłomiej Drągowski (wpuścił cztery gole, bez konsekwencji), Przemysław Mystkowski czy ostatnio Przemysław Bargiel, jeszcze jako gimnazjaliści. Trenerzy raczej nie wpuściliby ich, gdyby wiedzieli, że w przypadku, gdy młodzi nie wytrzymają psychicznie, drużyny spadną z ligi, a oni stracą pracę.

Od razu pod wodospad

W obecnych warunkach, trener będzie raczej wolał ściągnąć – tak jak Podoliński do Podbeskidzia – ogranego w ekstraklasie białoruskiej 27-letniego Białorusina, zamiast postawić na nieogranego, ale wyróżniającego się w I lidze polskiego 20-latka. Można go zrozumieć o tyle, że trener w każdym meczu walczy o przetrwanie. Zazwyczaj na wpuszczanie młodych nie mogli sobie pozwolić ci, którzy bili się o mistrzostwo Polski i o utrzymanie, bo “presja za wysoka”. Teraz połowa ligi bije się o utrzymanie, a druga połowa o puchary, więc coraz mniej jest okazji, by przetestować młodego w boju, nie wrzucając go od razu do wodospadu.

Nieliczni szczęśliwi

Oczywiście i w systemie ESA 37 zdarzają się drużyny, które grają o nic. Tak Probierz ogrywał dwa lata temu Drągowskiego i Mystkowskiego. Tak rok temu Czesław Michniewicz odpuścił wszystkie mecze w grupie mistrzowskiej, by dokonać przeglądu kadr i dziś gra o puchary. Tak teraz Waldemar Fornalik buduje już Ruch na przyszły sezon. Doskonale, że ma taką możliwość. Szkoda, że tylko on.

Kibic też chce wiedzieć

Jasne, dla postronnego kibica mecze o nic są mniej ciekawe niż mecze o wszystko. Ale też nie przesadzajmy, w polskich warunkach, gdy wszystkie drużyny są na bardzo podobnym poziomie i nawet przed podziałem punktów walka o utrzymanie, puchary i mistrzostwo trwała zwykle do samego końca, wcale nie było ich znowu tak dużo. Akurat tyle, by kibice z ciekawością obejrzeli, jakich to 18-latków kluby trzymają w zanadrzu i do czego się nadają czekający na szansę wychowankowie, schowani w szafach przez większość sezonu, kiedy drużyna jeszcze o coś gra.

Odwrotnie niż w siatkówce

Władze lig siatkarskich w Polsce, przecież liczących się na kontynencie zdecydowanie bardziej niż piłkarska, zdecydowały kilka lat temu o zamknięciu rozgrywek, by kluby, nie będąc zagrożone spadkiem, chętniej wpuszczały na parkiety młodych siatkarzy i siatkarki. To zabieg radykalny w drugą stronę, mający tak samo mało wspólnego ze sportem, co system ESA 37, ale pokazujący, że zdjęcie presji ma się przyczynić do poprawy poziomu. U nas presję się potęguje, pompuje sztucznie do granic możliwości, a poziom stoi w miejscu, bo trudno żeby szedł w górę. W efekcie czego ekstraklasę nadal najciekawiej ogląda się poprzez czytanie suchych wyników i śledzenie tabelek, bo mecze nawet najlepszych drużyn wyglądają tak, jak ostatni finał Pucharu Polski.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: