Dortmund, czyli Zagłębie Rury

Mieszkając w Niemczech, szukałem sobie co tydzień jakiegoś meczu, najlepiej Bundesligi, w promieniu 400 kilometrów. Pod jednym warunkiem: moja stopa nie stanie w Zagłębiu Ruhry. Wiedziałem, że gdy się tam pojawię, w głowie ujrzę napis znany z murów pod polskimi stadionami: “Stój, Polaczku. Przyjechałeś, nie wyjedziesz”. Wiedziałem, że stężenie miast, stadionów, klubowych muzeów, meczów na kilometr kwadratowy zostawi mnie bez żadnych pieniędzy, z zawalonymi studiami i pracą, bo pochłonie mnie na kilka miesięcy. Choć kusiło czasem wsiąść do pociągu z napisem Moenchengladbach albo nie wysiąść z autobusu jadącego do Kolonii, wytrzymałem. Planowałem, że kiedyś, raz, pojadę, koniecznie sam, na długo i będę oglądał mecze do porzygu. I dalej planuję.

Póki co był tylko Dortmund, sprawiający wrażenie najbardziej piłkarskiego miasta świata. Nad wieloma znanymi stadionami w teorii przelatywałem, Camp Nou, Wembley i co tam jeszcze, a jakoś nigdy z samolotu ani trochę ich nie widziałem. A tu, jeszcze nie postawiłem stopy na tej ziemi, a już przelatywałem nad środkowym kołem Signal Iduna Park, w dodatku będąc tego w pełni świadomy. Oczywiście w tym momencie okazało się, że połowa tegoż samolotu leci do Niemiec nie na święta, ale na mecz.

Potem, gdy już postawiłem stopę na tej ziemi, ale jeszcze wciąż nie byłem w mieście, stadion widziałem po raz drugi. Tym razem z okna pociągu z lotniska na dworzec. Dortmund to takie cudowne miejsce na ziemi, które na początku wizyty zawsze pokazuje stadion. Będąc w Barcelonie, Camp Nou zobaczyłem jakoś po pięciu dniach. Będąc w Londynie, Wembley jakoś po czterech latach. A tu na pierwszy rzut oka – dwa razy.

Ze strzępków rozmów dolatujących mnie w pociągu, dochodziło tylko “Borussia”, “Bayern”, “Fussball”, “Stadion”. Niezależnie od tego czy rozmawiały tureckie nastolatki czy postaryjscy dziadkowie. Zapowiadało się, że jestem we właściwym miejscu.

Potwierdziło się to już po wyjściu z dworca. Pierwszy rzut oka na centrum Dortmundu? Tablica informacyjna z budowy powstającego właśnie Muzeum Niemieckiego Futbolu. Czyli trzeba tam koniecznie wrócić, to będzie jedno z najlepszych miejsc na planecie.

Pomijając futbol, na pierwszy (krótki) rzut oka, Dortmund ma niewiele do zaoferowania. Zawsze uważałem, że żadne polskie miasto nie wygląda dobrze z perspektywy torów kolejowych, a w Dortmundzie miałem to samo wrażenie. Na trasie wjazdowej, oprócz stadionu, rzucały się w oczy kilometry szemranych fabryk i hurtowni, w których nie chciałoby się znaleźć po zmroku, podejrzane ścieki, wyrzucone do pseudolasków śmieci. Niczym nie różniło się to od trasy Radom – Puławy. I wszędzie, wszędzie rury. Żeliwne, pordzewiałe, brzydkie, pokręcone rury. Zapominałem, że w nazwie regionu jest jednak “h” i że Ruhra to rzeka a nie rura. Po raz kolejny dochodzę do wniosku, bzdurę o niemieckim porządku i zorganizowaniu może powtarzać tylko ten, kto nigdy w Niemczech nie był.

Sam Dortmund? Szału też nie robi. Miasto nie sprawia wrażenia ani szczególnie starego, ani szczególnie nowoczesnego. Bardzo przypomina Katowice. Potwierdziło się, przynajmniej na pierwsze wrażenie, że Górny Śląsk i Zagłębie Ruhry są bardzo podobne. Idąc głównymi ulicami starego miasta, miałem wrażenie, że znajduję się na rogu Stawowej i 3 maja. Niby względnie stare i potencjalnie ładne ulice, ale na każdym kroku walące po oczach szyldy znanych, globalnych marek. Domyślam się, że gdyby przyjechać z PRL czy z NRD do Dortmundu, robiłyby wrażenie te “kolorowe neony”, ale te czasy już minęły.

Wszystko to sprawia, że nie dziwię się, że Dortmund tak kocha swoją Borussię. Ona się naprawdę Dortmundowi udała. Oprócz rozmawiających o niej ludzi, na każdym kroku wpada się na samochody z logo Borussii, ludzi w klubowych koszulkach czy herby wywieszone w oknach. Kompletnie przestało mnie dziwić 80 tysięcy ludzi na każdym meczu i zgłaszane czasem zapotrzebowanie na bilety sięgające pół miliona. Borussia to absolutnie podstawowa miłość Dortmundu.

W drodze do Niemiec przeczytałem ciekawy artykuł w jednej z niemieckich gazet. Autorzy, specjaliści od marketingu, przekonywali, że marka Borussii Dortmund jest nawet silniejsza niż Bayernu Monachium. Bayern zbudował swoją tożsamość wokół hasła “Mia san mia”, czyli “Wir sind wir”, czyli “My to my”, czyli “Jesteśmy jacy jesteśmy” – nikt nas nie lubi, wszystkich wkurzamy, jesteśmy aroganccy, zabieramy waszych najlepszych piłkarzy, mieliśmy wasze kobiety i zawsze wygrywamy. Na takiej marce poważną rysą byłaby seria pięciu porażek z rzędu, nie mówiąc już o obsunięciu się na piąte miejsce w tabeli. Żeby marka Bayernu była mocna i wiarygodna, drużyna musi wygrywać zawsze i wszędzie.

Borussia natomiast buduje wizerunek globalnej firmy, która jednak pamięta o tym, skąd się wywodzi, o swoich robotniczych korzeniach i kibicach, którzy zarabiają na życie ciężką fizyczną pracą, a nie są biznesmenami. Borussia to “Echte Liebe”, czyli “Prawdziwa miłość”. W opisie marki Borussii mieści się, że czasem klub może znaleźć się na skraju bankructwa, a czasem zajmować ostatnie miejsce w tabeli. Takie jest życie. A najbardziej wiarygodnym składnikiem tej marki jest trener Juergen Klopp, potrafiący pokazać cały repertuar min – od najgroźniejszego człowieka, po najsympatyczniejszego. Jednego z największych trenerów na świecie, ale też gościa, który chętnie pogada z kibicami o meczu przy piwie.

I to na stadionie Borussii widać. Pal już sześć te 80 tysięcy, imponującą żółtą ścianę – nie czuje się, że jest się na tak wielkim stadionie, wszyscy są blisko siebie i blisko murawy. Oczywiście, doping robi potężne wrażenie, oczywiście gdy gwizdano na Goetzego, trąbka Eustachiusza machała białą flagą. Ale największe wrażenie zrobiło na mnie odczytywanie składów. Zwykle nazwiska podstawowych piłkarzy wykrzykują kibice, a rezerwowych i trenera odczytuje spiker. Jeśli trener jest szczególnie lubiany, i jego nazwisko wykrzykują kibice. A tutaj? Odczytywanie nazwiska trenera było najważniejszym punktem ceremonii. Brzmiało to tak, jakby Norbert Dickel odczytał nazwiska jakichś tam 11 piłkarzy, siedmiu rezerwowych, a potem… “I trener, NASZ, JÜRGEN…”

… KLOPP!

Nasz Juergen. Borussia naprawdę nie mogła zwolnić Kloppa. To by się kłóciło z całą otoczką klubu i regionu.

Podziel się wpisem: