Lekka ręka Wisły Kraków

W niedzielę, gdy Krzysztof Stanowski podał informację o bardzo prawdopodobnych przenosinach Tomasza Cywki do Lecha Poznań, wśród kibiców Wisły Kraków panowały nastroje niedowierzania. Nie miałem wrażenia, by ktoś miał za środkowym pomocnikiem płakać, albo go żałować. Pytano raczej, jakie kwity ma Cywka na rodzinę Rutkowskich. Nie wydawało mi się, by informacja o tym, że Wisła nadal nie podjęła z nim rozmów na temat wygasającego w czerwcu kontraktu, u kogokolwiek wywołała oburzenie. Uznaje się raczej: „Niech idzie. Krzyż na drogę”. To może być kolejna odsłona odpuszczania przez Wisłę lekką ręką zawodników, którzy później, u konkurencji, okazują się pożyteczni.

Embed from Getty Images

Tomasz Cywka początkowo mnie rozczarował. Był przez lata piłkarzem-yeti, o którym wielu mówiło, ale którego nikt nie widział. Podawało się informacje o jego dobrej grze w Anglii, ale nie było okazji, by zobaczyć ją na własne oczy. Gdy więc przyszedł do Wisły, wydawało się, że będzie jednym z liderów zespołu. Takim się nie okazał. Problem był jednak nie z Cywką, a z błędnym przypisaniem mu roli. Nie miał grać na fortepianie, miał go nosić.

Rola – kluczowy czynnik

Jego zalety zaczęły być widoczne dopiero po czasie. Przez trzy lata niemal nie miewał kontuzji. Nigdy nie miewał fochów. Nie narzekał, gdy tygodniami siedział na ławce. Nie kręcił nosem, gdy miał wejść na parę minut. Nie miał problemu, gdy trenerzy wystawiali go na różnych pozycjach. Nie odpuszczał. Nigdy nie sprawił, że kibice zachwyceni zerwali się z miejsc. Ale jednak w kadrze dobrze mieć piłkarza, który bez większych problemów zagra na wszystkich pozycjach w obronie i pomocy. Wszystko zależy od roli. Czy Tomasz Cywka powinien być zawodnikiem, na którym Wisła opierałaby pucharowe ambicje? Raczej nie. Czy powinien być – na dłuższą metę – podstawowym środkowym pomocnikiem, kapitanem drużyny marzącej o pierwszej trójce ligi? Raczej nie. To, że tej wiosny akurat tak jest, wynika w dużej mierze z problemów zdrowotnych Vullneta Bashy. Ale Cywka nie wypada jakoś tragicznie, na pewno nie zaniża poziomu zespołu. Nie ciągnie go ani w górę, ani w dół. Kwestia Bashy też ma tu znaczenie. Jestem fanem talentu Szwajcara. Uważam, że gdyby grał, radziłby sobie na środku pomocy lepiej, niż Cywka. Ale warto zadać sobie pytanie, czy lepiej mieć w kadrze piłkarza trochę lepszego, który ciągle jest kontuzjowany, czy trochę gorszego, ale za to dostępnego zawsze? Nie dziwię się więc Lechowi, że chce mieć Cywkę, bo rozumiem, że nie ma iść do Poznania po to, by zwiększyć szanse Lecha na awans do fazy grupowej pucharów. Ma iść po to, by w jesiennym maratonie ligowo-europejsko-pucharowym, było kim rotować skład i łatać dziury. Dobra drużyna nie składa się z samych Darków Jevticiów. Dziwię się, że Wisła tak lekką ręką odpuszcza Cywkę, zwłaszcza wiedząc, jak trudno pozyskuje się jej polskich piłkarzy.

Podejrzewam, że Wisła oddaje Cywkę właśnie dlatego, że wie, iż prochu nie wymyśli. W krakowskim klubie od lat takich piłkarzy oddaje się bez żalu, a przychodzi to tym łatwiej, że kibice takim ruchom zwykle przyklaskują. Gdyby w ich miejsce przychodzili zawodnicy lepsi, nie byłoby problemu. W znacznej większości przypadków, zmiany nie są jednak na lepsze.

Sportowa porażka

Krakowski klub – sportowo – jest dokładnie w tym samym miejscu, co rok temu o tej porze. To duża porażka. Poprzedni sezon był bowiem wyjątkowo trudny. W jego trakcie doszło do dwóch zmian właścicielskich, pojawił się nowy dyrektor sportowy, wkrótce potem z pracy zrezygnował trener, kilka kolejek prowadził trener tymczasowy, wreszcie w zimie pojawił się zupełnie nowy szkoleniowiec i kilku piłkarzy. Panował rozgardiasz. Przez pierwsze miesiące trwała walka o przetrwanie. Drużyna zaczęła sezon od najgorszej serii w historii klubu. To, że na pięć kolejek przed końcem Wisła nie grała już o nic i miała pewne miejsce w górnej części tabeli, było sukcesem. Teraz nie jest. Wisła nie walczy już o przetrwanie. Nie zmieniła zarządu. Dyrektor sportowy miał już trzy okna transferowe na poukładanie kadry wedle własnego pomysłu. Wreszcie ściągnięto wymarzonego trenera, bo ten poprzedni okazał się – według zarządu, bo nie według ligowej tabeli – nie dość dobry. Zeszły rok był sezonem przejściowym, teraz miał być widoczny krok do przodu.

By krok do przodu było widać, w lecie przeprowadzono największą rewolucję kadrową od dwudziestu lat. Petar Brlek i Krzysztof Mączyński byli jedynymi, których sprzedano. Reszta rozstań zależała od Wisły.

Za jednym zamachem pozbyto się wszystkich bramkarzy – Łukasza Załuski, który miał za sobą dobry sezon, Michała Miśkiewicza i Michała Buchalika. Z tym ostatnim jednak przedłużono kontrakt, bo wstawił się za nim trener, a nie udało się pozyskać Martina Vantruby ze Spartaka Trnawa (pół roku później pozyskała go Slavia Praga). Za Załuskę ściągnięto Juliana Cuestę, który – po prawie roku gry w Krakowie – nie wydaje się od Załuski ani trochę lepszy. To się jeszcze w kilku przypadkach powtórzy.

Embed from Getty Images

Alan Uryga był jednym z nielicznych wychowanków Wisły, którzy zdołali się przebić do składu. W Krakowie rozegrał sto meczów i w zdecydowanej większości był winny wszystkich niepowodzeń. Z Urygi się śmiano, ironizowano, nigdy nie traktowano go do końca poważnie. Mało kto żałował jego odejścia. Wisła – bez Urygi – jest dziś w tym samym miejscu, w którym była. Jej wychowanek to podstawowy piłkarz zespołu walczącego o udział w europejskich pucharach. Jerzy Brzęczek zrobił z niego normalnego, solidnego ligowca. To prawdopodobnie nigdy nie będzie elegancki stoper, świetnie wyprowadzający piłkę, nazywany polskim Hummelsem. Ale już jest normalnym graczem ekstraklasowym, z którym można walczyć o czołowe miejsca w lidze. Okazało się, że potrafi być groźny przy stałych fragmentach gry, a nawet grać na bokach obrony. Wisła miała w rękach w miarę młodego, a już doświadczonego wychowanka, będącego w stanie grać na środku pomocy, środku obrony i obu jej bokach. Oddała go za darmo do lepszego aktualnie zespołu i jeszcze się z tego cieszyła. Pomijam fakt, że on sam dowiedział się o tym z internetu. Dzisiaj raczej nie żałuje, że tak wyszło. Wisła zamiast niego wzięła Frana Veleza, który jest w porządku, jednak przez pół roku nie mógł grać, a w gruncie rzeczy nie jest piłkarzem z innej planety, niż Uryga.

Stilić wyrzutem sumienia

W tej samej Wiśle Płock liderem drugiej linii okazuje się Semir Stilić, który sam poprosił o odejście z Krakowa, nie widząc dla siebie perspektyw u Kiko Ramireza. To jednak przykład, że czasem klub nie powinien we wszystkim słuchać swojego aktualnego trenera. Gdy Stilić odchodził, przegrywał rywalizację z Petarem Brlekiem. Miesiąc później Brleka już w Krakowie nie było, a gotowego ofensywnego pomocnika też nie, bo Victor Perez okazał się niewypałem (a w zimie zastąpiono go Nikolą Mitroviciem…). Kilka miesięcy później w Krakowie nie było też Ramireza. Stilić był już w tym czasie gwiazdą zespołu lepszego aktualnie od Wisły. Krakowianie puścili go za darmo i jeszcze się z tego cieszyli. On dzisiaj raczej nie żałuje, że tak wyszło.

Embed from Getty Images

Na razie mniej jaskrawym, ale również znamiennym, przykładem polityki Wisły jest sytuacja na prawej obronie. W klubie byli na tę pozycję Jakub Bartkowski i Jakub Bartosz oraz – ewentualnie – Tomasz Cywka i Zoran Arsenić. Łącznie czterech zawodników do rozegrania ledwie szesnastu spotkań. A, jak się w meczu z Legią okazało, można tam jeszcze wystawić Martina Koštala, który też już w klubie był. W zimie zdecydowano się jednak ściągnąć Mateja Palcicia, rezerwowego Mariboru, zawodnika doskonale nijakiego, wcale nie najmłodszego, rokującego znacznie gorzej, niż chociażby wcześniej grający na tej pozycji Boban Jović. Bartosza, swojego młodego wychowanka, wypchnięto więc do Sandecji, gdzie gra regularnie. Żadnych cudów, ale na bycie jednym z czterech (pięciu) zawodników do gry na prawej obronie, by wystarczył. Ściągnięcie Palcicia można sobie było spokojnie odpuścić.

Obcokrajowcy, którzy nic nie wnoszą

Co do zasady, nie mam do Manuela Junki pretensji o ściąganie obcokrajowców. Zdaję sobie sprawę, że lepiej tanio ściągnąć Carlitosa, niż drogo Bartosza Śpiączkę. Mam pretensje o ściąganie zbędnych obcokrajowców, w żaden sposób nie podnoszących poziomu zespołu. Gdyby się przyjrzeć wszystkim zagranicznym transferom, okaże się, że bez żadnych wątpliwości trafione są tylko trzy: Carlitosa, Jesusa Imaza i Zorana Arsenicia. Utalentowani ponoć Denys Bałaniuk i Marko Kolar u dwóch trenerów uzbierali łącznie 105 minut w ekstraklasie, co każe trochę powątpiewać w ich talent. Perez, Kostal, Ze Manuel na nic się Wiśle nie przydali, Mitrović, Cuesta, Velez grają regularnie, ale gdyby ich nie było, nikt by nie zauważył różnicy. Wreszcie Tibor Halilović i Kamil Wojtkowski to na razie bardziej obietnice, że kiedyś będzie lepiej. Są naprawdę dość mocne podstawy, by wątpić, czy Wisła na miejsce Cywki faktycznie ma kogoś znacznie lepszego.

Niedocenianie Boguskiego

Cywka do spółki z Rafałem Boguskim zastąpili Urygę w roli zawodników niesłusznie obwinianych przez kibiców o wszystko. Do Boguskiego można by odnieść wiele zalet Cywki, a utrzymywanie się w składzie przez wiele lat, u różnych trenerów, potwierdza, że może być pożyteczny. Może nie jako podstawowy skrzydłowy, ale ktoś, kogo można w każdej chwili wystawić na wielu pozycjach w ofensywie i wiedzieć, że nie zawiedzie. Bardzo jednak możliwe, że Wisła też się z nim rozstanie, oczywiście w przekonaniu, że ma na jego miejsce kogoś lepszego. To dość znamienne, że odkąd Boguski zaczął być „niebezpiecznie” blisko automatycznego przedłużenia kontraktu, praktycznie przestał się pojawiać na boisku. Nie zdziwię się, jeśli ostatecznie nie osiągnie limitu minut potrzebnych do przedłużenia umowy.

Wychowankowie Wisły wszędzie, tylko nie w Krakowie

Może się więc zdarzyć, że w jednym okienku z Wisły odejdą Arkadiusz Głowacki, Paweł Brożek, Patryk Małecki, Boguski i Cywka, bo żaden z nich nie był dość dobry, by budować wielką Wisłę. Wisła jednak, od lat, nie jest już wielka, tylko przeciętna, więc jest duże ryzyko, że całą piątkę zastąpią kolejni przeciętni obcokrajowcy. Parę lat temu Wisła mogła sobie pozwolić na lekceważenie młodego Krzysztofa Mączyńskiego, bo naprawdę miała na jego miejsce zawodników lepszych, albo przynajmniej pieniądze, by ich ściągnąć. Teraz, dokonując wyłącznie transferów bezgotówkowych, każdego oddawanego za darmo piłkarza trzeba oglądać dwa razy i zastanawiać się, czy aby na pewno się nie przyda. To dość znamienne, że Wisła, od lat wszystkimi swoimi działaniami pokazująca, że jej wychowankowie do niczego się nie nadają, jest jedynym klubem w ekstraklasie, który mógłby wystawić całą jedenastkę złożoną wyłącznie ze swoich wychowanków grających aktualnie w ekstraklasie. Najpierw musiałaby ich jednak do siebie ściągnąć: cała jedenastka gra poza Krakowem.

Podziel się wpisem: