Złote drużyny bez złotych pokoleń

 

Radość z tego, że w lecie znów, jak w 2017 roku, będzie okazja w Polsce zobaczyć ciekawy turniej młodzieżowy, zamiast bezczynnie wyczekiwać aż do treningów wrócą ekstraklasowi piłkarze, szybko ustąpiła rozczarowaniu, gdy spojrzałem na listę uczestników polskiego mundialu do lat dwudziestu. Co to za mistrzostwa świata bez Anglików, Brazylijczyków, Hiszpanów, Niemców czy Holendrów? Jednej z tej nacji może raz za czas zabraknąć, ale żeby wszystkich?

Niekorzystny układ

Z zawodowego punktu widzenia też ułożyło się fatalnie. Żadnych Niemców, żadnych Szwajcarów, żadnych Austriaków, Włosi po drugiej stronie kraju, a po tej wiele reprezentacji, których piłkarze niezbyt biegle władają angielskim, co sprawiało, że po wielu meczach do strefy mieszanej miałem iść tylko dla formalności, by poczuć się jak turysta z kawału o bacy. Nie narzekałem, bo po Euro U21 sprzed dwóch lat, gdy mieszkający w Krakowie Niemcy zdobywali pod moim nosem mistrzostwo, wyczerpałem już na jakiś czas turniejowe zawodowe szczęście.

Gwiazdy tylko przyszłe

Embed from Getty Images

Diogo Dalot

Lektura składów też minimalizowała entuzjazm. Być może prawdą jest, że w mundialach U-20 udział biorą przyszłe gwiazdy, ale na pewno nie obecne. W większości drużyn brakowało postaci rozpoznawanych przez kogoś więcej niż pasjonatów piłki młodzieżowej i zawodowych skautów. Potencjalnie największymi gwiazdami turnieju mieli być Diogo Dalot, obiecujący, ale w minionym sezonie raczej rezerwowy Manchesteru United, Dan-Axel Zagadou, czyli najsłabszy punkt obrony Borussii Dortmund w poprzednich rozgrywkach, którego kilka błędów kosztowało BVB tytuł mistrzowski oraz Mickael Cuisance, którego uwielbiam, ale odgrywa w Borussii Moenchengladbach marginalną rolę. Gdy jeszcze Timothy Weah z Paris Saint-Germain, jedno z niewielu dużych nazwisk, po pierwszym meczu błyskawicznie dał mi znać, że nie ma zamiaru rozmawiać, wcale nie miałem już wrażenia, że polski mundial będzie czymś wspaniałym.

Miła odtrutka

A jednak był. W pierwszym meczu, jaki widziałem, oglądałem przyszłych mistrzów świata. I kompletnie się tego nie spodziewałem. Ani przed meczem, ani tym bardziej po nim. To Amerykanie byli w Bielsku-Białej lepsi. To oni chcieli budować akcje, przebywać przy piłce, lepiej prezentowali się technicznie. Środkowy pomocnik Alex Mendez z juniorskiej drużyny SC Freiburg szybko trafił do mojego notesu zawodników, których warto zapamiętać. Podobnie jak Sebastian Soto, który zaliczył epizody w Hannoverze 96. A jednak Amerykanie przegrali z jak mi się wtedy zdawało, topornymi Ukraińcami, którzy bazowali tylko na stałych fragmentach gry i długich przerzutach Heorhija Citaiszwilego. Wygraną Ukrainy przyjąłem jako niezasłużoną, ale wyszedłem ze stadionu przyjemnie zaskoczony poziomem meczu. O ile w spotkaniu Argentyny z Portugalią spodziewałem się ujrzeć piłkarzy z innej planety, o tyle po meczach Ukraina – USA czy Nigeria – Ukraina nie oczekiwałem, że poziom będzie wiele wyższy niż w ekstraklasie. A był. Te mistrzostwa okazały się dobrą odtrutką po sezonie z ligą polską.

Embed from Getty Images

Lee Kang-in

Prawda turniejowa

W drugim meczu w Bielsku-Białej zaprezentowali się przyszli wicemistrzowie świata. Gdyby ktoś mi wtedy to powiedział, nie byłbym zaskoczony. Spytałbym, z kim Portugalia przegrała finał. Koreańczycy nie wyglądali jak zespół, który ma osiągnąć historyczny sukces. Lee Kang-in, wybrany najlepszym piłkarzem turnieju, został całkowicie zneutralizowany. Selekcjoner Portugalczyków cieszył się, że jego zawodnikom udało się oszczędzić siły na kolejne spotkania, nie wiedząc, że dla jego drużyny turniej skończy się tydzień później. Koreańczycy, podobnie jak Ukraińcy, okazali się zespołem turniejowym. Rozkręcającym się z rundy na rundę. Obaj finaliści pokazali, że mundiale młodzieżowe w jednym nie różnią się od seniorskich, choć wszyscy wokół zawsze przekonują, że się różnią. Dobre drużyny odnoszą lepsze wyniki niż dobrzy piłkarze.

Malijski talent

O ile skauci jeżdżą na młodzieżowe turnieje, by wynotować jak największą liczbę talentów, o tyle w mistrzostwach najlepsze wyniki osiągają najlepsze drużyny, a nie ci, którzy mają najlepszych piłkarzy. Na najlepszego gracza turnieju długo wyglądał mi Malijczyk Sekou Koita, który w ofensywie wyczyniał cuda. Grał jednak w zbyt nierównej drużynie. Mali potrafiło robić z przodu niesamowite rzeczy, ale traciło horrendalne liczby bramek, przez co zatrzymało się na ćwierćfinale i Koita nie był nawet brany pod uwagę przy wybieraniu najlepszego gracza turnieju. Wybrano Kang-ina, który do ćwierćfinału miał na koncie ledwie jedną asystę, ale rósł z każdą rundą. Jestem jednak pewny, że akurat skauci o Koicie nie zapomnieli. Nie było zaskakujące, że już w trakcie mistrzostw Red Bull Salzburg ogłosił, że Malijczyk wraca do klubu po wypożyczeniu do Wolfsbergera AC.

Embed from Getty Images

Sekou Koita

Problemy Petrakowa

W zespołach Ukrainy i Korei nie grali najlepsi piłkarze. Obie drużyny były jednak najlepiej poukładane. Z każdą rundą nabierałem przekonania, że największą gwiazdą ukraińskiej ekipy jest selekcjoner Ołeksandr Petrakow, który musiał się zmagać ze sporymi przeciwnościami. Przed turniejem wypadł mu z gry świetny obrońca Witalij Mykołenko. Przed ćwierćfinałami selekcjoner dorosłej reprezentacji zabrał mu podstawowego bramkarza Andrija Łunina. W finale nie mógł zagrać Denys Popow, lider obrony. Przez cały turniej podstawowym stoperem był Danyło Beskorowajny, który poziomem wyraźnie odstawał od reszty drużyny i nawet w finale sprokurował rzut karny.

Poukładana machina

A jednak całościowo wszystko funkcjonowało znakomicie. Petrakow wiedział, kiedy posadzić na ławce napastnika Władysława Supriahę, który miał być gwiazdą, ale zawodził, więc został zastąpiony Danyło Sikanem, strzelcem czterech goli w turnieju. Wiedział też jednak, że warto przywrócić Supriahę do składu na mecz finałowy, którego został bohaterem, strzelając dwa gole. W ukraińskiej ekipie wszystko chodziło jak w zegarku. Bramkarz był solidny, trzech stoperów i dwóch ustawionych przed nimi defensywnych pomocników pilnowało tyłów, wahadłowi Juchym Konopla i Wiktor Kornijenko byli głównymi motorami napędowymi ofensywy, a za mózgi robili dwaj rozgrywający Heorhij Citaiszwili i Serhij Bułeca, czyli najciekawsi technicznie zawodnicy w zespole. Wahadłowi z rozgrywającymi brali na siebie całe rozgrywanie akcji, środkowy napastnik z tego korzystał, a cała reszta zajmowała się przeszkadzaniem rywalom i organizowaniem gry. Gdy coś nie wychodziło, ratunek nadchodził poprzez dobrze opracowane stałe fragmenty gry. Wcale nie trzeba było złotego pokolenia, by sięgnąć po złoto. Wystarczył trener, który potrafił poukładać i zgrać solidnych, ale nie wybitnych piłkarzy.

Przestawiona Korea

Koreańczycy jeszcze rzadziej niż Ukraińcy chcieli przebywać przy piłce. W całym turnieju ochoczo oddawali inicjatywę rywalom. W zeszłorocznym Pucharze Azji, gdzie doszli do finału, grali jeszcze czwórką obrońców, ale natychmiast po przegranym meczu o złoto z Arabią Saudyjską trener zaczął przygotowywać zespół do tego, by na mundialu był w stanie zagrać piątką z tyłu. W ten sposób ustawiał drużynę we wszystkich meczach towarzyskich w ostatnich miesiącach. Turniej w Polsce pokazał, że jego zawodnicy szybko się tego nauczyli.

Drużyna Kang-ina

Koreańczycy pokazywali tradycyjnie kojarzone z nimi wartości, czyli pracowitość, bieganie i wolę walki, przez co wszystkim piekielnie trudno się z nimi grało. Jedynym piłkarzem, który nie był spętany dyscypliną, był Lee Kang-in, grający jak wolny elektron, niby ustawiony w ataku, obok rosłego, ale dość topornego Oh Se-huna, lecz często schodzący po piłkę do drugiej linii czy na boki. W ukraińskiej ekipie wielu było nastawionych defensywnie, ale w koreańskiej była to miażdżąca większość. Wahadłowi raczej skupiali się na bronieniu, niż bieganiu do przodu, pomocnicy raczej zabezpieczali tyły, niż kreowali grę. Stricte ofensywnie w zespole myślało tylko dwóch napastników, a rozgrywać potrafił tylko jeden z nich. Jeśli Kang-inowi należała się nagroda dla najlepszego piłkarza turnieju, to właśnie za to, że osobiście i praktycznie w pojedynkę zaciągnął zespół do finału.

Złote drużyny, ale nie pokolenia

Po tym, jak śledziłem z bliska Ukrainę i Koreę Południową przez cały turniej, nie będę zdziwiony, jeśli za kilka lat okaże się, że ze złotej i srebrnej drużyny niewiele w dorosłej piłce zostało. Że gdy piłkarze rozpierzchną się po świecie i najlepszych klubach, wcale nie okażą się złotymi dziećmi. Jedni i drudzy byli na polskim turnieju silni przede wszystkim pomysłem na grę swoich trenerów. Byli silnymi drużynami, ale najwybitniejsze jednostki z roczników 1999 i 2000 w większości albo odpadły we wcześniejszych rundach, albo w ogóle nie zakwalifikowały się na turniej.

Naprawiony błąd dziejowy

Ostatecznie, wbrew początkowym obawom, przeżyłem na mundialu do lat dwudziestu znakomite trzy tygodnie, podczas których piłkarze, których nie znałem, okazywali się zaskakująco dobrzy, a drużyny, po których niczego nie oczekiwałem, tworzyli fantastyczne widowiska. Zawodowo też było dobrze, bo nie na co dzień zdarza się okazja porozmawiać z piłkarzem Manchesteru United w Jaworzu, kwadrans od rodzinnego domu. Naprawiłem w ten sposób swój kardynalny błąd z Lublina z 2015 roku, gdy młoda gwiazda Monaco wręcz pchała się pod mój dyktafon, a ja stwierdziłem, że nie ma sensu robić z nią wywiadu, bo i tak nikt w Polsce nie wie, kto to jest. To był Anthony Martial. Miesiąc później, gdy przechodził do Manchesteru United za sześćdziesiąt milionów euro, pisał o nim cały świat.

Podziel się wpisem: