Na mundialach piękne są tylko chwile

Należę do wąskiego grona fanów piłki, których mitem założycielskim nie był żaden mundial. Nie potrafię wskazać swojego pierwszego turnieju i nie od mistrzostw świata zaczęło się moje oglądanie futbolu. Z 1998 roku mam przebłysk z meczu Holandia – Argentyna, ale całkiem świadomie pamiętam tylko finał Francji z Brazylią. Zwłaszcza gola Emmanuela Petita, co jest o tyle dziwne, że z tamtego finału pamięta się przede wszystkim dwa gole Zinedine’a Zidane’a, bo ten trzeci już o niczym nie decydował. Mundial w 2002 roku był z kolei trudny do oglądania. Mecze toczyły się w godzinach porannych, gdy trzeba było chodzić do szkoły. By oglądać wszystkie spotkania, trzeba było mieć polsatowski dekoder, którego w moim domu nie było. Turniej oglądałem więc częściowo w czeskiej telewizji, którą ledwo, bo ledwo, ale jednak dało się jakoś złapać, z komentarzem z radiowej Jedynki, częściowo w TVP, te nieliczne mecze, które w niej pokazywano, a częściowo w pubach, co brzmi dziwnie, jak na dziesięciolatka. Gdy to piszę, w ogóle wygląda to jak opowieści sprzed wojny. Ale tak było. Trudno więc się było w tamtym mundialu zakochać. A w 2006 byłem już czternastoletnim chłystkiem, więc ciężko już mówić o dziecięcej fascynacji piłką. Moim mitem założycielskim było Euro 2000, to tamten turniej sobie idealizuję i uważam za najlepszy w dziejach. Mam szczęście, bo podobno faktycznie był jednym z najlepszych. Do mundiali podchodzę więc raczej mało sentymentalnie. Nie mam w sercu osobnej komory, jak wielu kibiców, ze swoimi pierwszymi mistrzostwami świata, do których już absolutnie nic nie może się równać.

Dlatego ze zdziwieniem obserwowałem w ostatnich tygodniach dyskusję o tym, czy obecny mundial jest piękny, czy jednak słaby. Myślę, że był to mundial, jak mundial.  Ani piękniejszy niż zwykle, ani brzydszy. Poziom siłą rzeczy musi być wyższy w piłce klubowej. W istnienie jakichś nowinek taktycznych czy technicznych, które przynosiły dawne mundiale, też niespecjalnie wierzę. Myślę, że po prostu w przeszłości mundiale były jedyną stycznością z zagraniczną piłką. Pozwalały więc zobaczyć, co w przeciągu czterech lat wymyślono w klubowej piłce. Nie oznacza to jednak, że innowacje dokonywały się wtedy w reprezentacjach. Raczej, tak jak dzisiaj, dokonywały się w klubach, w codziennej pracy, tyle że teraz oglądamy zagranicznych piłkarzy i trenerów codziennie, a wtedy oglądaliśmy co cztery lata, więc mundiale stanowiły objawienia, których dziś już stanowić nie mogą.

Czy pamiętam jakiś absolutnie wspaniały mundial z wszechwładnymi mistrzami? Pamiętam, że w 2002 roku do finału dostała się jedna z najgorszych reprezentacji Niemiec w historii, wygrywając po drodze po 1:0 z Paragwajem, Stanami Zjednoczonymi i Koreą Południową. Pamiętam, że Korea Południowa była ciągnięta za uszy przez sędziów aż do półfinału. I że trzecie miejsce zdobyła Turcja, która – by to zrobić – musiała pokonać Japonię, Senegal i Koreę Południową. Brazylia, owszem, była najmocniejsza, ale meczu z Belgią w 1/8 finału by nie przetrwała, gdyby nie świetna forma bramkarza Marcosa, uznawanego za najsłabsze ogniwo tamtego zespołu. To nie był szczególnie piękny mundial.

Pamiętam też, że w 2006 roku mistrzostwo zdobyli Włosi, którzy w 1/8 finału przeszli Australię tylko dlatego, że w końcówce wymusili rzut karny, którego nie powinno było być. A potem rozbili Ukrainę. Pamiętam, że po trzecie miejsce sięgnęli Niemcy, którzy wcale nie byli wtedy wybitną drużyną. I że do finału doszła Francja, która w grupie nie potrafiła pokonać ani Szwajcarii, ani Korei Południowej, a uratowała się dopiero zwycięstwem z Togo. I że potem na cztery mecze ożył Zidane, który rozgrywał wtedy bardzo słaby sezon. To nie był mundial marzeń.

I pamiętam, że w 2010 roku Hiszpania zaczęła od porażki ze Szwajcarią, a potem w fazie pucharowej każdego ogrywała po 1:0, wykorzystując posiadanie piłki przede wszystkim jako broń defensywną. A w finale zagrała z wyjątkowo brzydką Holandią, w której Mark Van Bommel i Nigel De Jong brutalnymi metodami uprzykrzali rywalom życie. A w 2014 roku? Wygrali Niemcy, którzy zremisowali z Ghaną, ledwo przeszli Stany Zjednoczone, wisieli nad przepaścią przeciwko Algierii, zaryglowali bramkę w meczu z Francją, a w finale wygrali szachowy pojedynek z Argentyną. Zarzuty względem Francji 2018 czy Chorwacji, która też nie przez cały turniej zachwycała poziomem, uważam więc za nietrafione. Tak wyglądał praktycznie każdy mistrz z XXI wieku. Wcześniej nie sięgam, bo nie pamiętam. Ale z tego, co słyszę, Francja 1998 czy Brazylia 1994 też nie były zapierającymi dech w piersiach zespołami. Tak już zwykle wyglądają mistrzowie świata.

Mówi się czasem, że ten mundial był piękny dzięki niespodziankom. Faktycznie, po raz pierwszy w historii w półfinale nie było ani Niemców, ani Brazylijczyków, ani Argentyńczyków. Ale jednak turniej znów wygrał zespół z wąskiego grona drużyn, które między sobą rozdzielają tytuły za mistrzostwo świata już od dziewięćdziesięciu lat. I jednak niespodzianki to nie specyfika tegorocznego mundialu, tylko mundiali w ogóle. Odpadnięcie Francji i Argentyny w grupie w 2002 roku było gigantyczną sensacją. Tego, że Brazylia w 2006 roku nie dojdzie do strefy medalowej nikt się nie spodziewał. Tak jak tego, że Włosi i Francuzi po trzech meczach pojadą do domu w 2010, a Hiszpanie i Włosi w 2014. Niespodzianki są zawsze.

Mundiale są piękne dzięki momentom. Dzięki pojedynczym drużynom, nielicznym meczom, dramaturgii. Są piękne trzydziestoma minutami Niemców z Brazylią w 2014 roku. Są piękne Urugwajem z 2010 roku. Są piękne zorganizowaną obroną Iranu z 2018 roku. Są piękne zmienieniem bramkarza przez Louisa Van Gaala tuż przed serią rzutów karnych w 2014 roku. Są piękne końcówką dogrywki Włochów z Niemcami w 2006. Są piękne golem Ronaldo w ostatniej minucie meczu z Hiszpanią i Toniego Kroosa w ostatniej sekundzie meczu ze Szwecją w 2018. Są piękne porywającym Marokiem i Peru, które odpadły w grupie i Australią z 2006 i Senegalem z 2002 roku. Są pamiętne Zidanem z finału w 2006, spektakularnym powrotem do zdrowia Ronaldo w 2002 i zaciekłymi Chorwatami w 2018. Kontrą Belgów w meczu z Japonią w 2018, rajdem Kyliana Mbappe z Argentyną, strzałem Ronaldinho z Anglią w 2002, golem Argentyny z Serbią i Czarnogórą w 2006. Na mundialu piękne są tylko chwile. To zrozumiałe, że sześćdziesiąt cztery mecze nie mogą wbijać w fotel. W mundialach chodzi o to, by przez miesiąc oglądać wszystko, łowić epizody i pielęgnować je w pamięci przez kolejne lata. Na tym w ogóle polega dla mnie piękno futbolu: że goli jest w nim mało, w porównaniu do innych dyscyplin. Że podrywa się z miejsca tylko raz na półtorej godziny. Że czasem przez 90 minut czeka się na ten jeden epizod. To przyjemność jak z łowienia ryb. Chodzi o siedzenie, cierpliwe wyczekiwanie, obserwowanie i ucieszenie się z tego jednego momentu, gdy poczuje się ciężar na wędce, a nie zbieranie garściami.

Czy więc mundial w 2018 roku był piękny? Był. Czy był piękniejszy niż wcześniejsze mundiale? Moim zdaniem nie. Był właśnie taki, jaki zwykle jest mundial. Czasem emocjonujący, czasem nudny, czasem piękny. W którym nigdy nie sposób przewidzieć, w którym momencie i w jakim meczu zdarzy się coś niesamowitego, historycznego, co nie pozwala uronić ani jednej chwili. Na tym polegają mistrzostwa świata. Jestem w pełni usatysfakcjonowany i już nie mogę się doczekać kolejnych.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: