Duesseldorf, czyli goni mnie Turek

Goni mnie Turek. Tak musiało w końcu być. Tyle dni nie pojawiało się nic o Turkach, Arabach, muzułmanach, islamistach i imigrantach, że zaczynało to już zakrawać na zatajanie oczywistych faktów. A tu biegnie za mną Turek i wydziera się „Halo!”. A to nie jest to przyjazne, niemieckie „haluuuuuuuu!”. To tureckie, stanowcze „Halo!”.

 Przechodziłem koło sklepu z oponami, mnóstwem opon. A w naszym kodzie opony znaczą, toteż ukradkiem robię zdjęcie ogromu zimowych opon, ona zrozumie, uśmiecham się pod nosem, żeby nie powiedzieć pod wąsem. Wyrywa mnie z zamyślenia biegnący Turek. Patrzę czy z zaułków nie biegną następni. Pewnie biegną, ale ukryci. Chce wiedzieć, dlaczego zrobiłem zdjęcie sklepu jego kumpla. Czy o coś go podejrzewam? Czy coś mi się w sklepie jego kumpla nie podoba? Co chcę zrobić z tym zdjęciem? Łagodzę sytuację. Zażenowany uzewnętrznianiem się przed nim, opowiadam, dlaczego dla nas opony znaczą, promienieje. „To przywieź ją, tu do kumpla, po opony. Dobre ma i wybór duży!” Podaje rękę, przeprasza za najście. Witamy w Duesseldorfie.

 Duesseldorf, nie umiem się zdecydować. Ledwo wychodzę z dworca i chcę wracać. Znowu ten industrialny krajobraz, który mówiłem, że lubię. Ale co innego lubić Nikiszowiec i stare fabryki na artystycznych zdjęciach, a co innego każdego dnia, non stop takie samo przemysłowe miasto. Ale idę, no bo, co? I nagle, ten Duesseldorf, z każdym krokiem bardziej lipski, z monumentalnymi budowlami, przygniatającymi germańskim ogromem, przytłaczającymi wielkością. A potem znowu frankfurcki, ze strzelistymi wieżowcami, oszklonymi bankami, bardzo elegancko wyglądającymi bankierami ze Szwabii. I londyński, z butkiem na butiku jak przy Oxford Street. I bawarski, z wąskimi klimatycznymi uliczkami w centrum. A trochę nawet barcelońsko-berliński z aleją Królewską pod platanami. Trudno rozszyfrować.

 W tych wyjazdach najbardziej lubię, gdy poniewierają. W parze sposób zwiedzania mam tradycyjny, w pojedynkę specyficzny. Na wyniszczenie. Wymarzony układ: jeden dzień na jedno miasto. Tylko na piechotę. Przejść wzdłuż i wszerz, bez wspomagania mapą, błądząc po uliczkach, zaliczając mecz i śpiąc byle gdzie, o ile w ogóle (starzeję się: w Augsburgu nocowałem na ulicy, w Berlinie w knajpie, a tu już w pokojach, w których jedno łóżko przypada na przedstawiciela jednego kontynentu). Duesseldorf spełnił te oczekiwania z nawiązką. Chociaż to wniosek po fakcie. W trakcie tradycyjnie przeklinałem tendencję do poniewierania siebie dla samego poniewierania, choć przecież można by to wszystko zorganizować mniej wyniszczająco.

 Są miasta, które łapię w mig. W Bochum nawet nie spojrzałem na mapę, a od razu z dworca poszedłem na miejsce noclegowe jakbym przemierzał tę trasę setny raz. Są takie, które lubię odkrywać. Początkowo wszędzie się gubię, a po 10 godzinach już używam wymyślnych skrótów. W Duesseldorfie szło wyjątkowo opornie. Jak ten flaneur, gubiłem się w mieście za każdym wyjściem, za każdym razem na hostel natrafiałem przypadkiem a nie z premedytacją, oczekiwałem go zawsze w zupełnie innym miejscu. Ma to tę wadę, że dziesięć razy obchodziłem dzielnicę, którą powinien po prostu ominąć tramwajem, a przy tym pomijałem taką, którą powinien obejść 10 razy.

 Jednego przy tym błądzeniu po Duesseldorfie nie widać: że jest tu jakiś klub piłkarski. Ta Fortuna, w końcu klub z tradycjami, choć mocno przebrzmiałymi, musi mieć spory kompleks. Z jednej strony Duesseldorf, stolica regionu. Z drugiej, piłkarska prowincja. Gdzie spojrzeć, sąsiedzi potrafią grać w piłkę. A to Schalke, a to Dortmund, a to Moenchengladbach, a to Kolonia, a to Leverkusen. A stolica w wiecznym cieniu.

 Pierwsze ślady klubu piłkarskiego napotykam dopiero w drodze na stadion. Biorąc pod uwagę, że oko jest wprawne i wyławia nawet w środku Londynu herb KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, to późno. Kibice Fortuny szybko wprowadzają w plemienne antypatie. Po drodze obrażają wszystkich sąsiadów bez wyjątku. Nie zawierają sojuszy.

 Podobnie jak w cieniu jest Fortuna, tak mało słychać o jej stadionie, ESPRIT Arenie. A niesłusznie, bo robi wrażenie. W normalnych warunkach nowoczesna arena leży poza miastem, na olbrzymich połaciach od niej można spotkać dworce kolejowe, stacje tramwajowe, przystanki autobusowe, stacje metra, hotele, parkingi wielopoziomowe, przez co całe okolice stadionu rozciągają się na hektary i obejść stadion nie jest łatwo.

 W Duesseldorfie odwrotnie. Stadion jest wszystkim jednocześnie. Stadionem, hotelem, parkingiem, stacją metra i przystankiem tramwajowym, wszystkim naraz w jednej bryle. Obiekt wielofunkcyjny. I gigantyczny. II-ligowiec gra na obiekcie na 54 tysiące widzów. Mimo poniedziałku, dołującej drużyny i kiepskiej pogody przychodzi 22 tysiące osób. Nie czuć w ogóle, że stadion w ponad połowie jest pusty. Kibice robią gorącą atmosferę. Gdyby było ich 54 tysiące, byliby w stanie przekrzyczeć fanów Dortmundu czy Schalke. Urzeka zwłaszcza sposób, w jaki irytują się na sędziego. Wydawało się, że nikt nie robi tego piękniej niż Juergen Klopp. Tymczasem każdy Niemiec potrafi na sędziego wyskoczyć z najstraszniejszą miną z repertuaru Kloppa. Gdy 20 tysięcy ludzi robi to naraz, daje to piorunujący efekt.

Pomnik Toniego Turka (nie tego, co mnie gonił) przed stadionem Fortuny.

Wizyta na stadionie rozbudza ochotę na więcej. Idealny wieczór: gdzieś na starym mieście, z pszenicznym, z nogą w głowie. Rzeczywistość duesseldorfska rozczarowująca – w okolicach północy w centrum cicho tak, że słyszałbym głos z Litwy słychać tylko mnie nie potrafiącego powstrzymać nucenia zakazanej „Lili Marleen” (natchnęła mnie pobliska Kasernenstrasse). I wrzeszczącego Turka za plecami.

Podziel się wpisem: