Zwiedzam Kraków, odcinek 22: Kabel

Na początku Kraków zwiedzało się łatwo. Nikogo tu nie znałem i nikt mnie nie znał. Miałem więc anonimowość internetowego hejtera. Mogłem sobie przycupnąć z boku trybuny i dyskretnie notować, a potem na blogu ironizować i trochę się naśmiewać, narażając się czasem na gniew piłkarzy, czasem dostając dowody sympatii. Zależało mi jednak, by w trakcie meczów nikt nie wiedział, że właśnie powstaje „Zwiedzam Kraków”. Chciałem, żeby wszystko odbywało się naturalnie. Ja tylko, jak ten flaner, miałem się włóczyć i po cichu przyglądać.

To robi się jednak coraz trudniejsze, co świadczy o tym, że Kraków nie tylko zwiedzam, ale i poznaję. Coraz częściej zdarza się, że na trybunach spotykam kolegów, którzy coraz częściej wiedzą, że mam dziwne hobby, związane z tułaniem się po krakowskich stadionach. To nie jest jednak problem, oprócz tego, że wychodzę na nietowarzyskiego gbura, który woli siedzieć samotnie, bo inaczej niczego by nie zanotował, nie usłyszał i nie wychwycił (sorry, Krzysiek). Problem pojawia się, gdy zna się któregoś z głównych bohaterów widowiska – trenera bądź piłkarza. Ten problem spotkał mnie w niedzielę na meczu B-klasowego Kabla Kraków.

Jakby dobrze policzyć, właściwie na żadnym krakowskim stadionie nie bywam częściej niż na obiekcie Kabla. Częściej nawet niż na stadionach Wisły i Cracovii. Historyczny obiekt Kabla, klubu, który istniał od 1928 lub 1929 roku, leży w Płaszowie, przy ulicy Wielickiej i dziś służy jako centrum treningowe Pasów. To tam przebywa na co dzień drużyna, tam odbywają się w tygodniu wywiady i przedmeczowe konferencje prasowe. Tam grają juniorzy Pasów i czasem organizowane są sparingi seniorów. Niemal w każdym tygodniu jestem tam dwa razy. Tyle że z Kablem nie ma to już nic wspólnego. Naprzeciwko boiska istniała kiedyś Krakowska Fabryka Kabli. Gdy firma została przejęta przez „Tele-Fonikę” Bogusława Cupiała, w jej posiadanie weszło także boisko Kabla. Drużyna została wyeksmitowana, a nowy właściciel wymienił się z Cracovią gruntami – zyskał boisko przy ulicy 3 maja, tuż obok stadionu Wisły, a pozbył się terenów Kabla. Drużyna, która w latach 90. grała na trzecim poziomie rozgrywkowym, a wcześniej zdarzyło jej się dojść do 1/16 finału centralnego Pucharu Polski, w której wychowali się m.in. Piotr Giza, Piotr Bania czy Mirosław Spiżak, w 2000 roku została rozwiązana. Była wtedy IV-ligowcem.

Zaletą prowadzenia cyklu „Zwiedzam Kraków” przez wiele lat jest fakt, że piłkarska mapa miasta się zmienia. Niektóre kluby upadają, ale niektóre powstają. W 2011 roku, gdy zaczynałem, Kabla nie było na mojej liście klubów do obejrzenia. Z czasem idea reaktywacji klubu zaczęła jednak kiełkować w środowisku grającym w lidze szóstek. W tym roku drużyna wróciła i wspina się z powrotem od B klasy.

Reaktywowany klub nie mógł oczywiście wrócić na swoje dawne tereny. Dlatego dziś, by móc zobaczyć jego mecz ligowy, trzeba się wybrać na Podgórze, co jest akurat znakomitą informacją. Nie obraziłbym się, gdyby wszystkie krakowskie kluby miały siedziby na Podgórzu. Dzielnica, w której nieświadomie spędziłem pierwszy rok życia, wyrosła w trakcie już świadomego mieszkania w Krakowie na moją absolutnie ulubioną część miasta. Zwykle, gdy podczas spisywania jakiegoś wywiadu nachodzi mnie myśl, że mam jednak cudowną pracę, dzieje się to w jakiejś małej kawiarence na Podgórzu. Nie ma przypadku, że akurat tam. Wszędzie indziej przy spisywaniu wywiadów nachodzą jedynie czarne myśli.

Kabel znalazł nowy dom na szczycie wzgórza na Krzemionkach. Tam, gdzie dawniej mieścił się stadion Korony Kraków. Teraz to tereny dzierżawione przez Kabel. Klub ma tam warunki zdecydowanie przewyższające B-klasowe standardy. A mają się jeszcze poprawiać, bo obiekty mają być rewitalizowane. Kabel był kiedyś całkiem porządnym klubem. Nie został reaktywowany po to, by kumple pokopali sobie w piłkę. Po to także, ale plany są raczej ambitne. W przyszłości klub ma być kolejnym szczeblem dla wychowanków szkółki piłkarskiej Diament, istniejącej w tym samym miejscu. A nikt raczej nie chce, by jego wychowankowie grali w B-klasie.

Dopiero wiedząc to wszystko, zrozumiałem, dlaczego Bartłomiej Janeczek, znajomy trener, z którym kilka razy jeździłem na ekstraklasowe mecze do Niecieczy i który długo był jedynym fanem Bruk-Betu Termaliki na Twitterze, zdecydował się zamienić grającą dwie ligi wyżej Jadowniczankę Jadowniki, na B-klasowy Kabel. Są perspektywy, że klub będzie rósł, więc można rosnąć razem z nim. Gdybym kilka lat temu, jako anonimowy hejter, usiadł na trybunie meczu B-klasy i usłyszał poważnie brzmiące, merytoryczne komendy trenera względem zawodników, pewnie bym się z tego potem naigrywał. Teraz zrobiło mi się głupio, bo wiem, że ten akurat trener jest ambitny, a mając w perspektywie chęć gry wyżej, stara się nauczyć piłkarzy futbolu przewyższającego B-klasę. Nie ma z czego rechotać. W gruncie rzeczy, trenerzy w B-klasie mają bardzo trudno. Jeśli podchodzą do sprawy ambitnie, emocjonują się i starają się naprawdę sensownie podpowiadać, wyglądają trochę zabawnie, bo nie pasują do wszechobecnego folkloru. Jeśli stoją przy linii w elegancko odprasowanej koszulki, jak trener Fairantu Kraków, rywala Kabla, sprawiają wrażenie, jakby podchodzili do sprawy zbyt poważnie. A przecież nie ma nic złego w merytorycznych podpowiedziach czy założeniu koszuli. Trudno podchodzić do sprawy ambitnie, gdy wszyscy wokół traktują to jako zabawę i nie narazić się na śmieszność. Do B-klasy pasuje podstarzały i podpity trener w ortalionie, który w prostych słowach wyżywa się na zawodnikach. Ale przecież to wcale nie musi tak wyglądać.

W niedzielne popołudnie było od razu widać, że spotkały się dwie drużyny świeżo założone, nieźle zorganizowane, wciąż kipiące zapałem. Na trybunach, jak na ten poziom rozgrywek, tłumy, bo na pewno ponad sto osób. Ekipa Fairantu z flagami, pirotechniką i przyśpiewkami.

dav

Ekipa Kabla ze zorganizowanym dopingiem, choć na razie skromnym. Trzech chłopaków przy prowadzeniu ich zespołu 2:0, krzyczało do gości: „Coście tak cicho?!”, ale niestety robiło to na tyle cicho, że tamci nie usłyszeli. Kabel, jako drużyna grająca w niebiesko-białych barwach (z nazwiskami na koszulkach!), czerpał z repertuaru Ruchu Chorzów, śpiewając „Hej niebiescy ole, hej niebiescy ole, hej Kabelek ajeao!”. Zdrabnianie nazwy klubu w tym przypadku wychodziło wyjątkowo pieszczotliwie. Jak przy skandowaniu „Do boju, do boju, do boju Kabelek!”.

Sam stadion robi wrażenie. Pod względem pojemności pewnie należy do największych obiektów w Krakowie. Żadna z trzech trybun nie jest wyposażona w plastikowe krzesełka, więc gdyby upchnąć, jak robiono w dawnych latach, wszystkich chętnych, zmieściłoby się pewnie kilka tysięcy ludzi. To oczywiście czysta fantastyka, bo cały obiekt jest zrobiony z kamienia, który w wielu miejscach się odłupuje i przy takich tłumach stanowiłby naturalną amunicję, dlatego nigdy na zorganizowanie w tym miejscu imprezy masowej nie zgodziłaby się policja.

dav

Na obecne potrzeby Kabla jednak wystarczy. W pobliskiej knajpce całe rodziny siedzą na leżaczkach, popijają zimne napoje i korzystają z dogasającego lata, spacerowicze przechodzą z psami, pytają, jaki wynik. Jest sielankowo i przyjemnie.

Ale oczywiście, że nie na boisku. Jak to w B-klasie, jest gorąco. Już w pierwszych minutach Kabel strzela dwa gole. Pewną nadzieją dla Fairantu jest kręcąca się w okolicach boiska ciężarówka, której jednak nie zdecydowano się ustawić w polu karnym. Dlatego gospodarze strzelili jeszcze jednego gola.

Jak zwykle nie brakowało starć, w których zależność jest prosta – im bardziej wątpliwy faul, tym głośniejsza „k…a!” z ust faulowanego. Nie brakowało dwuznacznych komend – „uwaga, bramkarz pluje!” przy rzucie wolnym, czy „jedź na gazie!” trenera do szarżującego skrzydłowego. Nie brakowało wykrzykiwanej dramatycznie, nerwowo, panicznie komendy „czas!”, która teoretycznie powinna wprowadzać spokój w rozegraniu czy przyjęciu piłki, a sprawia, że można się przestraszyć i intuicyjnie wykopać na oślep. Czyli było wszystko, co oferuje mecz B klasy. Ale jeśli chce się na Kablu zobaczyć folklor, trzeba się spieszyć. Jeśli ambitne plany wypalą, za kilka lat klub powinien znów coś znaczyć. Przynajmniej w skali lokalnej.

Te wpisy Cię zainteresują:

Podziel się wpisem: