Ekstraklasowa dyktatura nazwisk

To czy piłkarz jest dobry czy słaby ma znaczenie drugorzędne. Najważniejsze czy jest kojarzony. Skład złożony z zawodników, o których wiadomo, że są słabi, jest w obiegowej opinii uznawany za silniejszy niż skład z nazwisk kompletnie nieznanych. Chociaż – zwłaszcza w polskich warunkach – różnica między znanymi a nieznanymi jest mikroskopijna i najczęściej sprowadza się do kwestii, że znany jest znany, a nieznany jest nieznany.

 Często słychać narzekania, że polskie kluby zatrudniają cały czas tych samych piłkarzy. Niezależnie od tego, że w każdym klubie zawodzą i tak znajdują zatrudnienie w ekstraklasie. Przyjęło się, że dany piłkarz przynależy do ekstraklasy i basta. Taki Artur Lenartowski, zawodzący w Koronie i w Podbeskidziu, bardzo szybko załapał się do Ruchu. Problemów ze znalezieniem pracy na najwyższym poziomie nie miał przez lata Mateusz Żytko, trzyma się Bartosz Rymaniak, zawsze wypłynie Sebastian Przyrowski itd. Wszyscy doskonale wiemy, że niektórzy piłkarze wożą się w ekstraklasie na nazwisku, co tym bardziej dziwne, że nigdy specjalnie nie zapracowali na jego wyrobienie.

 Innych, często nie gorszych od nich, ktoś kiedyś nie wcisnął do klubu, ktoś się później rozwinął, miał ciężką kontuzję i długo się przebijał, ktoś został przegapiony albo z powodów formalnych grał niżej. Gdy w wieku 25 lat trafia do ekstraklasy, jest kompletnym anonimem. Mateusz Piątkowski, Patryk Tuszyński, Paweł Zieliński, Kamil Adamek, Sylwester Patejuk i wielu innych co roku pokazuje, że można przeskoczyć z dowolnej ligi i dawać radę w ekstraklasie. A potem równie szybko przepaść i nie wyróżniać się w II lidze.

 Ja wolę takich, o których nie wiadomo, że są słabi niż takich, o których to wiadomo.

 Najlepszym bramkarzem ekstraklasy zeszłego sezonu był Bartłomiej Drągowski. Gdyby rok temu Michał Probierz ogłosił, że 17-letni Drągowski będzie pierwszym bramkarzem Jagiellonii, wszyscy uznaliby, że białostoczanie grają “bez bramkarza”. Lechia oddała Jagiellonii Tuszyńskiego i jeszcze dopłaciła za Dźwigałę. Dziś Tuszyński ładuje bramki w pucharach, a Dźwigała nie ma szans na grę w słabszej Lechii. Rok temu Dźwigała był uznawany za talent, a Tuszyński za łajzę, więc jeden był wart więcej niż drugi, dlatego Lechia bezrefleksyjnie, nie patrząc na rzeczywiste możliwości piłkrzy, w szale transferów przepłaciła. Dziś opinie o nich są zgoła odwrotne.

 Rzeczywiste umiejętności poszczególnych piłkarzy – nie licząc kilku-kilkunastu wyjątków – są na zbliżonym poziomie, zarówno w ekstraklasie, jak i w I lidze. Dlatego taki Piotr Tomasik mógł nie wyróżniać się w Arce Gdynia, przejść do Podbeskidzia, grać przyzwoicie, ale bez znowu przesady, wskoczyć do Jagiellonii i grać w pucharach. To nie oznacza, że aż tak strasznie się rozwinął. Niewykluczone, że gdyby go teraz wrzucić do Arki Gdynia, znowu by się nie wyróżniał.

 To dlatego każdy może wygrać z każdym. Dlatego wyniki są jak z maszyny losującej. Legia ma od takiego Podbeskidzia dziesięć razy większy budżet, ale nie ma 10 razy lepszych piłkarzy. Dlatego przedsezonowe prognozy w Polsce są tak trudne. Bo wyśmiewany Kamil Wilczek może nagle zostać królem strzelców. Bo Robert Demjan może z sezonu na sezon tak zmarnieć, że kibice, mając w składzie króla strzelców sprzed dwóch lat, mogą mówić, że Podbeskidzie nie ma napastnika. Dlatego Maciej Korzym może się w rzeczywistości okazać gorszym transferem niż Bartosz Śpiączka z Floty Świnoujście. W tej lidze ostre sądy tracą rację bytu. Spadkowicz jest pucharowiczem, pucharowicz spadkowiczem. Ja np. Nie widzę w Jagiellonii trzeciej siły ligi, bo wiem, że w gruncie rzeczy jest złożona z piłkarzy tak samo przeciętnych, jak pozostałe drużyny i może zmarnieć w dowolnym momencie.

 Dlatego też od tygodni mówię naokoło, że Ruch Chorzów i Korona Kielce nie są dla mnie pewnymi spadkowiczami. Mam uznawać Górnik Łęczna za mocniejszy, bo mają już znanych Prusaka, Bonina, Sasina czy Mierzejewskiego? Mam sądzić, że lepszy jest Piast, bo znam Adriana Klepczyńskiego, a nie znam takiego Vladislavsa Gabovsa? Mam uważać, że Podbeskidzie o klasę przerasta Ruch, bo ma w składzie Adama Mójtę, a nie Mateusza Cichockiego? Nie, to wszystko mniej więcej jeden poziom. W dobrej formie i przy szczęściu każda z tych drużyn może się zakręcić w strefie pucharowej, a w złej formie i przy pechu, spaść z ligi. Ruch Chorzów Zielińskiego i Kocjana najlepszym przykładem.

 Nagromadzenie anonimowych nazwisk w jednym miejscu sprawia, że jest się uznawanym za pewnego spadkowicza. Dziś takim jest dla wielu Korona. W składzie ma jednak Małkowskiego, który przez lata nieźle dawał radę w lidze. I Trelę, który zanim zaczął być uznawany za nieudacznika, był uznawany za gwiazdę. Jeden udany rok i znow będzie gwiazdą. Ma przyzwoitych obrońców z Malarczykiem, Dejmkiem czy Sylwestrzakiem i bardzo ciekawym, choć wcześniej nieznanym Gabovsem. Ma niezłych jak na naszą ligę środkowych pomocników Jovanovicia i Fertovsa. Czy Sobolewskiego, jeszcze jakiś czas temu kawał grajka. A do tego masą anonimowych Przybyłów, Cebul, Rogali, Matulek czy Załęckich. Równie dobrze za rok możemy się zachwycać Bartoszem Kwietniem, by za dwa lata, gdy ktoś z wielkich już za niego wyłoży wielkie pieniądze, psioczyć, jaki to nieudacznik.

 Ekstraklasa to nie liga indywidualności. Tu niemal nie ma ludzi robiących różnicę. Nie dajmy się dyktatowi nazwisk. Rok temu o tych samych nazwiskach myśleliśmy coś zupełnie innego. I za rok też będziemy.

Podziel się wpisem: