Ekstraklasowy trener nigdy nie spadnie

Funkcjonuje w środowisku piłkarsko-trenerskim “prawda”, że prawdziwym trenerem staje się człowiek dopiero wtedy, gdy spadnie z ligi. Inna “prawda” mówi, że trenerem może się tytułować ten, kto trzy razy został zwolniony. O ile o to ostatnie w polskich warunkach nie trudno, można nawet zdobyć taki trenerski “tytuł” w obrębie jednego sezonu, o tyle taki prawdziwy, dobry, oczyszczający spadek z ligi jest niemal niemożliwy.

Byłoby niedorzecznością winić Piotra Stokowca za spadek Zagłębia Lubin. Z trudem przychodzi mi to nawet w przypadku Artura Skowronka, który wprawdzie przygotowywał drużynę do rundy wiosennej, ale jednak 21 z 37 meczów rozegrał Widzew bez jego udziału. W każdej innej dziedzinie życia – jeśli ktoś schrzanił ponad połowę roboty, czasem nawet najlepszy fachowiec tego nie odkręci. Jeśli ktoś źle napisał cztery pierwsze akapity tekstu, to rewelacyjny piąty i szósty raczej go nie uratują. Jeśli ktoś włożył do pieca źle ubite ciasto, pozostaje mu tylko wyskrobanie tego, co zostało.

Trener winny spadku to ten, który brał udział w letnich i zimowych przygotowaniach drużyny, miał wpływ na transfery w letnim i zimowym okienku oraz prowadził drużynę we wszystkich meczach. Jeśli tak nie było, możemy rozsądzać, kto zawinił bardziej, a kto mniej, ale trenera pewnie wiele to nie nauczy. Ryszard Wieczorek do dziś jest pewnie przekonany, że utrzymałby Piasta, gdyby działacze go w marcu nie zwolnili. I może ma rację, tego się nigdy nie dowiemy. Tomasz Kafarski pewnie nawet do dzisiaj myśli, że jego Cracovia jeszcze nie spadła. Ale on też przyszedł, gdy właściwie było już pozamiatane i – jak to błyskotliwie powiedział Czesław Michniewicz – bardziej trzeba było księdza niż trenera. Autor bon motu też się zresztą dwa sezony temu jako kapłan sprawdził. Drużynę przygotował mu Dariusz Kubicki i uciekł po czterech kolejkach. I teraz pewnie Kubicki twierdzi, że Podbeskidzie się utrzymało, bo dobrze je przygotował, a Michniewicz, że dlatego, iż dobrze je poprowadził. Obaj mogą mieć rację, nigdy tego nie sprawdzimy.

Trenerzy są więc bardzo często niezweryfikowani. Z jednej strony otoczenie, które ich ocenia, może się katastrofalnie mylić, bo nie bierze pod uwagę różnych okoliczności dla trenerów łagodzących albo nawet fundamentalnych, orzekających o niewinności. Z drugiej, trenerzy, którzy naprawdę notorycznie zawalają, mogą latami uciekać od odpowiedzialności, bo przecież z ligi spadł kto inny.

Powie ktoś, że to logiczne, iż skoro drużyna gra słabo i walczy o utrzymanie, to trenera zwalnia. A jednak często jest tak, że drużyna gra słabo, bo wiecznie zmienia się jej trenera. Niejednokrotnie było widać, że trwanie przy jakiejś koncepcji, jakiejkolwiek, przynosi zdecydowanie lepsze efekty niż ciągła zmiana. Chcesz utrzymywać się przy piłce? Znakomicie, ale rób tak przez dwa sezony, cokolwiek się stanie. Chcesz grać z kontry? Super, tylko pamiętaj, żeby ci się za trzy mecze nie ubzdurało, że będziesz prowadził grę.

Za granicą zdarza się wcale nie tak rzadko, że trener faktycznie jest rozliczany po sezonie i władze do końca wierzą, że jednak uda mu się uniknąć katastrofy. Czasem się udaje, czasem nie. W zeszłym roku Torsten Lieberknecht spadł po całym sezonie z Eintrachtem Brunszwik i pracuje w nim dalej, w II lidze. Dwa lata temu Norbert Meier spadł z Fortuną Düsseldorf, ale został – bardzo uczciwie – zwolniony dopiero po sezonie. To nie są odosobnione przypadki.

Oczywiście, można mnie teraz zasypać przykładami Sunderlandów i Freiburgów, które po zmianie trenera fenomenalnie odżyły i cudownie się uratowały. Jasne, nie ma jednej metody. Ba, w tym tekście chcę wyeksponować tych, którym się nie udało. Ale jeśli sami trenerzy powtarzają, że dopiero spadek z ligi czyni z ciebie trenera, to oznacza, że w Polsce… praktycznie nie ma trenerów.

W Polsce ostatni raz pełny sezon zakończony spadkiem przeżył Marek Koniarek w GKS-ie Katowice w 1999 roku. Można też tę statystykę przedstawić inaczej: od 1999 roku niezmienianie trenera gwarantuje utrzymanie w lidze, bo po Koniarku spadali z ligi tylko ci, którzy zmieniali trenerów w trakcie sezonu. Zakończyłbym ten tekst makskolonkową puentą, ale trochę się już przejadła.

Podziel się wpisem: