Lepszy laik z fartem niż profesor matematyki

Firmy reklamujące zakłady bukmacherskie rozpanoszyły się w świecie futbolu. Sponsorują kluby, media sportowe, wykupują reklamy na koszulkach i w telewizjach sportowych. Mnie świat bukmacherski zaczął interesować od zupełnie nietypowej strony. Czyli matematycznej. Ciekawsze jest dla mnie nie pytanie “jak ograć bukmachera?”, a “jak bukmacher wyliczył akurat taki kurs”. Bardzo ciekawie o tej kwestii pisze David Sumpter, amerykański profesor matematyki, w wydanej przed rokiem na polskim rynku książce “Piłkomatyka”.

Choć zawsze lubiłem futbol, przynajmniej od 2004 roku nie lubiłem typowania wyników. Gdy Wisła Kraków grała o awans do Ligi Mistrzów z Realem Madryt, przed telewizorem sąsiadów zebrała się cała okolica, by wspólnie przeżywać to wielkie wydarzenie. Na dużej tablicy każdy wpisał przewidywany przez siebie wynik. Byli w tym gronie ludzie regularnie chodzący na mecze Podbeskidzia Bielsko-Biała, reprezentacji Polski, czasem Wisły Kraków. Wiedzący, kto to jest Fernando Morientes i jakie ma atuty Mirosław Szymkowiak. No i ja, interesujący się wtedy każdą ligą świata. Mecz trwał już ponad godzinę i ciągle utrzymywał się bezbramkowy remis, wskazany przez lekarkę, nie mającą o futbolu żadnego pojęcia, która ożywiała się jedynie w momentach zbliżeń na Radosława Majdana, krzycząc: “Radziu, Radziu!”, irytując bardziej wyrobioną piłkarsko część towarzystwa. Ostatecznie Real wygrał 2:0, czego nie przewidział nikt. Symboliczną nagrodę wygrała ona, bo była najbliżej. Dopiero po latach usłyszałem cytat z Franza Beckenbauera, dobrze pasujący do tamtego sierpniowego wieczoru: “Kto dobrze typuje, ten nie zna się na piłce”.

Nigdy nie lubiłem też matematyki. Jedyne działy, które żywo mnie interesowały, to statystyka i rachunek prawdopodobieństwa. Po latach miało się okazać, że dwie nielubiane przeze mnie kiedyś dziedziny, czyli zakłady bukmacherskie i matematyka, bardzo ściśle się łączą. Matthew Benham, właściciel angielskiego Brentford i duńskiego Midtjylland, wprowadzający w tych klubach metody rodem z amerykańskiego filmu i książki “Moneyball”, wcześniej był analitykiem w firmie bukmacherskiej. Wyliczenia z pogranicza piłki nożnej, matematyki i zakładów bukmacherskich stały się jedną z moich głównych zawodowych pasji.

Nie sprawiło to, że zacząłem obstawiać wyniki spotkań.  Nie dlatego, bym uważał nawet legalne zakłady bukmacherskie z ich promocyjnymi kodami, które nigdy nie tracą ważności, bonusami, freebetami itp za samo zło, jak często się je przedstawia ze względu na ryzyko uzależnienia, jakie za sobą niosą. W podcaście Olka Wandzla ten argument ciekawie skomentował kiedyś Mateusz Juroszek, prezes firmy STS. Opowiadał (parafrazuję), że po najdroższej loży VIP stadionu Arsenalu przechadzają się hostessy, podsuwające bogatym kibicom na kartkach zakłady na oglądane spotkanie. Ludzie obracający milionami zakładają się z sąsiadami o pięć czy dziesięć funtów. Nie po to, by odmienić swoje życie i zarobić jeszcze więcej, tylko by dodać do meczu odrobinę adrenaliny. Stawianie domów na wyniki meczów to głupota, obstawienie jednego meczu za niską kwotę to dla niektórych drobna przyjemność. Tak, jak wypicie lampki wina czy kufla piwa to drobna przyjemność, od której jednak, w dużych ilościach, można się uzależnić. Nadużywanie wszystkiego szkodzi, co nie znaczy, że nie należy używać niczego.

Wpadła mi niedawno w ręce “Piłkomatyka” Sumptera. W kilka godzin pożarłem już wcześniej książki “Futbol i statystyki”, “Futbonomia” czy “Matchplan. Die neue FussballMatrix”. W “Piłkomatyce” najciekawsze wątki dotyczą jednak właśnie bukmacherki. Można dokładnie dowiedzieć się, jak powstają kursy, jak zarabiają bukmacherzy i jak zwiększyć prawdopodobieństwo wygranej. Co nie oznacza, że Sumpter daje przepis na wygrywanie. W jednym z rozdziałów amerykański profesor matematyki obstawiał wyniki meczów Premier League według przeróżnych metod statystycznych. Równolegle te same mecze obstawiała z nim nie mająca pojęcia o futbolu żona. Po wypróbowaniu różnych strategii, Sumpter zaczął zarabiać. Czterysta funtów przeznaczonych początkowo na zakłady, w ciągu ośmiu tygodni pomnożył do pięciuset ośmiu. Jego żona w tym samym okresie – do pięciuset szesnastu. Czyli profesor matematyki potrafił wprawdzie ograć firmy bukmacherskie, ale nie tak dobrze jak laik, który miał szczęście. Co współgra z anegdotą o sąsiadce i meczu Wisły z Realem. Wynik eksperymentu jeszcze raz przypomniał mi, dlaczego wolę czytać o zakładach bukmacherskich, niż w nich uczestniczyć. Wyniki, jeśli już mi się to od święta zdarza, obstawiam wyjątkowo źle. Ani nie jestem profesorem matematyki, ani laikiem, który ma szczęście. Pozostaje mieć nadzieję, że Beckenbauer miał rację i jego cytat można odwrócić: kto źle typuje, ten zna się na piłce.

Podziel się wpisem: