Kto powinien zostać nowym trenerem Bayernu (i dlaczego Nagelsmann)

Gdy Jupp Heynckes poprzednio odchodził na emeryturę, nazwisko jego następcy Bayern Monachium ogłosił w styczniu, co pozwoliło uniknąć zbędnych spekulacji i dało trenerowi czas na spokojne przygotowanie się do pracy, w tym naukę języka niemieckiego. Jeszcze sprawniej przebiegła zmiana z Guardioli na Carla Ancelottiego. W grudniu, na ponad pół roku przed końcem kontraktu Hiszpana, Bayern wydał komunikat, w którym poinformował, że wygasająca umowa Guardioli nie zostanie przedłużona, a jego następcą od 1 lipca zostanie Ancelotti. Żadnych spekulacji, publicznych negocjacji, plotek. Jeden komunikat i sprawa załatwiona. Dodając do tego pozyskanie za darmo Roberta Lewandowskiego i ogłoszenie tego na pół roku przed transferem, czy zakontraktowanie Renata Sanchesa zanim został objawieniem Euro 2016, można było budować wizerunek Bayernu jako firmy, w której każdy ruch jest zaplanowany na przynajmniej kilka miesięcy do przodu.

Ten wizerunek w ciągu kilku miesięcy przestał istnieć. Pozyskanie za darmo Leona Goretzki i ogłoszenie tego na kilka miesięcy przed transferem, wiele nie zmienia.

Zaczęło się od poszukiwania dyrektora sportowego. Bayern zrobił z tego wieloodcinkowy serial, w którym do prasy przedostawały się nazwiska kolejnych kandydatów, którzy potem odmawiali monachijczykom i obszernie tłumaczyli dlaczego. Zgłaszał się Bayern do Maksa Eberla z Borussii Mönchengladbach, ale nic nie wskórał. Podpytywał o Stefana Reutera z FC Augsburg, ale do niczego nie doszło. Gdy w końcu odmówił mu nawet Philipp Lahm, kończący karierę kapitan drużyny, tłumacząc, że “wróci w przyszłości, bo na razie po Ulim Hoenessie widać dużą chęć działania”, wiadomo było, że poszukiwania nie będą łatwe. Ściągnięto w końcu Hasana Salihamidzicia, co miało nie spodobać się Michaelowi Reschkemu, uznawanego za szarą eminencję w sprawach transferowych, który wkrótce potem odszedł z klubu. To miało zapowiadać, co się wydarzy w kolejnych miesiącach.

Trafili z Heynckesem

We wrześniu zwolniono Ancelottiego. Nigdy żaden trener Bayernu nie stracił pracy na tak wczesnym etapie sezonu. Bawarczycy zgłosili się po Thomasa Tuchela. Niemieckie media zdawały dokładną relację z jego spotkania z Karlem-Heinzem Rummeniggem, podczas którego Tuchel zaskoczył działaczy Bayernu tym, że to on stawiał warunki, a nie oni. Hoeness wymyślił, że lepiej będzie ściągnąć z emerytury Heynckesa. Ryzykował wiele, ale trafił. Doświadczony trener wszystko poukładał, uspokoił atmosferę i już można powiedzieć, że uratował sezon. Cokolwiek się stanie w kwietniu i w maju, Bayern uniknął katastrofy: będzie mistrzem Niemiec, jest w ćwierćfinale Ligi Mistrzów i półfinale Pucharu Niemiec. Dał swoim szefom doskonały komfort szukania jego następcy. Jak z Guardiolą. Jak z Ancelottim.

Szopka z Tuchelem

Embed from Getty Images

Szefowie jednak z tej okazji nie skorzystali. Hoeness jeździł od spotkania do spotkania, od redakcji do redakcji i ogłaszał, że będzie namawiał Heynckesa do pozostania na kolejny rok. Podczas jednej z imprez wypalił, że “nie ma przygotowanego planu B”. Wtedy brzmiało to jak blef. Dziś wiadomo, że to była prawda. Zgodnie z informacjami podanymi przez Christiana Falka ze SportBilda, najlepiej poinformowanego dziennikarza w sprawach Bayernu, Tuchel miał ochotę przejąć Bayern. Czekał na konkretne rozmowy siedem miesięcy. Gdy zbliżał się kwiecień, a sprawy dalej nie nabierały kształtów, zaczął się obawiać, że kolejny sezon w karierze będzie musiał spędzić bez pracy. I zdecydował się przyjąć ofertę jednego z europejskich gigantów (SportBild podaje, że Paris Saint-Germain, “Kicker”, że Arsenalu). Dopiero wtedy Hoeness miał dojść do wniosku, że skoro Heynckesa jednak nie namówi, warto byłoby mieć chociaż Tuchela. Próbowano go namówić do zmiany decyzji. Ale było już zbyt późno. Bayernowi odmówił trener pierwszego wyboru (Heynckes) i drugiego (Tuchel).

Opcje wyłącznie ryzykowne

Sezon za chwilę się kończy. Dla Bayernu nie ma już dobrych rozwiązań. Są tylko wielkie niewiadome. Oczywiście, niewiadomą byłby też Tuchel. Ale jednak spośród kandydatów pozostających względnie w zasięgu Bayernu, spełnia najwięcej kryteriów: mówi po niemiecku, ma doświadczenie w pracy w klubie z (prawie) najwyższego poziomu i w europejskich pucharach. Na jego korzyść działa dodatkowo to, że jest Bawarczykiem. Teraz zostały opcje, które stanowią wielkie ryzyko. A w razie pomyłki, Bayernowi grozi powrót do czasów, w których jest królem wyłącznie na własnym podwórku.

Niemiecki jest ważny

Pojawiały się wprawdzie w mediach informacje o trenerach spoza niemieckiego kręgu kulturowego, ale Bayern ma w tej kwestii złe doświadczenia z Ancelottim. Media łączyły z monachijskim klubem Luisa Enriquego, Mauricia Pochettina i Antonia Contego. Nie wydaje mi się, by którykolwiek pasował do Bayernu. I by był dobrym pomysłem. Pochettino pewnie tak, ale on, jeśli tylko kiwnie palcem, że chce odejść z Tottenhamu, będzie miał jeszcze atrakcyjniejsze propozycje, niż Bayern. Liga angielska znów zrobiła się centrum świata, Tottenham jest ważną częścią z tego świata. Nie ma powodu, by z niej odchodzić do ligi, w której Bayern nie ma konkurencji. Z perspektywy Argentyńczyka, jeśli już wyjeżdżać z Anglii, to tylko do Realu Madryt. Zdolności trenerskie Enriquego chciałbym mieć możliwość jeszcze gdzieś zweryfikować. Nie wydaje mi się trenerem formatu Guardioli. Ma niewątpliwe sukcesy i zasługi dla Barcelony, ale nie można powiedzieć, by w Romie czy w Celcie Vigo zrobił furorę. Wreszcie Conte, dla którego włoskie kluby raczej szykują miękkie lądowanie w ojczyźnie. Poza tym, brak znajomości niemieckiego jest dla takiego klubu, jak Bayern, trudny do przeskoczenia. Po prostu.

Dlaczego nie Favre

Embed from Getty Images

Krąg kandydatów niemieckojęzycznych jest maksymalnie zawężony. Joachim Löw i Jürgen Klopp, którymi Bayern pewnie by się mocno interesował, są absolutnie nie do wyjęcia z obecnych miejsc pracy. Zostają trenerzy znani z Bundesligi. Lucien Favre, prowadzący obecnie Niceę, to fantastyczny trener, który w Hercie Berlin i Borussii Mönchengladbach notował bardzo dobre wyniki. Znane są jednak opinie o nim, jako o człowieku dość mocno zwariowanym, który wielokrotnie przychodził w przeszłości do szefów, by podać się do dymisji. Targają nim często różne sprzeczne emocje, co w miejscu takim jak Bayern, gdzie trzeba sprawnie lawirować między różnymi frontami i być dobrym politykiem, może sobie nie poradzić. Poza tym, jest raczej trenerem, który uczy zawodników gry w piłkę, rozwija ich pod wieloma względami. W Monachium ma doświadczonych graczy, którym nie trzeba aż tak dużo mówić o tym, jak grać w piłkę, tylko bardziej dbać o to, by w szatni się nie pozabijali. Wiedzieć, kiedy wściekłego Francka Ribery’ego przytulić, a kogo, kiedy obsztorcować.

Dlaczego nie Hasenhüttl

Embed from Getty Images

Z Bundesligi wymienia się też Ralpha Hasenhüttla z Lipska. Sam Hoeness powiedział kiedyś, że jeśli Bayern będzie w przyszłości szukał trenera, musi się Austriakiem zainteresować. Karierę w niemieckim futbolu prowadzi modelowo. Od VfR Aalen, do FC Ingolstadt. Od Ingolstadt, do Lipska. Od Lipska, po Bayern? Byłby to rzadki wśród trenerów ciągłej drogi w górę, mozolnej wspinaczki, krok po kroku, bez przeskakiwania po kilka stopni, ale bez większych wpadek. Jest kandydatem o tyle prawdopodobnym, że Ralf Rangnick, dyrektor sportowy Lipska, to trudny szef, więc po dwóch latach współpracy pewnie relacje są już dość napięte (donoszą o tym media). A prezes klubu stwierdził ostatnio, że Austriak nie do końca realizuje sposób, w jaki Lipsk chciałby grać. Głośno było w mediach o tym, że nie dojdzie do przedłużenia kontraktu poza 2019 rok i pojawiały się spekulacje, że może odejść już w lecie. Po informacji o odmowie Tuchela, Hasenhüttl zaczął wyrastać na głównego faworyta do posady trenera Bayernu. Sam jednak twierdził, że nie jest jeszcze gotowy na klub tego formatu. Raptem przez jeden sezon prowadził zespół w europejskich pucharach. Jeśli miałby odejść z Lipska, być może sensowniejszym krokiem byłoby przejście do Borussii Dortmund. Zwłaszcza, że nie lubi przeskakiwać dwóch szczebli. W ostatnich dniach Austriak zaczął się jednak o swoim obecnym pracodawcy wyrażać dużo cieplej i stwierdził, że wyobraża sobie pozostanie w Lipsku na kolejne lata.

Dlaczego nie Kovač

Embed from Getty Images

Kandydatem, którego trzeba brać poważnie pod uwagę, jest Niko Kovač. Po pierwsze, był zawodnikiem Bayernu, co w oczach Hoenessa może być atutem. Prezydent Bayernu to były piłkarz, a ci często mają tendencje do myślenia, że kto nie grał w piłkę, ten w stu procentach nie zrozumie piłki. Guardiola, Ancelotti, Heynckes byli znakomitymi piłkarzami. Hasenhüttl też był zawodowcem, karierę kończył nawet w rezerwach Bayernu, ale na pewno nie znakomitym. Tuchel nie był w ogóle, co może tłumaczyć tak długie wahanie Hoenessa. Kovač grał i to w Bayernie, razem z Salihamidziciem, więc powinien się dobrze dogadywać z dyrektorem sportowym, a wynikami we Frankfurcie i stylem gry zasługuje na zainteresowanie lepszych klubów. Ale Chorwat nigdy nie prowadził zespołu w ani jednym meczu w europejskich pucharach. Nie wie, co to granie co trzy dni. Nie wie, jak wygrywać dwumecze. Jest w fazie nauki. Podczas gdy Bayern nie zatrudnia jako trenerów uczniów, tylko raczej nauczycieli.

Hopp jako przyczyna problemów

Zostaje wreszcie Julian Nagelsmann. Pierwszy, o którym było głośno, że ma zostać następcą Heynckesa. Hoeness, mimo że mówimy o 30-latku, który nie grał w piłkę, ma w najmłodszym trenerze w historii Bundesligi widzieć samego siebie sprzed lat. On też był najmłodszym dyrektorem sportowym w historii Bundesligi. Nagelsmann pochodzi z tych samych okolic, co Hoeness, a prezydent Bayernu zawsze wypowiadał się o nim z sympatią. To prawdopodobnie z jego powodu plan Hoenessa zakładał przedłużenie kontraktu z Heynckesem o rok – po to, by w 2019 roku wyjąć z Hoffenheim Nagelsmanna. Od lipca 2019 w kontrakcie trenera Hoffenheim ma być aktywna klauzula (są sprzeczne informacje, czy rzeczywiście istnieje), umożliwiająca mu odejście po wpłacie odpowiedniej kwoty. Do tego czasu Dietmar Hopp, właściciel Hoffenheim, nie ma zamiaru nigdzie puszczać swojego trenera. To jego nieprzejednana postawa utrudniła całe poszukiwania trenera dla Bayernu. Gdyby się zgodził, pewnie Nagelsmann już byłby ogłoszony jako nowy szkoleniowiec Bawarczyków. Nie byłoby całego zamieszania z namawianiem Heynckesa i szopki z Tuchelem.

Huddersfield ważne dla Bayernu

Gdy Nagelsmanna łączyło się z Bayernem we wrześniu, uważałem, że to za wcześnie. To człowiek z potencjałem na klub tego formatu, ale lepiej, także dla niego, by niektóre niezbędne doświadczenia zebrał jednak poza Monachium. Tak, jak jestem przekonany, że Tuchel po konfliktach w Dortmundzie stanie się lepszym trenerem, tak Nagelsmannowi, między Hoffenheim, a Bayernem, przydałby się jakiś krok pośredni, w postaci przykładowej Borussii. Gdybym to ja układał idealny świat, od 1 lipca Tuchel byłby trenerem Bayernu, a Nagelsmann Dortmundu. Oba wielkie niemieckie kluby miałyby trenerów-wizjonerów, pchających do przodu nie tylko swoje zespoły, ale całą dyscyplinę, świetnych taktyków, innowatorów, z odpowiednio dopasowanym do potrzeb klubu doświadczeniem. Skoro to już jednak niemożliwe, coraz bardziej skłaniam się do zdania, że Bayern powinien w obecnej sytuacji zrobić absolutnie wszystko, by wyrwać Nagelsmanna już teraz. SAP, firma Hoppa, jest sponsorem nie tylko Hoffenheim, ale też Bayernu. Kontakty między oboma klubami są dobre. Bawarczycy mają pieniądze, by jakoś złagodzić ból Hoppa po trenerskim talencie i ułatwić mu znalezienie następcy. Ważne w tym kontekście może być… Huddersfield Town. Hopp wypowiadał się, że jeśli kiedyś miałby zastąpić Nagelsmanna, chętnie ściągnąłby z powrotem Davida Wagnera, który kiedyś pracował w Hoffenheim, a dziś prowadzi Huddersfield. Jeśli jego zespołowi nie udałoby się utrzymać w Premier League, a jest takie ryzyko, szanse Hoffenheim na przejęcie go już tego lata, pewnie by wzrosły. Pytanie, czy sam Wagner nie byłby w stanie znaleźć lepszej pracy.

Dlaczego Nagelsmann

Embed from Getty Images

Kovač, Favre, Hasenhüttl są dobrymi trenerami i nie zrobiliby pewnie Bayernowi krzywdy, ale raczej nie daliby mu czegoś ekstra. Nagelsmann rokuje. Bardzo dobrze rokuje. Ma dar porywania tłumów i jest fantastycznie przygotowany merytorycznie. Jeśli Bayern nie jest w stanie ściągnąć trenera odpowiedniego formatu – a już wiemy, że nie jest – powinien spróbować ściągnąć kogoś, kto daje nadzieję, że kiedyś będzie trenerem odpowiedniego formatu i liczyć, że szybko się będzie uczył. Nikt nie jawi mi się jako lepiej rokująca inwestycja, niż Nagelsmann. A mimo wszystko, ma nad Kovačem tę przewagę, że już boleśnie poczuł, jak trudne są europejskie puchary. Zatrudnienie Nagelsmanna byłoby sygnałem, że w Bayernie zaczyna się nowa era. Zatrudnienie Kovača byłoby sygnałem, że Bayern zdziadział. Nie chodzi o ocenę merytorycznej wartości obu trenerów. Jeśli jednak europejskich konkurentów Bayernu zasiedlają trenerzy z absolutnie czołowej światowej półki (Guardiola, Pochettino, Klopp, Tuchel, Mourinho), wypadałoby odpowiedzieć chociaż cudownym dzieckiem niemieckiej myśli szkoleniowej. Trener, który doprowadził Eintracht Frankfurt do Ligi Europy, nie zrobi na nikim wrażenia.

Najważniejsze jednak, by w Monachium uzgodnili wreszcie, gdzie jest ośrodek władzy. Jeśli dalej Hoeness będzie forsował inną wizję, niż Rummenigge, jest ryzyko, że w końcu nawet i Borussia Dortmund, do której przymierza się praktycznie te same nazwiska, podbierze Bayernowi trenera.

Podziel się wpisem: